KURECKI Witold
dziennikarz, spiker
zawodów
Urodzony
12 maja 1926 roku w Grudziądzu.
Toruński dziennikarz, współzałożyciel toruńskiego dziennika "Nowości", wieloletni szef działu sportowego tej gazety.
Jego tata był uczestnikiem Powstania Wielkopolskiego, zmarł dość młodo. Pan Witek w młodości mieszkał z mamą na Podgórzu i był bardzo związany z tą dzielnicą, wręcz z niej dumny. Skończył II Gimnazjum, do którego uczęszczał żużlowiec Zbigniew Raniszewski. Byli kolegami. Ten drugi kilka razy zawiózł Pana Witka do Bydgoszcz motocyklem, co świadczyło o dużej odwadze. Do dziennikarskiego grona trafił, gdy do Henryka Jankowskiego, który był wówczas kierownikiem oddziału toruńskiego Gazety Pomorskiej, przyszedł z notatką z jakichś zawodów szkolnych w gronie kilku kolegów, którzy... wepchnęli go do pokoju redakcyjnego. Wtedy Jankowski zapytał młodego Witka, czy nie napisałby czegoś jeszcze i od tego wszystko się zaczęło. Przez wiele lat pracował w Gazecie Pomorskiej, był tam szefem działu sportowego, dojeżdżał do Bydgoszczy.
W 1967 roku, gdy zapadła decyzja o powstaniu
"Nowości", Pan Witek stał się ich współzałożycielem i tworzył gazetę od podstaw,
a inspiratorem do działania i prowadzenia działu sportowego, był zawsze dla
Niego pierwszy naczelny wspomniany Henryk Jankowski. Ponieważ "Nowości", aż do
lat dziewięćdziesiątych były popołudniówką (trafiały do kiosków około godziny
13), można było późno oddawać materiały do druku. Zyskiwał na tym szczególnie
sport. Pan Witek kochał piłkę nożną, ale nie ograniczał się tylko do
pisania o niej. Działał też w Pomorzaninie. I to już od 1946 roku, gdy został
wiceprezesem. Przez wiele lat był kierownikiem drużyn juniorskich (m. in. tej,
która wywalczyła mistrzostwo Polski), sprawował też funkcję prezesa. Po
zakończeniu aktywnej działalności nadano mu tytuł prezesa honorowego. Działał w
Bydgoskim Okręgowym Związku Piłkarskim, a później w Toruńskim Okręgowym Związku
Piłkarskim. W tym drugim, tak, jak w Pomorzaninie, był prezesem, a później
prezesem honorowym.
Innymi jego ulubionymi dyscyplinami była siatkówka kobiet i hokej na lodzie.
Szczególnie upodobał sobie chodzenie na mecze siatkarek Budowlanych.
Co
ciekawe - nie lubił żużla. Byłem na żużlu raz. Wynudził się, oglądając jazdę
ciągnika i już więcej nie poszedł. Ostatecznie powrócił na żużlowy stadion i
w trakcie zawodów
prowadził stadionową spikerkę. Do dziś w uszach starszych kibiców brzmi jego głos
zapowiadający kolejne biegi i nie bez emocji ogłaszający kolejność na mecie. Nie
stronił też od pisania o żużlu, choć unikał relacji meczowych. Po lakonicznej wiadomość nadesłanej przez Polską Agencję Prasową
tak m.in. pisał o śmierci
Kazimierza Araszewicza
"Chciałeś być mistrzem"
"Mecz o mistrzostwo pierwszej ligi żużlowej między Włókniarzem
(Częstochowa) i Stalą (Toruń) został przerwany na skutek tragicznego wypadku na
torze, w którym zginął Kazimierz Araszewicz".
Dla postronnego kibica sportowego była to wiadomość smutna, dla miłośników
czarnego sportu w Toruniu szokująca. Zginął ich ulubieniec zawodnik, który w
ostatnich tygodniach wyrastał na bohatera żużlowych meczów ligowych, który ich
zdaniem był uosobieniem odwagi i brawury. Dwudziestojednoletni Kazimierz walczył
na torze już nie tylko z fantazją, ale z wielką brawurą. Po cichu mówiono, że
nieco przesadza, że przecież ligowe punkty nie mogą być celem samym w sobie, że
warto wyjechać na tor z postanowieniem wygrania biegu i rozsądniej równocześnie
jazdy. Jedno drugiego przecież nie wyklucza.
Rozmawiałem po wypadku w Częstochowie z wieloma ludźmi, którzy każdego niemal
dnia stykają się z żużlowcami, rozmawiają z kibicami, którzy co pewien czas
przychodzą na zawody, płaca za bilety i chcą mieć widowisko, które ich porwie,
dostarczy tematu do opowiadań na cały tydzień. Rozmawiałem z poważnymi
działaczami sportu żużlowego i trenerami, zawodnikami "czarnego sportu" i innych
dyscyplin. We wszystkich tych rozmowach przejawiała się nutka smutku, żal za
straconym młodym życiem, przewijały się refleksje na temat bezpieczeństwa na
torze, metod szkolenie i wychowywania młodych ludzi. Usłyszałem sporo słów
goryczy pod adresem niektórych wychowawców, wspominano o pogoni za punktami na
żużlowych torach, o "serdeczności" kibiców, którzy podjudzają do kawaleryjskiej
szarży miedzy bandami. Nie wytykano palcami, nie padały nazwiska, nie wspominano
faktów, ale i tak wiemy, że żużel jest sportem, który w naszym kraju zbiera
najobficiej tragiczne żniwo. Tylko w Toruniu zanotowano pięć śmiertelnych
wypadków. Po każdej tragicznej kraksie budzi się żywiołowa dyskusja w gronie
ludzi związanych z tym sportem, wśród zawodników i trenerów. Tylko kibice
pozostają obojętni na to wszystko. Oni pragną widowiska, cyrku, walki koło w
koło. A to - czego ukryć się nie da - imponuje młodym, mało jeszcze
doświadczonym zawodnikom, tym którzy stawiają pierwsze kroki na drodze do
błyskotliwej kariery. Tym którzy mają po dwadzieścia lat. Chciałeś być mistrzem
Polski - powiedział jeden z kolegów nad trumną 21-letniego Kazimierza i nie
doczekałeś się. Każdy z tych młodych ludzi śni o zwycięstwach, mistrzowskich
szarfach, międzynarodowych sukcesach, rekordach toru i nie każdy jest na tej
drodze właściwie prowadzony.
Wypadkiem w Częstochowie zajmuje się specjalna komisja i GKKFiT, zajmują się
władze sportowe. Ustalą przyczyny tragicznego wypadku, opiszą dokładnie przebieg
ostatniego wyścigu i … obawiam się, że wszystko wróci do normy. To znaczy, nadal
ścigać się będą młodzi ludzie, nadal tłumy będą żądać zwycięstw za wszelka cenę,
nadal będzie liczyć się punkty i wpływy kasowe z meczów. Nadal mało będzie się
mówić o konieczności zachowania ostrożności, o tym, że na czarnym torze śmierć
jest bardzo blisko i nie trzeba jej prowokować. Jestem przekonany, że nie
uczynione jeszcze wszystkiego, aby do minimum ograniczyć ilość wypadków. Żużel
jak każdy inny sport, ma w sobie element ryzyka. Tego nie da się uniknąć. Rzecz
w tym, aby w codziennej pracy szkoleniowej i wychowawczej w klubach pamiętano o
szczególnym niebezpieczeństwie, jakie grozi właśnie na żużlowym torze. Jeżeli
nie wystarcza perswazja, to można stosować sankcje administracyjne, usuwać z
drużyny, karać za zbędną brawurę. Innymi słowy czynić wszystko, aby pogrzeby
21-letnich sportowców należałyby do wielkiej rzadkości. Odwaga nie może
graniczyć z brawurą, a licencję zawodnika ligowego powinien otrzymać ten, kto w
pełni posiadł umiejętność prowadzenia maszyny i poznał tajniki walki na torze...
Powie ktoś, że to są sprawy oczywiste i będzie mieć rację, tylko doświadczenie
uczy, że te oczywiste prawdy nie zawsze docierają do ludzi, którzy powinni się
nimi przejąć. Życie jest najcenniejszym skarbem człowieka, chrońmy je tak długo
jak to jest tylko możliwe. W sporcie również".
Ze sportowców najbardziej lubił sztangistę Waldemara Baszanowskiego (bo też urodził się w Grudziądzu) oraz czeskiego długodystansowca Emila Zatopka, którego poznał osobiście i czasami się z nim spotykał. Świetnie znał język niemiecki. Zaowocowało to tym, że pojechał na igrzyska olimpijskie do Monachium w 1972 roku, gdy Palestyńczycy dokonali zamachu na sportowców z Izraela i zastanawiano się, czy nie przerwać igrzysk. Dwa lata później pojechał mundial w RFN
Pan Witek był kopalnią anegdot i historyjek.
Opowiadał m. in. o tym, jak w latach stalinowskich relacjonował zawody
bokserskie i partyjni dygnitarze dyktowali dziennikarzom relacje z występów
radzieckich pięściarzy. Oczywiście ci musieli być najlepsi na świecie. Miał też
dystans do samego siebie. Lata temu udało mu się wyjechać na Zachód i chciał
przywieźć coś ekstra dla swojej mamy. Wybór padł na banany, towar w Polsce
wówczas niemal nieznany. Pech polegał na tym, że młody Witek wybrał najbardziej
dojrzałe owoce. Potem śmiał się, że przywiózł mamie zupę bananową.
Marek zaborski - szef TV
Toruń, , wcześniej dziennikarz m. in. "Ilustrowanego Kuriera Polskiego",
"Stadionów" i "Radia Toruń", wspominał, Pana Witka jako człowieka, który
nauczył go historii toruńskiego sportu, bowiem takiej wiedzy, jaką miał o latach
przedwojennych i pierwszych powojennych, nie miał nikt inny. Nagrał z nim kilka
audycji. Podziwiał go też za to, że zawsze w poniedziałkowych "Nowościach" można
było znaleźć wszystkie wyniki piłkarskie, od najniższej, do najwyższej klasy
rozgrywkowej. A to ostatnie nie było wcale łatwe do wykonania. Nie było wówczas
telefonów komórkowych ani internetu, stacjonarne telefony miał mało kto
(zwłaszcza w mniejszych miejscowościach), więc Pan Witek spędzał każde sobotnie
popołudnie wydzwaniając po "zaprzyjaźnionych" działaczach, klubach, komendach
milicji, a nawet... parafiach. Jak każdy dziennikarz sportowy popisywał
się bardzo szybkim pisaniem na maszynie. Nieraz na napisanie relacji miał kilka
minut, ale nie było z tym problemu. Jego charakterystyczna, mała maszyna aż
"furczała" od szybkich uderzeń palcami.
Z dużą sympatią odnosił się do młodych dziennikarzy. On, "legenda Nowości",
nigdy nie dał odczuć innym, że jest dziennikarzem z dużym stażem, doświadczeniem
i poważaniem. Wszyscy Go lubili, bo był niekonfliktowy i poświęcał młodzieży
dużo uwagi. Raz w tygodniu organizował w Pomorzaninie dla pogadanki o podróżach
i znanych sportowcach. Uczestniczył w nich
Andrzej Kamiński -
fotoreporter "Nowości", który tak wspomina swojego dziennikarskiego mentora:
"Jego pasją były podróże. Zwiedził kawał świata, co wówczas dla wielu osób
było nieosiągalne. Nigdy nie palił papierosów, ani nie pił alkoholu. Nigdy też
nie miał samochodu. Twierdził, że jest mu niepotrzebny i choć mógł mieć talon na
auto, to rezygnował na rzecz kogoś innego. Nie wiem, czy miał w ogóle prawo
jazdy. Za zaoszczędzone pieniądze wyjeżdżał latem z żoną Wandą na zagraniczne
wakacje. Zawsze miał jakiś dobry aparat fotograficzny i robił nim mnóstwo zdjęć.
Codziennie po pracy szedł do "kaEmPiKu" na kawę i czytał zagraniczną prasę".
W jednym z ostatnich wywiadów, jakiego udzielił TV Toruń, Pan Witek najlepiej oddał, jakim był człowiekiem. Zapytany, jakie ma marzenia, odpowiedział: Chciałbym, żeby ten mój Pomorzanin wszedł chociaż do drugiej ligi piłkarskiej. Żeby wróciła chwała koszykarzy Twardych Pierników... A dla siebie? Raczej żadnych specjalnych życzeń nie mam.
Przez wiele lat działalności Witold Kurecki otrzymał mnóstwo odznaczeń. Wśród nich są Krzyż Oficerski Orderu Polonia Restituta, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski oraz Złoty i Srebrny Krzyż Zasługi.
Zmarł po ciężkiej chorobie 16 lutego 2016
roku, mając prawie 90 lat.
Msza święta żałobna odprawiona została w kościele pw. Miłosierdzia Bożego i św.
Siostry Faustyny na Koniuchach (19.02) o godzinie 11.00, pogrzeb odbył się na
cmentarzu parafialnym przy ul. Poznańskiej na Podgórzu.
Przez wiele lat miałem dotrzeć do Pana Witolda. Zawsze odkładałem to na później. Nie zdążyłem. Z tego co słyszałem miał przebogatą wiedzę o toruńskim sporcie żużlowym.
zdjęcie Andrzej Kamiński