czapka kadyrowa


Nieoficjalna nagroda przechodnia wręczana tryumfatorowi Indywidualnych Mistrzostw Polski (IMP) podczas dekoracji  medalistów razem z pucharem Józefa Dochy. na czapce każdy kolejny tryumfator IMP haftuje swoje nazwisko i rok wywalczenia tytułu mistrzowskiego.

Według oficjalnej wersji czapka została podarowana przez radzieckiego żużlowca Gabdrahamana Kadyrowa w 1963 roku w Ufie Andrzejowi Pogorzelskiemu i Antoniemu Worynie. W 1963 roku jako pierwszy otrzymał ją mistrz Polski z tamtego okresu Henryk Żyto. od owego finału Czapka Kadyrowa jest przekazywana każdemu kolejnemu Indywidualnemu Mistrzowi Polski.
Czapka była nieoficjalną nagrodą przechodnią do roku 2004. Po raz ostatni swój haft złożył na "Kadyrówce" tryumfator IMP 2004, Norweg z polskim paszportem Rune Holta. Od roku 2004 Czapkę Kadyrowa zastąpiła Czapka Ułańska.

Gabdrahman Kadyrow, który przekazał "czapkę" był rosyjskim żużlowcem, ale nie osiągnął wielkich sukcesów w żużlu klasycznym i raczej po latach kojarzy się go z lodową odmianą speedawya, bowiem dzierżył tytuł mistrza Europy za rok 1964. Był jednak srebrnym medalistą drużynowych mistrzostw świata z 1964 roku i choć w finale tych rozgrywek był tylko zawodnikiem rezerwowym w ekipie ZSRR i ani razu nie wyjechał na tor, to medal DMŚ został mu wręczony. W indywidualnych mistrzostw świata, największym osiągnięciem Kadyrowa było czternaste miejsce w finale kontynentalnym z 1970 roku. We wspominanym 1963 roku Gabdrahman Kadyrowa nie reprezentował ZSRR w DMŚJ rozegranych w Ufie, mógł więc pojawić się na dworcu, przy pożegnaniu polskich żużlowców. I nie może dziwić, że bez wahania podarował lub po prostu oddał czapkę Polakom, ponieważ im się spodobała, bowiem sympatyzował z polskimi żużlowcami.
Gabdrahman Kadyrow zakończył czynne uprawianie speedwaya w 1970 roku. Potem, do 1982 roku, pracował jako trener reprezentacji ZSRR i w związku z tym przyjeżdżał na zawody do Polski. Zmarł 1 sierpnia 1993.

