BOGDANOWICZ Maksymilian
pozyskany z gniezna


Maksymilian Bogdanowicz urodzony 4 marca 1998 roku w Szwecji.

Mimo że urodził się w Szwecji, rodzinnie związany jest z Gorzowem i u progu kariery marzył o reprezentowaniu barw Stali. Posiada podwójne obywatelstwo, ale jak podkreślał w jednym z wywiadów, czuje się Polakiem: "Obywatelstwo mam podwójne, a zarówno imię, jak i nazwisko mam polskie. Często nam to sprawiało lekkie problemy, bo Szwedzi zazwyczaj przepisywali moje imię na szwedzką wersję. Oczywiście we krwi czuję się stuprocentowym Polakiem i to, że wychowałem się w Szwecji od urodzenia tego nigdy nie zmieni. Dosyć często przyjeżdżamy do Polski i zawsze się czuję tutaj jak u siebie. Najczęściej przyjeżdżamy do Gorzowa, bo stąd pochodzi moja rodzina. Od małego pamiętam, że praktycznie każde lato spędzałem w Polsce i większość tego czasu właśnie w Gorzowie. Oczywiście przyjeżdżamy tutaj głównie po to, by odwiedzić rodzinę, ale zawsze jak się znajdzie trochę wolnego czasu, to zawsze jakieś pomysły na urozmaicenie czasu przyjdą do głowy".

Swoją przygodę z żużlem rozpocząłem w wieku ośmiu lat, bo od tego momentu zaczął świadomie interesować się sportem, głównie za sprawą telewizyjnych relacji. W pewnym momencie tata widząc zainteresowania syna zaczął zabierać go na stadiony żużlowe, co rozbudzało coraz to większe zainteresowanie tą dyscypliną w sercu młodego chłopaka. Pierwszymi zawodami, które zapamiętał jako ośmiolatek, był mecz pomiędzy Stalą Gorzów, a Unią Leszno. Trzy lata później nastoletni już Maks, pojechał z tatą na turnieju Grand Prix w Kopenhadze i wówczas spytałe rodziców, czy mógłbym spróbować swoich sił w speedwayu. Nie musiał długo przekonywać rodziców, bo tata niemal z miejsca zaprowadził Maksa do szkółki żużlowej w Malmoe, gdzie kilkulatek rozpoczął swoją przygodę ze speedwayem na motocyklach o pojemności 80 ccm. Pierwsze starty były dla młodego chłopca wielkim przeżyciem, ponieważ nigdy wcześniej nie siedział na żadnej żużlowej maszynie, co więcej nie siedział na żadnym motocyklu. Koniec, końców z miniżużla trafił do dorosłego speedwaya i uzyskał żużlowe papiery pod auspicjami SVEMO. W lidze szwedzkiej zadebiutował w Allsvenskan League (odpowiednik polskiej 1 ligi) i choć nie odnosił spektakularnych sukcesów, mógł liczyć na wielkie wsparcie ze strony ojca, bo klub z Malmoe dla którego startował przeżywał problemy finansowe i ostatecznie upał, a zawodnik związał się z klubem Gislaved, który startował w Elitserien.

W polskiej lidze pojawił się w roku 2017 w zespole z Ostrowa, gdzie mimo polskiego obywatelstwa startował jako Szwed. Wynikało to z tego, że zdanie polskiej licencji u progu kariery kolidowałoby z występami w lidze szwedzkiej, a celem zawodnika uczącego się żużlowego rzemiosła było jak najwięcej startować. W debiutanckim sezonie na torach polskich wystąpił w dziewięciu spotkaniach. Najwięcej punktów (9) zdobył w meczu u siebie z Kolejarzem Rawicz i średnia na koniec rozgrywek 1,065 pkt/bieg dała mu zaledwie 41 pozycja na liście zawodników drugoligowych i kolokwialnie mówiąc nie powalała. Jednak starty z wymagającymi rówieśnikami, były cenną nauką i można powiedzieć, że Polak z licencją Szwedzką, rozkręcał się ze spotkania na spotkanie. Sam zawodnik też nie był zadowolony z osiągniętych wyników, ale podejmując wyzwanie związane z ligą polską, chciał też uporządkować edukacyjne sprawy w Szwecji, bo postanowił dokończyć naukę w liceum, by móc podjąć studia. To niestety wymagało ustalenia nieco innych priorytetów i zawodnik nie miał możliwości regularnych przylotów do Polski, aby trenować i brać udział w zawodach młodzieżowych. Starty w Polsce były jednak dla Maksa sporym wyzwaniem, gdyż po raz pierwszy miał okazję stawić czoła wielu doświadczonym zawodnikom.

Team zawodnika od początki zdawała sobie sobie sprawę, że aby zaistnieć w żużlu Maksymilian musiał posiadać również polską licencję, która pozwoliłaby mu na rywalizację z rówieśnikami również w innych zawodach niż ligowe. Ponieważ w żyłach zawodnika płynęła również krew polskich emigrantów, marzył też o reprezentowaniu polskich barw, dlatego 27 mara 2017 roku, stał się szczęśliwym posiadaczem licencji żużlowej z kraju nad Wisłą. Wspólnie z Maksem żużlowe papiery uzyskało sześciu innych zawodników, pośród których był toruński wychowanek Mateusz Adamczewski. Uzyskana licencja zmieniła z miejsca pozycję zawodnika w negocjacjach z polskimi klubami, bo jako Polak zyskał status juniora i mógł startować w lidze z pozycji młodzieżowca. Nic więc dziwnego, że w listopadowym okienku transferowym przed sezonem 2018, nie narzekał na brak ofert. Działacze dostrzegli potencjał w dwudziestolatku, który mógł przebierać w propozycjach. Ostatecznie zawodnik wspólnie ze swoim rodzinny teamem postawił na pierwszoligowego beniaminka - Start Gniezno, który jawił się jako profesjonalne miejsce do uprawiania żużla na tym etapie jego kariery. Po podpisaniu dwuletniej umowy w pierwszej stolicy Polski zawodnik, aby ułatwić i pogodzić żużlowy rozwój z edukacją podjął studia na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, a to oznaczało, że swoją najbliższą przyszłość nie tylko sportową, ale również swoje dalsze życie wiązał z Polską. Decyzja ta okazała się jak najbardziej słuszna, bo przejście z drugiej do pierwszej ligi nie było żadnym problemem i zawodnik wykręcił zdecydowanie lepszą średnią (1,378) i będąc czołowym juniorek w pierwszoligowych rozgrywkach, można powiedzieć, że zasygnalizował swoją obecność w żużlu. Kibice zaczęli postrzegać, go jako zawodnika o masywnej sylwetce, dzięki której niejednokrotnie mógł wychodzić z potężnych opresji, bo kiedy upadał, to zazwyczaj nie były to "bezpieczne" uślizgi, ale groźne kraksy. Kibice łapali się za głowy, kiedy chociażby podczas meczu w Łodzi zaliczył "potężny dzwon". Niektórzy już widzieli go wówczas na noszach, a on jak gdyby nigdy nic wstał i jechał dalej. Nie było zatem wątpliwości, że Bogdanowicz ma dużą odwagę i papiery na żużlowca, który może zawojować pierwszą ligę w kolejnych sezonie. Zawodnik chciał jednak iść krok dalej. Wiedział bowiem, że starty w Polsce rozpoczął stosunkowo późno i musiał nadrobić stracony czas. Dlatego sezon 2019, który był dla niego ostatnim w gronie juniorów, chciał spędzić w Ekstralidze. Nikogo to nie dziwiło i gnieźnianie nie zamierzali stawiać przeszkód i pomimo obowiązującej umowy, pozwolili zawodnikowi zmienić barwy klubowe i tak Maksymilian Bogdanowicz trafił do Get Well Toruń. Początkowo torunianie zainteresowani byli innym juniorem, obiecującym Jakubem Miśkowiakem. Jednak na kilka dni przed otwarciem okna transferowego stało się pewne, że najważniejszy cel transferowy Get Well Toruń dogadał się z Włókniarzem Częstochowa, zarząd klubu z ul. Pera Jonssona zdecydował się na drugi wariant i doszedł do porozumienia ze polsko-szwedzkim juniorem. Zawodnik do Torunia trafił na zasadzie wypożyczenia i miał stworzyć juniorski duet z Igor Kopciem - Sobczyńskim. Menadżer Aniołów, Jacek Frątczak myślał jednak o Maksie w dłuższej perspektywie i chciał, aby podążał w przyszłości podobną drogą do tej jaką obrał jeden z najlepszych zawodników rezerwowych w całej Ekstralidze - Jack Holder. Frątczak wiedział, że Australijczyk w roku 2020 z racji wieku nie kwalifikował się na pozycję rezerwowego do lat dwudziestu trzech i w Get Well konieczne będzie przebudowanie składu. Menadżer nie odkrywał wszystkich kart, ale w rozmowach z Bogdanowiczem wyjawił swoją wizję, w której miejsce na rezerwie miał otrzymać właśnie Bogdanowicz. Pomysł ten spodobał się zawodnikowi, bo to oznaczało, że mógł na dłużej zagościć w Ekstralidze i rozwijać swoje umiejętności.
Oto jak w jednym w wywiadów, po podpisaniu kontraktu w mieście Kopernika, zawodnik opowiadał o początkach swojej kariery i jak trafił do Torunia:
"Tata oglądał czasami mecze żużlowe w telewizji, a ja widziałem tylko kolorowe kaski. Nie przykuwało to mojej uwagi. W 2007 roku zaprowadził mnie jednak na Grand Prix w Kopenhadze. Stąd wziął się zresztą mój numer 27. To w tym momencie spojrzałem na żużel inaczej. Zacząłem zadawać coraz więcej pytań. Aż w końcu pewnego dnia siedziałem z rodzicami przed telewizorem. Oglądaliśmy zawody, a ja zapytałem prosto z mostu, czy mógłbym spróbować. W sumie to mi nie zależało. Gdyby odmówili, to byłbym w stanie się jakoś z tym pogodzić. Tata spojrzał na mamę i się tylko uśmiechnął. Ona zareagowała zupełnie inaczej. Obawiała się o mnie. Ojciec ją jednak uspokoił. Powiedział, że raz się przewrócę i mi się odechce. Tak mi się odechciało, że w pewnym momencie musiałem postawić sobie ultimatum i odpowiedzieć na pytanie, czy chcę zajmować się żużlem na poważnie. Upadł mój klub w Szwecji. Jeździłem w Malmoe i do najbliższego toru miałem 300 kilometrów. Nie miałem za bardzo perspektyw. Polska stała się oczywistym kierunkiem i trafiłem do Ostrowa, a teraz jestem zawodnikiem Get Well Toruń i przygotowuję się do startów w Ekstralidze. Ponieważ na co dzień mieszkam i studiuję w Poznaniu, więc nie miałem możliwości przyjeżdżać na wszystkie zajęcia. Byłem na jednym z pierwszych treningów w Toruniu, aby przedstawić mój plan działania i pokazać w jakiej kondycji jestem. Dostałem od wszystkich zielone światło. Klub mi zaufał, abym mógł przygotowywać się samodzielnie, a moje treningi fizyczne niewiele różnią się od zeszłorocznych. Jeśli wtedy wszystko szło w dobrym kierunku, to nie widziałem sensu, aby cokolwiek zmieniać. Przystałem przy podobnych przygotowaniach, delikatnie udoskonalonych".

Sezon brutalnie zweryfikował umiejętności młodego jeźdźca. Trudno jednak mieć do niego pretensje. Raczej należało znaleźć odpowiedź na pytanie "Co chciał zyskać Jacek Frątczak kontraktując Maksa w ostatnim roku juniorskiej przygody żużlowej". Co prawda menadżer twierdził, że Polak wychowany w Szwecji w roku 2020 ma zmienić Jacka Holdera na pozycji rezerwowego, ale były to chyba tylko wizja samego menadżera. Zawodnik, który błysnął przed rokiem na zapleczu ekstraligi, kompletnie nie poradził sobie z żużlem na najwyższym poziomie. Można powiedzieć, że Bogdanowicz miał w Toruniu wszystko do tego, aby być gwiazdą wśród młodzieżowców. Nie miał tylko godnych rywali, którzy mogliby zmienić go na pozycji młodzieżowej, dlatego męczył siebie, kibiców i działaczy swoją jazdą.
Po sezonie zawodnik nie otrzymał propozycji statywów z Aniołem na piersi, a on sam powinien zastanowić się nad kontynuowaniem kariery, jeśli miałby ona wygadać tak jak ta, która próbował rozwinąć w Toruniu, bo niestety trzeba napisać otwarcie, że toruński klub spadł po sezonie 2019 z ekstraligi za sprawą juniorów. Nie do końca w tym zasługa Maksa, ale według wielu kibiców, powodem powolnego staczania się Aniołów na ekstraligowe dno, były wcześniejsze zaniedbania w szkoleniu młodych "Aniołków", których z czasem w Toruniu zaczęło brakować, a sprowadzanie kolejnych jeźdźców wychodziło działaczom znacznie gorzej, niż naturalna wymiana pokoleń. Rok 2019 był jednak apogeum niemocy toruńskich juniorów, którzy na przestrzeni całego sezonu byli najgorszą parą młodzieżową w całej lidze. Zawodnikom z Torunia, którzy nie ukończyli dwudziestu jeden lat, nie udało się pokonać nawet jednego seniora drużyny przeciwnej i na tle swoich rówieśników byli zdecydowanie najsłabszymi juniorami w całej lidze. Nic więc dziwnego, że z takim "wsparciem" Anioły nie miały większych praw na uratowanie ligowego bytu. Co więcej, odkąd w 2011 roku zapewniono juniorom trzy programowe biegi w zawodach (pod warunkiem braku rezerwy taktycznej lub kontuzji etc.), nigdy żadna drużyna w na ekstraligowym poziomie nie dysponowała tak słabym duetem w tej formacji i nigdy wszyscy startujący młodzieżowcy w danym sezonie nie zakończyli go bez pokonanego seniora ze strony rywali. Igor Kopeć-Sobczyński, Maksymilian Bogdanowicz i Filip Nizgorski (ten ostatni w znacznie mniejszym wymiarze) dokonali więc... niemożliwego, a obrazował to ranking ekstraligowych juniorów po rundzie zasadniczej:

zespół pkt w biegu
juniorów
pkt
razem
bonusy pokonani
seniorzy
Fogo Unia Leszno
Smektała, Kubera
61 175 20 35
Betard Sparta Wrocław
Drabik, Liszka, Wojdyło
49 165 18 29
forBET Włókniarz Częstochowa
Lampart, Trofimow
55 122 23 20
Speed Car Motor Lublin
Gruchalski, Miśkowiak
42 90 18 12
Cash Broker Stal Gorzów
Karczmarz, Bartkowiak, Pytlewski, Szczotka
32 76 10 14
mr Garden GKM Grudziądz
Turowski, Rolnicki, Wieczorek
40 59 12 5
Falubaz Zielona Góra
Krakowiak, Tonder, Pawliczak
33 57 9 6
KS Get Well Toruń
Kopeć-Sobczyński, Bogdanowicz, Nizgorski
24 32 4 0

Zatem czy nieźle punktujący na zapleczu najlepszej ligi świata zawodnik w wieku seniora, po beznadziejnym sezonie, będzie chciał kontynuować swoją karierę? Czas pokaże.
Z całą pewnością będzie musiał jednak zweryfikować swoje ambicje i zacząć wszystko od początku.

Poza Polską, Maksymilian Bogdanowicz reprezentowały m.in. kluby:
    Malmoe,
Gislaved

Osiągnięcia
MPPK 2019/7

Kluby w lidze polskiej
2017 2018 2019

Wyniki ligowe zawodnika w barwach toruńskich
sezon mecze biegi punkty bonusy średnia
biegowa
miejsce w
ligowym rankingu
2019 12 31 7 1 0,258 58

strona główna

toruńskie turnieje turnieje światowe turnieje krajowe
zawodnicy trenerzy mechanicy działacze
klub statystyki sprzęt