Przez lata "Czapka" obrosła legendą, o którą nie można było zapytać za życia Gabdrahmana Kadyrowa, ale nikt tego nie uczynił i choć polscy naoczni świadkowie prostowali pewne fakty, to w międzyczasie opowieści zaczęły żyć własnym życiem przyjmując bardziej medialną niż faktyczną postać. Legenda ta zainspirowała niejednego redaktora i kibica sportowego w Polsce, ale również za wschodnią granicą.
Wasilij Isajenko - kibic i fascynat żużla z Ukrainy - zaintrygowany opisem "czapki" w encyklopedii Henryka Grzonki zaczął zgłębiać jej tajemnicę i dotarł na forum kibiców speedwaya z Bydgoszczy, gdzie przeczytał, że jeden z byłych polskich żużlowców wraz z polską reprezentacją, był na zawodach prawdopodobnie w Leningradzie i kiedy polska ekipa wracała pociągiem do kraju, tuż przed odjazdem, wraz z innym naszym reprezentantem (prawdopodobnie Andrzej Pogorzelski), spostrzegli na peronie bagażowego, który nosił specyficzną czapkę. Po krótkich namowach ów człowiek zgodził się w końcu na to, żeby panowie przymierzyli tą czapkę. Traf chciał, że pociąg ruszył, a nasze asy postanowiły tę czapkę zachować. Pech chciał, że już w pociągu czapkę zauważył ówczesny szef polskiego żużla pułkownik Rościsław Słowiecki, a że człowiek ten miał bardzo twardą rękę, panowie musieli na swoje usprawiedliwienie wymyślić jakąś historyjkę. No i stąd wzięła się opowieść o "darze radzieckiego żużlowca" Gabdrahmana Kadyrowa.
Niestety uczestnicy tamtych wydarzeń snują po latach również wiele tez i teorii. Wszyscy jednak obalają mit o surowej ręce pułkownika Rościsława Słowieckiego. Andrzej Grodzki, wieloletni przewodniczący GKSŻ, a także działacz żużlowy zdecydowanie zaprzecza, jakoby pułkownik był despotycznym i niesprawiedliwym w swym postępowaniu. Wręcz przeciwnie, było wiele sytuacji, kiedy pozycja Słowieckiego pomagała polskim zawodnikom ukryć kompromitujące ich sytuacje. Najwięcej powiedzieć mógł jednak Andrzej Pogorzelski, który z chętnie wracał pamięcią do tamtych wydarzeń. "Czapka była piękna, czarna, z okrągłym daszkiem i bardzo mi się podobała. Na dworcu w Ufie poprosiłem Kadyrowa, żeby mi ją podarował, a ja przywiozłem ją do Polski będąc zawodnikiem Stali Gorzów. Dobrze wspominam tamten wyjazd. Rosjanie odwieźli nas na dworzec, byli uśmiechnięci jak serdeczni koledzy. Kadyrow mówił do mnie Andriusza, miał na głowie tę czapkę, zdjął i położył ją na mojej głowie. Pamiętam, że byłem wtedy w ZSRR razem z Andrzejem Wyglendą, Henrykiem Żyto, a był też Marian Kaiser i jego brat Stanisław". Były reprezentant Polski zaprzecza opowieści o konduktorze lub bagażowym, któremu rzekomo nasi żużlowcy zabrali czapkę, a także temu, że zawodnicy bali się pułkownika Rościsława Słowieckiego. "Pułkownik spacerując z nami po Moskwie, pokazywał gdzie kończył gimnazjum i Akademię Wojskową. Był kiedyś szefem służby samochodowej w ZSRR. Dotarł do Warszawy, gdy szli na Berlin. Poznał jakąś kobietę, a będąc na emeryturze wojskowej w wieku 55 lat został przewodniczącym GKSŻ. Jeździł z nami, „zaciągał” po rosyjsku, a myśmy się wygłupiali, choć na pewno byliśmy zdyscyplinowanymi zawodnikami. Z Moskwy do Warszawy jechało się całą dobę. Z Bajkopu jechaliśmy cztery doby. Coś w tym pociągu trzeba było robić. Przystanki były co 100 - 150 kilometrów, a myśmy wychodzili na perony, żeby sobie pobiegać. Zawsze pytaliśmy konduktora jak długo pociąg będzie stał. Czasami było to pół godziny lub dłużej. W karty nie graliśmy bez przerwy, więc o czapce też był czas pomyśleć. Tak się złożyło, że nie byłem nigdy indywidualnym mistrzem Polski, ale powiedziałem Henrykowi Żyto, że czapkę mu podaruję, a on ma wyszyć tam swoje nazwisko jako symbol. Od lat sześćdziesiątych zebrało się tych napisów wiele. Wracając wtedy pociągiem, wymyśliliśmy, że każdy mistrz Polski dawał będzie czapkę następnemu".

W nieco inny sposób wydarzenia interpretuje Henryk Żyto. W jego pamięci sytuacja wyglądała trochę inaczej. "Widziałem wszystko na własne oczy. Nie pamiętam już dokładnie, ale ani Woryna ani Pogorzelski nie zdjęli tej czapki Kadyrowowi z głowy, bo w Rosji okna od wagonów nie były otwierane, ale miały tylko lufciki. Kiedyś czytałem wypowiedź, że oni zdejmowali ją z głowy, ale to niemożliwe. Na pewno nie była to też czapka żadnego konduktora lub bagażowego. Marian Kaiser wsiadając do pociągu zabrał czapkę żegnającemu nas Kadyrowowi, a na peronie było wtedy wiele osób, także działacze. Czy czapkę miał Pogorzelski? Mnie wydaje się, że on i pozostali siedzieli już w przedziale, a Kaiser wchodził ostatni i zabrał czapkę. Wiem jedno: Marian Kaiser miał tę czapkę, bo zabrał ją do Warszawy i potem, po finale IMP z 1963 roku, wręczył ją mnie. W pociągu tę czapkę oglądaliśmy w drodze z ZSRR, ale po drodze z Ufy jechaliśmy do Lwowa i potem do Polski. Gdy wygrałem ostatni bieg finału IMP w 1963 roku, Kaiser poszedł do samochodu po czapkę i od wtedy wszystko się zaczęło".

Żywa dyskusja na temat Czapki Gabdrahmana Kadyrowa przetoczyła się również na rosyjskich forach żużlowych. Właśnie ta dyskusja, podczas której pojawiło się kilka wersji jej historii, skłoniła do głębszego zastanowienia się Rosjan, jak to było naprawdę. W sprawę zaangażował się autor książek o speedwayu Nikołaj Ermolenko (nie ma tu powiązań rodzinnych z Amerykaninem Samem Ermolenko), który skontaktował się m.in. z Madisem Safullinem, który współpracował z Kadyrowem jako mechanik i w wyniku dziennikarskiego śledztwa nie odważył się stwierdzić, że Kadyrow z całą pewnością nie podarował czapki polskiemu żużlowcowi. Co więcej Ermolenko twierdził, że w byłym w ZSRR czapek o takim fasonie nie było w użyciu. Dziennikarz posiadał jednak w swoich archiwach zdjęcia radzieckich żużlowców z tamtych lat, na których zostali uwiecznieni w nakryciach głowy, które swoim kształtem przypominały "Kadyrówkę" i udowadnia tym samym, że owe czapki to górnicze nakrycia głowy, bowiem widać na nich lampki górnicze. Zdjęcie, które wykonano było zrobione w jednej z kopalń w Kadiejewce w Donbassie, gdzie zawodnicy przebywali zgodnie z ówczesną modą w ramach programu kulturalnego. Był tam też Kadyrow i prawdopodobnie ten element stroju zostawiono Kadyrowowi na pamiątkę. Kadyrow przywiózł go ze sobą do Ufy, gdzie zobaczyli go Polacy, którym zabawny wydał się fason "Kadyrówki" i dla rozweselania innych poprosili Kadyrowa, by ten pozwolił im ją wziąć.

Zatem jaka jest prawdziwa historia czapki Gabdrahmana Kadyrowa nie dowiemy się zapewne już nigdy, bowiem osób uczestniczących w tamtych wydarzeniach jest ulotna, a jednoznaczne fakty trudne do ustalenia. Pewnym jest jednak, że przekazywana od 1963 roku "kadyrówka" zapełniła się nazwiskami i dziś brakuje na niej miejsca. Przyczynili się do tego przede wszystkim sami zawodnicy. Po latach Henryk Żyto tak wspominał pierwsze "wyszywanie": "mój pierwszy napis był już zakryty. Żona odnowiła go, bo jako pierwsza to kiedyś wyszyła. Niewielu nas zostało z tamtych lat. Nie wiadomo już teraz jak wpadliśmy na pomysł wyszywania nazwisk na tej czapce, ale pewnie oboje z żoną to wymyśliliśmy". Nie wiedzieć czemu Andrzej Huszcza w 1982 roku był tak bardzo zachłanny, że zajął swoim nazwiskiem i datą prawie cały daszek. Jak się okazało, było potem zdecydowanie więcej wybitnych żużlowców, którzy musieli swoje nazwiska umieszczać w mniejszej formie. Jedni wyszywali napisy, inni naklejali (Jacek Gollob), a jeszcze inni malowali je farbą (na przykład Piotr Protasiewicz). Miejsce skończyło się w 2003 roku. Mistrz Polski Rune Holta ufundował wtedy nową czapkę i od 2004 roku indywidualny mistrz Polski otrzymuje także oficerską rogatywkę ufundowaną przez Polski Klub Kawaleryjski im. 21. Pułku Ułanów Nadwiślańskich.

Wbrew rozpowszechnianej w Internecie informacji, Czapka Kadyrowa nie trafiła do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie, bowiem co roku zakłada ją mistrz Polski tak jak i "rogatywkę". Uznano bowiem, że Czapka Kadyrowa to pewna tradycja powiązania z finałem IMP tak jak puchar Józefa Dochy.

Źródło:
Wiesław Dobruszek; "Żużlowe ABC" t. I; Leszno 2004
www.sportowefakty.pl

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt