![]()
|
Zmiany regulaminowe Kontrakty Przygotowania do sezonu Rywalizacja - DMP |
![]() |
![]() ![]() |
![]() |
|
| Kapitan | ligowi debiutanci | Lider |
ZMIANY
REGULAMINOWE W SEZONIE 2024
Sezon
2024 nie przyniósł znaczących zmian regulaminowych, jednak już w sierpniu
2023 zapoczątkowano proces dużych zmian organizacyjnych w polskim żużlu.
Oto bowiem 1 Liga Żużlowa została przekazana do struktur
Ekstraligi
Żużlowej. Oznaczało to, że w sezonie 2024 dwie żużlowe klasy rozgrywkowe
w Polsce stały się formalnie ligami zawodowymi zarządzanymi przez jeden
podmiot, a najważniejszą osobą w całym projekcie pozostawał nadal Wojciech
Stępniewski. Zmiana ta miała wprowadzić większą transparentność w dotyczącą
możliwości finansowych i organizacyjnych, klubów aspirujących do jazdy w
elicie. W praktyce przejście 1 Ligi Żużlowej do struktur zawodowych
oznaczało także lepszą koordynację terminów rozgrywania meczów od sezonu
2024 i planowania transmisji telewizyjnych, a także rozwinięcie i
profesjonalizację struktur organizacyjnych w klubach oraz szansę na większe
wpływy z praw medialnych i sponsorskich. W przyszłości planowano
ujednolicenie systemu rozgrywek oraz długoletni program kategoryzacji
infrastruktury stadionowej, który miał dać klubom szansę na dalszą
modernizację stadionów w celu podwyższenia standardu oglądania zawodów dla
kibiców.
Michał
Sikora, Przewodniczący PZM
był zwolennikiem wprowadzanych zmian i mówił:
"Od 2007 roku rozgrywki ekstraligowe funkcjonują w strukturach zawodowych i
są zarządzane przez spółkę Ekstraligę Żużlową. Sprzyja to realizacji
najważniejszych założeń nowoczesnej strategii marketingowej, a także
zcentralizowanemu zawieraniu umów ze sponsorami i partnerami. Z tej racji,
że aktualnie rozgrywki dwóch najwyższych klas transmitowane są przez jedną
telewizję, dążymy jako Polski Związek Motorowy do ścisłej synergii również w
zakresie regulaminowym, licencyjnym, a przede wszystkim komercyjnym i
sportowym - co z całą pewnością przyniesie pozytywne efekty w przyszłości
dla zarządzania całą dyscypliną. Zdajemy sobie sprawę z długofalowego
procesu zmian, które nas czekają, ale nastał odpowiedni moment na to, aby 1.
Liga Żużlowa dostała swoją szansę na profesjonalizację. Zmiany zachodzące w
polskim sporcie żużlowym wskazują jednoznacznie na to, że chcąc zachować
systemy spadków i awansów do dwóch najwyższych klas rozgrywkowych,
potrzebujemy jednego organu, który będzie nimi zarządzał. Myśląc o
wyrównywaniu szans dla żużla w Polsce chcemy też dać większe pola do
działania Ekstralidze Żużlowej w zakresie marketingu i pozyskiwania
sponsorów, których łatwiej będzie zainteresować prawami nie tylko dla 8, ale
16 ośrodków żużlowych. Jednocześnie chciałbym podkreślić bardzo wyraźnie, że
trzecia klasa rozgrywkowa, a więc 2. Liga Żużlowa nie wejdzie w struktury
żużlowych lig zawodowych w Polsce i nadal pozostanie pod auspicjami GKSŻ".
Z kolei były szef PZM, wiceprezydent
honorowy FIM i prezes honorowy PZM, który zakładał Ekstraligę Żużlową,
Andrzej Witkowski proponował pójść za ciosem i sugerował powiększenie
ekstraligi: "Przejęcie 1 ligi przez ekstraligę,
to słuszna, ale przynajmniej dwa lata spóźniona decyzja. Myślę, że
najpóźniej od 2026 roku w PGE Ekstralidze powinno być już 10 drużyn. W ten
sposób będziemy mieli aż 18 zespołów zarządzanych przez jedną spółkę.
Zakładając, że wprowadzi się zapis, że dwie drużyny wchodzą, a dwie spadają,
to proszę zobaczyć, przed iloma nowymi ośrodkami pojawi się możliwość jazdy
w elicie. Wierzę, że bardzo szybko dojdzie do sytuacji, że będziemy mieli 18
żużlowych stadionów z prawdziwego zdarzenia. Kluczowy oczywiście będzie w
tym wszystkim nowy kontrakt telewizyjny. Obecny kończy się w 2025 roku.
Zawsze dylematem będzie jak spożytkować te środki. Nie może być tak, że
tylko na bogacenie się żużlowców. Oczywiście, oni stanowią istotę tego
sportu, ale uważam, że zabierają za dużo z tego tortu. Proszę zauważyć, że
to ewenement, że jedna spółka będzie zarządzała dwiema ligami w tej samej
dyscyplinie. Dlatego coś trzeba będzie dać pierwszoligowcom. Musimy przede
wszystkim zwiększyć liczbę meczów. Kombinowanie z play-off przynosi plusy,
ale i minusy. A dzisiaj polski żużel stać na więcej meczów.
GKSŻ Nadal będzie miała co robić, bo oprócz zarządzania 2 ligą, dojdą mecze
reprezentacji, ale są jeszcze sprawy regulaminów, sportowych, technicznych
czy medycznych. No i musi zająć się szkoleniem młodzieży. Rola GKSŻ zmienia
się historycznie, ale taka jest kolej rzeczy. W nowych strukturam więrzę ,
że wrócą i odnajdą się Kraków i Świętochłowice. Dlaczego? Zakładam, że jak
kluby w 2 LŻ zobaczą jak sprawnie zarządzana będzie 1. LŻ, to też bardziej
się do wszystkiego przyłożą. Przede wszystkim poprawią infrastrukturę.
Polska staje się coraz bogatsza, jako ludzie mamy więcej pieniędzy. Wierzę,
że to również wpłynie na rozwój ośrodków żużlowych".
Choć żużlowe władze myślały o powiększeniu
najwyższej klasy rozgrywkowej na początek zajęły się zmianą struktur w dwóch
podmiotach zarządzających oraz zmianą nazewnictwa na trzech poziomach
rozgrywkowych. Przy swojej nazwie pozostała ekstraliga ze sponsorem
tytularnym Polską Grupą Energetyczną. Jednak dotychczasowa 1 liga będąca
ekstraligowym zapleczem otrzymała nazwę 2 Ekstraliga. To z kolei wymusiło
zmiany w najniższej klasie rozgrywkowej 2 lidze, która otrzymała nazwę
Krajowa Liga Żużlowa i pozostała w strukturach
GKSŻ, która miała
zarządzać również Żużlową Reprezentacją Polski. Zmiany organizacyjne
pociągnęły za sobą zmiany kadrowe. Jak wspomniano prezesem Ekstraligi
pozostał Wojciech Stępniewski, ale w GKSŻ
funkcję przewodniczącego po siedemnastu latach, przestał pełnić Piotr Szymański,
który został dyrektorem zarządzającym włączonej do struktur Ekstraligi - 1 Ligi
Żużlowej, która przyjmowała nazwę 2 Ekstraliga Żużlowa. Ustępujący prezes od
roku 2014 był jednocześnie przewodniczącym Komisji Wyścigów Torowych FIM Europe
i miał swój udział w powołaniu drużynowych turniejów reprezentacyjnych na Starym
Kontynencie zarówno wśród seniorów, jak i juniorów. Ponadto Szymański opiekował
się dorosłą reprezentację Polski, która odnosiła triumfy w Drużynowym Pucharze
Świata (2007-09, 2011, 2013, 2016-17, 2023).
Kadencję Piotra Szymańskiego podsumował Krzysztof Cegielski, były żużlowiec,
prezes stowarzyszenia żużlowców "Metanol": Niewątpliwie jest kojarzony z
wielkimi sukcesami sportu żużlowego, chociaż niektóre można było lepiej
wykorzystać. Na początku był bardzo zaangażowany w reprezentację i starał się
naprawiać różne niedociągnięcia. Na pewno udało mu się zostawić żużel w Polsce
na bardzo wysokim poziomie i tego nikt nie może podważać. Zaczynaliśmy od walki
o prawa zawodników. Wówczas to nie były nawet rozmowy. Cały czas nas zbywano, a
my walczyliśmy dalej. To była jedna wielka kłótnia. Na szczęście zrozumiano, że
łatwiej jest dyskutować, niż załatwiać coś za plecami. Od kilku dobrych lat
właściwie nie ma jakichś sporów. Pojawiają się po prostu pytania, prośby o
opinię czy rozmowy. Za to, że do tego doprowadził, chyba najbardziej dziękuję i
szanuję Piotra Szymańskiego".
Obowiązki szefa powierzono Ireneuszowi Igielskiemu, który miał być
siódmym w historii przewodniczącym Głównej Komisji Sportu Żużlowego i jak
poinformowała komisja w komunikacie: "To człowiek, który żyje dla żużla i od
wielu lat łączy największą pasję z pracą zawodową. Przez 19 lat pełnił funkcję
dyrektora zarządzającego Unii Leszno oraz zasiadał w zarządzie klubu. Podczas
jego kadencji w Lesznie zostały zorganizowane rundy Speedway Grand Prix oraz
Drużynowy Puchar Świata. To dzięki niemu klub pozyskał wielu sponsorów i
działaczy, co bezpośrednio przełożyło się na aż siedem złotych medali DMP w tym
czterech z rzędu. Klub w tym czasie stał się kuźnią młodych talentów, nie tylko
z Polski, ale także innych krajów - głównie z Australii. Wcześniej, w roku 2000,
pracował dla WTS Wrocław, a także współpracował z Kolejarzem Rawicz. Igielski od
wielu lat jest członkiem Zarządu Głównego Polskiego Związku Motorowego. W
przeszłości był już członkiem GKSŻ. W kierowaniu polskim żużlem pomagać mu będą
Dariusz Cieślak oraz Leszek Demski - obaj pełnić będą funkcję
wiceprzewodniczących.
Nowy przewodniczący już na starcie musiał zmierzyć się z konsekwencjami
decyzji podjętych na szczeblu ekstraligowym i jak wspomniano dotychczasowa 2
Liga Żużlowa w sezonie 2024 otrzymała nazwę Krajowa Liga Żużlowa. Zmiana ta nie
do końca spodobała się kibicom i żużlowym ekspertom, a Igieski tak mówił o
zastanych zmianach: "Stanęliśmy trochę przed faktem dokonanym, bo ta zmiana
nazewnictwa sprawiła, że musieliśmy też zmienić nazwę dotychczasowej drugiej
ligi. Ciężko byłoby komunikować Speedway 2. Ekstraligę i drugą ligę.
Zastanawialiśmy się, co zrobić i jak nazwać drugą ligę. Były różne pomysły.
Choćby trzecia liga. Doszliśmy jednak do wniosku, że to nie byłoby dobre dla
samych klubów, kibiców czy sponsorów. Zwłaszcza tym ostatnim trudno byłoby
wytłumaczyć, że kluby, które jeździły w drugiej lidze, teraz są w trzeciej. To
znaczy, że teraz spadły, zostały zdegradowane? Tym samym doszliśmy do wniosku,
że w przyszłym roku pojedziemy, jako Krajowa Liga Żużlowa. która powinna być
miejscem, gdzie ci najmłodsi zaczynają, gdzie zagraniczni zawodnicy, którym
ciężko się przebić, stawiają pierwsze kroki w Polsce. Jakby nie spojrzeć poziom
tej klasy rozgrywkowej bardzo się podniósł. To jest coś innego, niż 5, czy 10
lat temu. KLŻ stała się miejscem, gdzie można stworzyć coś, co będzie cieszyło
oko kibica. Chcemy tę formułę utrzymać, choć oczywiście marzy nam się sponsor
tytularny".
Oprócz zmiany nazewnictwa i uporządkowania struktur organizacyjnych zaplanowano również zmiany jakie miały wejść w sezonie 2025. I tak do lamusa miała odejść faza play-off z udziałem sześciu drużyn. W życie miała za to wejść, na poziomie ekstraligi i 2 ekstraligi faza play-off oraz faza play-out. To oznaczało, że cztery najlepsze ekipy po rundzie zasadniczej jechałaby o medale, gdzie najskuteczniejsza ekipa po 14 kolejkach spotkałaby się z czwartą, a druga z trzecią. Następnie zwycięzcy par zmierzyliby się w wielkim finale, a przegrani w dwumeczu o brązowy medal. Z kolei drużyny z miejsca od piątego do ósmego, uczestniczyłyby w fazie play-out. W ten sposób żadna z ośmiu ekip nie zakończyłaby przedwcześnie sezonu, a władze polskiego żużla wierzyły, że dzięki temu rozgrywki staną się bardziej atrakcyjne. Ponadto od roku 2025 miały powrócić mecze barażowe pomiędzy 7 drużyną Ekstraligi, a 2 drużyną 2 Ekstraligi.
O
wszystkich zmianach opowiedział w obszernym wywiadzie szef dwóch
najsilniejszych poziomów rozgrywek
Wojciech Stępniewski:
Poznaliśmy nową identyfikację wizualną
dwóch zawodowych lig żużlowych w Polsce. Jaka była idea związana z jej
utworzeniem i co to oznacza dla rozwoju polskiego żużla?
To jest krok milowy po siedemnastu latach - powiedział
Wojciech Stępniewski, prezes EŻ. Od sezonu 2024 Ekstraliga Żużlowa obejmuje
wspólne zarządzanie Speedway Ekstraligą i Speedway 2. Ekstraligą. Utworzenie
z 1 Ligi Żużlowej, ligi zawodowej, to jest krok milowy po siedemnastu latach
od czasów kiedy Andrzej Rusko, Leszek Tillinger i Marian Maślanka podjęli
pierwsze działania wspólnie z Polskim Związkiem Motorowym, które miały na
celu stworzenie ligi zawodowej. Uważam, że należy podkreślić, iż ówczesny
żużel, chociaż był rozpoznawalny w wielu ośrodkach w całej Polsce, miał
wielu kibiców lokalnie, nie był traktowany poważnie z punktu widzenia
największych miast i Warszawy, a przede wszystkim, znajdował się na etapie
transformacji. Już zaczęły się pojawiać pieniądze, ale jeszcze nie były
inwestowane w przemyślany sposób. Przypominam, że w końcówce lat
dziewięćdziesiątych, a nawet w okolicach roku 2005 speedway absolutnie nie
był przygotowany na to, aby posiadać zcentralizowane prawa telewizyjne,
sponsora tytularnego rozgrywek lub obudowę marketingową.
Kiedy pojawiła się idea założenia ligi zawodowej w 2006 roku, prezesi klubów
i Prezes PZM Andrzej Witkowski zdali sobie sprawę z tego, że to jest rozwój
i jedyna możliwość pokazania żużla z profesjonalnej strony oraz przełożenia
potencjału sportowego i kibicowskiego na biznesowy. Przeszliśmy okres
wielkiego rozwoju, zaczynaliśmy jako liga zawodowa z pozycji jednoosobowego
zarządu tej ligi w osobie Ryszarda Kowalskiego, kiedy spółka tak naprawdę -
poza udziałowcami - funkcjonowała w oparciu o Zarząd i Komisarza Ligi, a
nawet nie miała przez krótki czas swojej siedziby i korzystała z
pomieszczenia BTŻ Polonii w Bydgoszczy. Z żużla zupełnie amatorskiego lat
osiemdziesiątych, potem półamatorskiego lat dziewięćdziesiątych
przeobraziliśmy się dzięki klubom, Polskiemu Związkowi Motorowemu, sponsorom
i w ogromnej mierze telewizji Canal+ w etap zawodowego sportu w dwóch
klasach rozgrywkowych. To przełom.
Od
sezonu 2024 Ekstraliga Żużlowa jako spółka przejmuje zarządzanie Speedway
Ekstraligą i Speedway 2. Ekstraligą. Z jednej strony w identyfikacji
wizualnej postawiliśmy na logo, którego już używaliśmy - jest ono związane z
torem żużlowym. Z drugiej strony, uznaliśmy, że nazwa rozgrywek musi być
połączona zarówno z organem zarządzającym, czyli Ekstraligą Żużlową, jak
również ze słowem "speedway", które wiąże się z tożsamością tej ligi i
zostało przez lata zakorzenione w świadomości kibiców.
Nasze logo jest otwarte na funkcjonowanie w
przestrzeni sponsoringowej, a więc mamy komercyjną nazwę rozgrywek - PGE
Ekstraligę - najwyższą klasę rozgrywkową oraz aktualnie Speedway 2.
Ekstraligę, przy czym prowadzimy już od jakiegoś
czasu rozmowy dotyczące sponsoringu tytularnego i nie jest wykluczone, że w
nowym sezonie rozgrywki drugiego szczebla ligowego będą miały w nazwie
zamiast członu "speedway" miejsce na nazwę nowego podmiotu komercyjnego.
Nie ukrywam, że podjęliśmy decyzję dotyczącą ujednolicenia naszej domeny
internetowej - dla obu lig, a także jednej żużlowej aplikacji mobilnej dla
żużlowych lig zawodowych oraz wspólnej przestrzeni społecznościowej, która
będzie jednoczyć kibiców. Chcemy, aby ligi były identyfikowane z określoną
kolorystyką, która będzie też tożsama z kolorami występującymi w grafice
telewizyjnej. Oczywiście do wielu rzeczy w Speedway 2. Ekstralidze musimy
podejść etapowo, nie od razu pojawią się zmiany radykalne, dajemy sobie
przede wszystkim czas w sezonie 2024 na ewolucję.
Długo mówiło się, że zmiany w
systemie rozgrywek mają w przyszłości zmierzać do dziesięciozespołowej
Ekstraligi, ale 2 sezonie 2024 tak się nie stało, bo na najwyższym szczeblu
pozostało 8 drużyn. Tyle samo wystartowało w Speedway 2 Ekstralidze. jakie
były motywy podjętych decyzji?
Zacznijmy
od tego, że uzawodowienie dotychczasowych rozgrywek 1. Ligi Żużlowej to
efekt zmian wynikających z ustawy - kluby przekształcają się w spółki
akcyjne lub spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Wprowadzamy
kategoryzację stadionów i na przełomie 2024 - 2025 roku każdy klub oraz jego
kibice będą wiedzieć, jakie braki ma dany obiekt i jakie inwestycje powinny
być wykonane w ciągu 3-8 lat. Mamy już od lat proces licencyjny w ramach
Polskiego Związku Motorowego, który porządkuje sprawy finansowe, kadrowe,
infrastrukturalne oraz szkoleniowe. W związku z przejęciem zarządzania
Speedway 2. Ekstraligą stworzyliśmy własny, autorski system rozgrywek i jest
to swego rodzaju nowe otwarcie, które przede wszystkim zakłada to, że między
ligami zawodowymi może zachodzić rotacja co najmniej jednej, a maksymalnie
dwóch drużyn w każdym sezonie rozgrywkowym. To gwarantują baraże. Kiedy
jeden podmiot zarządza kalendarzem rozgrywek, łatwiej jest usystematyzować
logiczną całość funkcjonowania systemu dwóch lig, czyli przede wszystkim,
sprowadzić finał Speedway 2. Ekstraligi również do żużlowego święta, w
którym przegrany zmierzy się z przedostatnim zespołem PGE Ekstraligi.
Wydłużamy sezon żużlowy w Polsce o dwumecz "międzyligowy", który oceniam już
teraz jako zapowiadający się bardzo atrakcyjnie. Mało tego, wydłużamy też
sezon dla drużyn z pozycji numer 7 i 8 w PGE Ekstralidze, co niejednokrotnie
było przedmiotem życzeń kibiców, aby rozgrywki w dolnej części tabeli nie
kończyły się zbyt szybko. Wróciliśmy do meczów barażowych, ale na nieco
innych zasadach wyłaniania ich uczestników i uważamy, że połączenie tego z
play-off oraz tzw. play-down na nowych zasadach, da nam więcej emocji w obu
klasach rozgrywkowych, a przede wszystkim wyrównane rozgrywki w dwóch
grupach każdej z lig, a więc 1-4 i 5-8. Czeka nas od 2025 roku łącznie 140
meczów w sezonie w obu ligach, a jedyne dwie różnice między nimi będą
polegały na tym, że w Speedway 2. Ekstralidze w porównaniu do PGE
Ekstraligi, nie będzie dwumeczu o trzecie miejsce, a także meczu barażowego
z drugą drużyną trzeciej klasy rozgrywkowej.
Co ma Pan na myśli, mówiąc, że nowy
system ligowy będzie atrakcyjniejszy?
Od 2025 roku system rozgrywkowy w obu
ligach będzie, pomijając wspomniane wyżej detale, jednolity. Wracamy do
rywalizacji o medale w grupie play-off po sezonie zasadniczym, a w Speedway
2. Ekstralidze o awans i możliwość baraży z siódmą drużyną PGE Ekstraligi.
Reforma jest też po to, aby 56 meczów rundy zasadniczej w obu ligach
odbywało się o dużą stawkę. Uważam, że przy takim podziale rozgrywek na dwie
równe grupy każdy mecz będzie miał wielką wagę, a każdy punkt może ważyć o
tym, czy ktoś znajdzie się w grupie medalowej lub mającej szanse na awans,
czy też spadkowej. Wydłużamy sezon dla drużyn z pozycji 7-8 w PGE
Ekstralidze, bo uważam, że to doda zmaganiom ligowym kolorytu i jest
oczekiwane przez kibiców, a jednocześnie chcemy, aby w grupie play-down,
czyli drużyn z miejsc 5-8 gra toczyła się o wysoką stawkę do samego końca.
Bardzo ważny dwumecz w końcowych etapie rozgrywek w grupie play-down, czyli
drużyn z pozycji 7-8 w PGE Ekstralidze będzie o wielkim ciężarze gatunkowym
i będzie miał wpływ na bezpośredni spadek oraz desygnowanie zespołu do meczu
barażowego z drugą drużyną rozgrywek Speedway 2. Ekstraligi. Tutaj
podkreślić chcę bardzo wyraźnie, że finał w tej lidze również przełoży się
na dwie korzyści dla zespołów. Zwycięzca uzyska awans do PGE Ekstraligi, a
przegrany prawo udziału w barażach. To będą mecze, które stworzą doskonałą
przestrzeń marketingową dla klubów, a wiemy, że nic tak nie elektryzuje
fanów, jak mecze o stawkę. Mieliśmy zresztą tego przykład w sezonie 2023,
gdy po kilku meczach z bardzo słabą frekwencją na trybunach,
Leszno zgromadziła w piątkowy wieczór, 7 lipca, czyli w trakcie sezonu
urlopowego 12 tys. widzów na trybunach podczas meczu z drużyną z Grudziądza,
gdy ważył on o losach utrzymania w PGE Ekstralidze.
Dlaczego nie wprowadzono
dziesięciozespołowej PGE Ekstraligi od 2025 roku, gdy była na to najlepsza
okazja?
Analizując
sezon 2023 wiemy, że w PGE Ekstralidze średnio za jeden punkt kluby płacą
zawodnikom 8000 zł. W sezonie mamy 70 meczów, do zdobycia jest 7000 punktów
w całych rozgrywkach, bo zakładamy, że do 90 punktów puli meczowej dochodzi
średnio jeszcze 10 bonusów, także płatnych. Zatem każdy mecz to około 100
płatnych punktów. Czyli łącznie 8 klubów na punkty wydało w sezonie 2023
blisko 60 mln zł. Jeśli do pieniędzy za punkty dodamy kwoty wydatkowane za
same podpisy pod kontraktami, ok 40 mln zł, czyli 5 mln średnio na klub, to
robi się to robi się z tego kwota ok. 100 milinów złotych. Muszę jednak
dodać, że to są pieniądze dla około 50 zawodników, bo w wielu przypadkach
juniorzy są na znacznie mniejszych kontraktach niż czołowi żużlowcy. Wniosek
dla nas jest taki, że myśląc o większej liczbie drużyn w PGE Ekstralidze
musimy zakładać 106 meczów w sezonie z rundą play-off włącznie, a więc 36
meczów więcej, co daje 3600 punktów więcej, a na koniec dodatkowe 29
milionów złotych, które ponownie należałoby znaleźć. Do tej kwoty,
zakładając 10 drużyn w PGE Ekstralidze, trzeba dołożyć 10 milionów złotych
za tzw. podpisy zawodników dla dwóch dodatkowych klubów. Finalnie brakuje
nam blisko 40 milionów złotych do tego, aby do PGE Ekstraligi dołączyć dwa
dodatkowe kluby i mieć dziesięciozespołową ligę. Tych pieniędzy nie uzyskają
kluby poprzez przychody z dnia meczowego lub poprzez pozyskanie nowych
sponsorów, a także z kontraktu telewizyjnego. Z tej racji optymalny wydaje
się system dwóch lig zawodowych, gdzie cały czas musimy pracować nad tym,
aby zwiększać potencjał sportowy, sponsorski, a tym samym finansowy Speedway
2. Ekstraligi. Nie chcemy też "zabijać" dawnej 2. Ligi Żużlowej, która nie
może być "kadłubowa". Reasumując, na dziś nie stać całego systemu żużlowego
w Polsce aby powiększać EŻ do 10 zespołów. A mrzonki o tym, że zawodnicy
będę mieli mniejsze oczekiwania niż dziś, ze względu na większą liczbę
meczów należy schować głęboko do szuflady. Jednocześnie proszę pamiętać, że
każda zmiana systemu rozgrywek musi mieć swoje uzasadnienie na płaszczyźnie
ekonomicznej. Na dziś powiększenie do 10 zespołów mogłoby się skończyć dla
kilku klubów bankructwem.
Po sezonie zasadniczym od 2025 roku,
w obu ligach zawodowych, zwycięskie drużyny będą miały prawo wyboru
przeciwników w fazie play-off i play-down. Skąd ta zmiana?

Zacznijmy
od tego, że nasz autorski plan na rozgrywki to oczywiście pomysł, który
konsultowaliśmy wewnętrznie w ramach spółki, ale także analizowaliśmy to, co
pisali do nas kibice, mówili działacze żużlowi, eksperci czy dziennikarze.
Także podkreślam - słuchamy mądrych rad z zewnątrz i nie jesteśmy tymi,
którzy pozjadali wszystkie rozumy. Z drugiej strony, chcę podkreślić, że
ważną rzeczą w sporcie jest zachowanie emocji w sezonie rozgrywkowym do
samego końca. Taki jest dzisiejszy sport komercyjny. W taką stronę idą
wszystkie dyscypliny, a w USA czy Kanadzie zawodowe ligi koszykówki czy
hokeja na lodzie "od zawsze" rozgrywają play-off, a mogłyby przecież sumować
punkty do tabeli i wyłaniać na koniec mistrzów w prosty, ale nieciekawy
sposób.
Może i sprawiedliwy był kiedyś w żużlu system, w którym rozgrywano
dwadzieścia rund i sumowano dorobek punktowy drużyn, a najlepsza zostawała
Drużynowym Mistrzem Polski. Proszę jednak pamiętać, że choćby w 1992 roku
Polonia Bydgoszcz podejmowała w ostatnim meczu ligowym Spartę Wrocław, będąc
już od dwóch kolejek mistrzem, a mecz z wrocławianami wygrała 73:17, bo był
o nic. Wtedy Tomasz Gollob i Waldemar Cieślewicz celowo zostawali na
startach w niektórych biegach, aby dać kibicom trochę emocji i zabawy, bo
mecz był nudny, a goście przyjechali w okrojonym składzie, bo jechali już o
"pietruszkę". Rok później ta sama Sparta wygrała ligę z 28 punktami, a
kolejne dwa zespoły w lidze zakończyły sezon z 22 punktami. Znowu koniec
sezonu był o nic i takich przykładów mógłbym podać jeszcze kilka. Dziś
trzeba zdać sobie sprawę, że sponsorzy, telewizja i kibice oczekują przede
wszystkim dreszczyku emocji, meczów o stawkę do samego końca sezonu.
Oczywiście wiemy, że bywają finałowe dwumecze, które też nie "muszą" dawać
stuprocentowych emocji, bo różnie się to układa, ale skoro nie chcemy w
lidze żużlowej KSM, sztucznie nie będziemy regulowali sił zespołów, to
podkreślić trzeba, że od operatywności działaczy i budżetów zależy w dużej
mierze potencjał zawodniczy. Dodam tu argument przeciwko dziesięciu zespołom
w lidze - dziś skończyłoby się to zbyt wieloma meczami do jednej bramki,
więc staraliśmy się w tym nowym systemie dodać smaczków do żużlowej machiny
obu lig. Mam nadzieję, że za kilka lat stwierdzimy, że to się sprawdziło i
opłaciło.
A nie uważa pan, że to brutalna
rzeczywistość? Piąta drużyna po sezonie zasadniczym w obu ligach może nawet
spaść do niższej klasy rozgrywkowej.
Dorobek po sezonie zasadniczym będzie miał znaczenie - jest o co jechać, bo
będzie się wybierało przeciwnika w play-off, ale też każdy dwumecz w grupie
play-down będzie o stawkę. Nie chcieliśmy przecież wracać w tzw. drugiej
czwórce do meczów o miejsca 5-6, bo takie coś nikogo nie interesuje.
Sztuczne wydłużenie sezonu z meczami rozgrywanymi w sierpniu tylko po to,
żeby wypłacić za punkty zawodnikom, przy małej frekwencji na stadionie i
słabej oglądalności w telewizji - to do nas nie przemawia.
Żeby spaść z ligi, rzeczywiście będzie trzeba od 2025 roku przegrać najpierw
rywalizację w jednej rundzie play-down, a następnie w kolejnej. Czyli jeśli
w dwóch dwumeczach ktoś okaże się naprawdę słabszy, to chyba nie mamy
wątpliwości, że w danym sezonie zasłużył na spadek.
Losowe przypadki, czyli kontuzje mogą
zniweczyć wysiłek całego sezonu…
Dlatego wprowadzamy od 2024 roku zastępstwo zawodnika w rundzie zasadniczej
za dwóch najlepszych żużlowców pod względem średniej biegopunktowej, a w
rundzie play-off za trzech.
Drugie zabezpieczenie przed osłabieniem zespołów na wypadek kontuzji, to
możliwość skorzystania z zawodnika z niżej klasy rozgrywkowej na rundę
play-off / play-down, ale pod warunkiem, że jego średnia biegopunktowa
będzie niższa od średniej kontuzjowanego zawodnika. I tylko w sytuacji, gdy
już korzystamy z ZZ za jednego zawodnika, a mamy kontuzję następnego
zawodnika z podstawowego składu. I ta zmiana będzie od sezonu 2025.
Mówimy
o tzw. zastępstwie medycznym?
Kwestia nazewnictwa pewnie jeszcze będzie
doprecyzowana jak cały regulamin. Od sezonu 2025 chcemy po prostu jeszcze
bardziej zabezpieczyć kluby przed kontuzjami w rundach play-off oraz
play-down obu lig zawodowych i wprowadzić możliwość skorzystania z tego
dodatkowego zastępstwa tylko w określonych trzech sytuacjach. Po pierwsze,
takie zastępstwo będzie możliwe z niższych lig do wyższych lig. Po drugie,
będzie mogło zostać zastosowane jedynie w sytuacji, gdy w drużynie jest już
jeden zawodnik kontuzjowany i za niego stosowane jest klasyczne zastępstwo
zawodnika. A więc w takiej sytuacji będzie można pozyskać kolejnego żużlowca
z niższej ligi, z niższą średnią biegopunktową. Obrazowo - przy urazie
Andersa Thomsena w STALI Gorzów, jak było w przeszłości, a także kolejnej
kontuzji - Szymona Woźniaka, za tego pierwszego zastosować będzie można ZZ,
a za drugiego wystawić do składu nowego zawodnika pozyskanego z niższej
ligi, z niższą lub tą samą średnią biegopunktową niż kontuzjowany.
(AD: ostatecznie tuż przed sezonem
władze ekstraligi odpowiedziały pozytywnie na
wniosek klubowych prezesów, pośród których żaden nie chciał, by kontuzja
jednego zawodnika niweczyła trudy całego sezonu, a tak stało się choćby w
minionym roku ze Stalą Gorzów, która przez kontuzję
Andersa Thomsena odpadła już w ćwierćfinale czy ze Spartą Wrocław, która w
finale nie mogła skorzystać z Macieja Janowskiego przez co nie miała
większych szans na nawiązanie walki z Motorem Lublin. Dlatego wypracowano kompromis, który
zapisano w regulaminie i od sezonu 2024 w
rundzie zasadniczej zastępstwo zawodnika można było stosować tylko za dwóch
najlepszych żużlowców, a w play-off zastępowanych mogło być trzech zawodników z każdej drużyny.)
Kibice chcieliby wiedzieć co
z terminarzem ligowym na sezon 2024, a także jakie będą kanały telewizyjne,
za pośrednictwem których będzie można oglądać Ekstraligę i Speedway 2.
Ekstraligę od 2025 roku?
Na pewno w 2025 roku będziemy musieli rozgrywać mecze w październiku. O
szczegółach trudno dziś mówić, mamy jeszcze czas. W sezonie 2024 nie
zmieniają się nasze terminy i kanały emisyjne w PGE Ekstralidze: będą to
piątki (mecze ELEVEN SPORTS) i niedziele (mecze CANAL+ Sport 5). Jeśli
chodzi o Speedway 2. Ekstraligę w sezonie 2024, to mecze odbywać będą się w
niedziele oraz w innych terminach, które nie będą kolidowały z kalendarzem
lig międzynarodowych i oczywiście będą transmitowane w Canal+. Ważne, aby
kluby wiedziały już na 10 dni przed meczami w jakie dni tygodnia będą się
one odbywać. Od 2025 roku przygotowujemy się do tego, aby Speedway 2.
Ekstraliga jeździła również w czwartki.
Kiedy można spodziewać się informacji
dotyczących nowych umów telewizyjnych?
Aktualnie przygotowujemy się do konkursu
ofert dotyczących sprzedaży praw telewizyjnych. Będzie on dotyczył PGE
Ekstraligi na lata 2026, 2027 i 2028 oraz Speedway 2. Ekstraligi na lata
2025, 2026 i 2027.
W ramach strategii Ekstraliga 3.0
Ekstraliga Żużlowa zapowiedziała wydanie gry o tematyce żużlowej oraz
inwestycję w powstanie żużlowego eSportu. Na jakim etapie znajdują się prace
nad tymi projektami?
Wstępne założenie było związane z pracami
nad grą do 2024 roku włącznie oraz w dalszej kolejności powstaniem żużlowego
eSportu. Prace podjęliśmy w pierwszym roku po ogłoszeniu pomysłu związanego
z szeroko pojętymi zmianami marketingowymi, a przypomnę, że dotyczyły one
m.in. nowych boksów, telemetrii, rozwoju aplikacji mobilnej. Jeśli chodzi o
grę, to jesteśmy bliscy wyłonienia wykonawcy, ale realia rynkowe zmieniły
się od trzech lat i wiemy, że w tym momencie jesteśmy w zupełnie innym
położeniu biznesowym niż w momencie podejmowania decyzji o produkcji gry.
Aktualnie firmy zajmujące się tego typu projektami, które nas interesują, a
więc o bardzo wysokim standardzie, mają zajęte terminy na kilka lat do
przodu. W dzisiejszym świecie biznesowym rynek gier to przede wszystkim
godziny pracy programistów, development i zasoby ludzkie, których
dyspozycyjność nie jest zależna od zleceniodawców. Biorąc pod uwagę fakt, że
poważnie podchodzimy do projektu, a dodatkowo myślimy o eSporcie w sposób
kompleksowy, zakładamy, że w 2024 roku wyłonimy wykonawcę projektu, ale nie
jesteśmy teraz w stanie określić daty wydania gry.

Rewolucję organizacyjną i planowane zmiany w drużynowej rywalizacji skomentował Adam Krużyński, członek rady nadzorczej toruńskiego Apatora: "Na pewno po kilku latach stagnacji, jeśli chodzi o regulamin rozgrywek, ale też wielu dyskusjach w kwestii sprawiedliwości play-offów, doszło do pewnego rodzaju rewolucji. Nie chcę mówić, że zupełnie wywróciła ona stolik, przy którym wszyscy siedzieliśmy, ale na pewno będzie w tej chwili powodowała burzliwe rozmowy w wielu gabinetach. Faza play-down, która dotyczy czterech najsłabszych ekip po rundzie zasadniczej, będzie tworzyła różne scenariusze, rozpatrywane jeszcze przed startem rozgrywek, gdy będzie mierzony potencjał poszczególnych zespołów. Nowy system stworzy ogromne różnice pomiędzy czwartą i piątą drużyną po rundzie zasadniczej. Ta pierwsze będzie biła się o mistrzostwo, druga z kolei może ostatecznie nawet spaść na drugim szczebel lub pojechać w barażu o trzymanie się w Ekstralidze. W takim wypadku niezwykle cenny może być dosłownie każdy punkt, dlatego jeszcze większe znaczenie będzie miał sposób stworzenia drużyny. To jednak nie spowoduje nagłej budowy dream teamów. Przede wszystkim brakuje zawodników na najwyższym poziomie, którzy nie schodziliby poniżej pewnego poziomu i zapewnili miejsce w pierwszej czwórce. Co więcej, nawet gdyby udało się z nimi podpisać kontrakty, to i tak istnieje ryzyko w postaci kontuzji lub innych czynników losowych. Łatwiej będzie posiadać w zespole wartościowego zmiennika. To powinno spowodować, że kluby będą przykuwać jeszcze większą uwagę do drużyn U-24, gdyż zawodnicy z niej będą naturalnym zapleczem. Wówczas ci, którzy będą mieli możliwość szybkiego wprowadzenia jakiegoś żużlowca do pierwszego składu, sporo zyskają. W ten sposób może zmienić się układ sił, szczególnie w tej dolnej czwórce. Dlatego w naszym wypadku spowoduje to, że przed sezonem 2025 będziemy zastanawiali się nad poszerzeniem kadry".
W nieco innym aspekcie zmiany oceniła Marta Półtorak, była prezes klubu z Rzeszowa: "Najpierw ogłoszono, że 1. Liga Żużlowa zamienia się w Speedway 2. Ekstraligę, a parę dni później przekazano, że 2. Liga Żużlowa to od teraz Krajowa Liga Żużlowa. Kibice dość masowo skrytykowali te ruchy i trudno znaleźć w sieci obrońców nowego nazewnictwa. To tylko pokazuje, że nazwy lig nigdy nie są i nie będą najważniejsze dla fanów. Mam przeczucie, że kibice i tak będą mówić o I i II lidze żużlowej. Dajmy jednak szansę autorowi nowego pomysłu i zobaczymy, co za tym się kryje. Może za powołaniem Krajowej Ligi Żużlowej pójdzie jakaś zmiana jakości? Jeśli tak się stanie, to z perspektywy czasu ocenimy to za słuszne posunięcie. 2 Liga Żużlowa, Krajowa Liga Żużlowa - przeciętny kibic nie wie, skąd te nazwy się biorą. Ktoś miał na to jakąś koncepcję, ale czy ją odpowiednio wytłumaczył? Chcę dać szansę tej nowej nazwie, ale z drugiej strony na najniższym szczeblu rozgrywek mamy przecież kluby z Łotwy i Niemiec. Co to zatem oznacza, że KLŻ będzie dążyć do ich wyrzucenia? Czy może za chwilę zaczniemy jeździć w tych rozgrywkach tylko krajowymi zawodnikami, stąd taka nazwa? Nie wiem, co autor miał na myśli tworząc Krajową Ligę Żużlową i kibice chyba też nie. Początek funkcjonowania tej nazwy nie jest zatem najlepszy, ale poczekajmy, jakie będą kolejne kroki. Jeśli organizacyjnie będziemy dążyć do tego, że Speedway 2. Ekstraliga będzie czerpać z PGE Ekstraligi, a Krajowa Liga Żużlowa będzie równać do Speedway 2. Ekstraligi, to dobrze. Pytanie, jakim to się będzie odbywać kosztem?"
W tle zachodzących zmian żużlowe władze
prowadziły rozmowy ze sponsorami i telewizją, bowiem oba kontrakty dobiegały
końca i aby zapewnić wysoki standard rozgrywek niezbędne były środki finansowe.
Efektem tych działań było, przedłużenie do 2027 roku umowy z PGE Polską Grupą
Energetyczną. Tak długi sponsoring tytularny oznaczał wielkie zaufanie, ale
przede wszystkim niesamowitą wręcz lojalność oraz wzajemne wymierne korzyści.
Tym samym od 2015 roku Speedway Ekstraliga i PGE jechały w jednej żużlowej parze
i nie dziwiło to nikogo, bo PGE Ekstraliga stała się flagowym projektem
sponsoringowym w motorsporcie, a prezes Zarządu PGE Polskiej Grupy
Energetycznej S.A. Wojciech Dąbrowski tak komentował kontynuację współpracy:
"Z najlepszą żużlową liga świata jesteśmy związani od 2015 roku. Przez
ostatnie dziewięć lat marka PGE jako sponsora tytularnego rozgrywek utrwaliła
się w świadomości kibiców, dziennikarzy i całego środowiska żużlowego.
Sponsoring tytularny to dla PGE nie tylko oczywiste korzyści marketingowe, ale
też satysfakcja z możliwości bycia częścią żużlowej rodziny, uczestniczenia w
rozwoju jednej z najbardziej popularnych dyscyplin sportu w Polsce. Wciąż
dostrzegamy olbrzymi potencjał polskiego speedwaya i jesteśmy pełni uznania dla
pracy jaką wykonała Ekstraliga Żużlowa, by te rozgrywki stały na bardzo wysokim
poziomie sportowym i organizacyjnym. PGE Ekstraliga daje mnóstwo sportowych
emocji, co widać po wskaźnikach oglądalności transmisji telewizyjnych czy
frekwencji na stadionach - w wielu miastach jest to popularny sposób spędzania
czasu przez całe rodziny. Te wszystkie czynniki zadecydowały o tym, że
postanowiliśmy związać się z Ekstraligą Żużlową na rekordowe, kolejne cztery
lata. Żużel to dyscyplina sportu, która bardzo dobrze wpisuje się w długoletnią
strategię budowania wizerunku marki PGE Polskiej Grupy Energetycznej. Fenomen
tego sportu polega na bardzo wysokiej, przekraczającej średnio dziewięć tysięcy
widzów, średniej frekwencji na stadionach. W PGE Ekstralidze odbywa się w jednym
sezonie rozgrywkowym 70 meczów, które cieszą się od wielu lat niesłabnącym
zainteresowaniem mediów, a przede wszystkim kibiców oglądających telewizyjne
transmisje z meczów. Zawody pokazywane na żywo w CANAL+ Sport 5 i ELEVEN SPORTS
ogląda średnio około 160 tys. widzów".
W ramach kolejnej umowy sponsoringowej, oprócz działalności sportowej, przez
kolejne cztery sezony PGE i PGE Ekstraliga miały rozwijać wspólne projekty
ekologiczne. Kluby PGE Ekstraligi zobowiązane zostały do prowadzenia działań
edukacyjnych, mających na celu podniesienie świadomości ekologicznej wśród
adeptów żużla, a także działania wizerunkowe m.in. na busach zawodników (logo
eko PGE Ekstraligi). Dodatkowo, w ramach aktywności w mediach społecznościowych,
Ekstraliga miła promować postawy ekologiczne. Założenia współpracy na
najbliższe lata były tym samym zgodne ze strategią biznesową Grupy PGE, której
jednym z filarów była energia przyjazna dla środowiska.
Ostatecznie kontrakt jaki wynegocjował
Wojciech Stępniewski i spółka okazał się rekordowym w historii polskiego
żużla. Najlepsze oferty złożyli ubiegłoroczni partnerzy czyli Grupa PGE,
która od 11 lat była partnerem strategicznym rozgrywek i postanowiła nim
pozostać do roku 2027 oraz stacja Canal+, która zyskała prawa do pokazywania na
szklanym ekranie ekstraligowych zmagań do 2028 roku. Tym razem jednak zwycięstwo
nie przyszło łatwo, bo do walki włączyła się stacja Discovery i wygrany w
wyścigu o prawa telewizyjne musiał wyłożyć rekordowe pieniądze
w kwocie 214,5 mln zł i był to wzrost o 600%
W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o społecznym fenomenie sportu żużlowego, bo dyscyplina
ta obecna była w zaledwie 22
polskich miastach, a mimo to co tydzień gromadziła przed telewizorami setki tysięcy
sympatyków jazdy w lewo. Tylko w ubiegłym sezonie każdy mecz Ekstraligi był oglądany średnio
przez 160 tysięcy widzów w telewizji i 10 tysięcy na stadionach. Finał z kolei oglądało
nawet 0,5 mln fanów.
Z potencjału dyscypliny doskonale zdawał sobie sprawę Canal+, dla którego żużlowe kontrakty
stały się priorytetem. Nieoficjalnie szacowano, że nawet 25
procent abonentów tej stacji to właśnie kibice żużla. Z tego też powodu sportowy
gigant po raz kolejny postanowił wyłożyć na żużel rekordowe pieniądze i
zatrzymać go na swoich antenach, a nawet rozszerzyć o zmagania 2 Ekstraligi, do
której prawa kosztowały kolejne 10 mln złotych
rocznie (lata 2025-2027), a stacja musiał opłacić dodatkowo koszty produkcji spotkań.
Sumując ekstraligowe kwoty sponsoringu tytularnego (PGE średnio 6,5 mln
rocznie) i telewizyjnego (Canal + średnio 71,5 mln rocznie) wynegocjowane przez
ekstraligowych decydentów, do podziału między kluby było blisko 80 mln złotych.
Wiadomym było jednak, że władze
rozgrywek nie zamierzały przekazywać, do klubów tak ogromnych pieniędzy bez
kontroli nad ich wydatkowaniem, bowiem pieniądze kluby miały przeznaczyć na
poprawę infrastruktury stadionowej oraz na szkolenie adeptów sportu żużlowego.
Dla kibiców ważny był również fakt, że sublicencję
na pokazywanie zmagań ekstraligowych nabyła stacja Eleven Sports, które podobnie jak
w poprzednich latach miała pokazać dwa piątkowe mecze z każdej kolejki. Hity
każdej rundy nadal miały być pokazywane w Canal+ Sport 5 w każdą niedzielę.
A zwieńczeniem każdej ligowej kolejki miał być Magazyn PGE Ekstraligi.
To wszystko sprawiało, że z żużlem w Polsce pod względem finansowym mogła równać
się już tylko piłka
nożna. Rozgrywki w każdej innej dyscyplinie mogły pomarzyć choćby o
ułamku wynegocjowanych kwot. Większość spotkań innych dyscyplin pokazywana była za darmo, a już samym
sukcesem było, gdy partner telewizyjny zgodzi się opłacać koszty produkcji
sygnału. Tak było choćby z - globalnie znacznie popularniejszymi dyscyplinami -
koszykówką, piłką ręczną, czy hokejem. Z Ekstraligą nie mogła równać
się nawet siatkarska PlusLiga, której prawa telewizyjne były tradycyjnie w rękach
Polsatu. Przenosząc finanse na poziom klubowy większość z
ekstraligowych ośrodków miała dysponować przynajmniej 20 milionami złotych
rocznie, a z takimi budżetami śmiało można byłoby myśleć o grze w połkarskiej Ekstraklasie.
I to nie tylko z myślą o utrzymaniu się w lidze. Kwoty te robiły jeszcze większe wrażenie, gdy
przeanalizuje się zarobki najlepszych
zawodników. Już w roku 2024 każdy żużlowiec z czołówki Ekstraligi miał wystawić faktury na grubo ponad trzy miliony złotych. Średni kontrakt gwiazdy ligi
oscylował wokół miliona złotych na przygotowanie do sezonu i 10 tysięcy złotych za
każdy zdobyty punkt. Łatwo więc było policzyć, że za jeden mecz czołowy żużlowiec
był w stanie zainkasować 120-180 tysięcy złotych. Oczywiście część tej kwoty
pochłaniały wydatki na sprzęt, mechaników i dojazd na mecz, ale po odliczeniu
wydatków i tak na koncie zawodnika pozostawała kwota, której pozazdrościć mogła zdecydowana
większość piłkarzy grających na co dzień w Ekstraklasie.
W negocjacjach niepoślednią rolę odegrał wspomniany Wojciech Stępniewski, który z ramienia Ekstraligi Żużlowej wspiął się na wyżyny finansowania, bo dzięki wynegocjowanym przez niego umowom zarządzana przez niego spółka, zarobiła 315,6 miliona złotych, a do końca 2028 roku na jej konto miało wpłynąć drugie tyle. W sumie wartość wynegocjowanych i podpisanych przez byłego toruńskiego prezesa umów wynosiła 608 milionów złotych. A mowa w tym przypadku wyłącznie tylko o najważniejszych umowach czyli ze sponsorem tytularnym i nadawcą telewizyjnym. Umowy prezesa Wojciecha Stępniewskiego wynegocjowane dla Ekstraligi na przestrzeni lat:
| Sponsor tytularny | Nadawca telewizyjny | ||
![]() |
Enea,
2013-2014, 4 miliony PGE, 2015-2017, 9 milionów PGE, 2018-2020, 10,5 miliona PGE, 2021-2023, 10,5 miliona PGE, 2024-2027, 26 milionów |
![]() |
Canal+, 2013-2015, 6 milionów Canal+, 2016-2018, 25,5 miliona Canal+, 2019-2021, 60 milionów Canal+, 2022-2025, 242 miliony Canal+, 2026-2028, 214,5 miliona |
Gigantyczne pieniądze sprawiły, że
Ekstraliga sezon 2024 miała odjechać za 162
miliony. Dekadę temu takie pieniądze wystarczyłyby na 4 - 5 sezonów. Od
tamtego czasu zarobki zawodników poszły jednak mocno w górę, a hegemonem
finansowym miała być Sparta Wrocław z budżetem 27 milionów, tuż za
Dolnoślązakami plasował się Motor Lublin z 25 milionami, a kolejne miejsca
należały do Stali Gorzów i Włókniarza Częstochowa z 20 milionami, Apator Toruń z
19 milionami otwierał drugą połowę ekstraligowej stawki, a na końcu zestawienia
była Unia Leszno, GKM Grudziądz i Falubaz Zielona Góra, które zgromadziły budżet
na poziomie 17 milionów. Nic więc dziwnego, że każdy
chciał z finansowego tortu uszczknąć jak najwięcej. Podpisana umowa wymagała
ekspozycji sponsorów i kluby chciały dysponować jak największą powierzchnią
reklamową na stadionie, ale też na motocyklach i kevlarach zawodników. To
sprawiało, że zawodnicy mieli coraz mniej miejsc reklamowych dla prywatnych sponsorów.
Gdy kluby nie mogły dojść do porozumienia z zawodnikami, w 2017 roku wprowadzono
przepis mówiący o tym, że każdy z zespołów od roku 2024 będzie jeździł w jednolitym
zestawie kevlarów. To pozbawiało zawodników kolejnych miejsc reklamowych, które do tej pory
były przeznaczone dla ich prywatnych sponsorów.
W praktyce oznacza to, że reklama sponsora zawodnika mogła znaleźć się na jego
kostiumie klubowym tylko wtedy, gdy sponsor ten zostanie oficjalnym partnerem
klubu i będzie płacił za reklamy danemu ośrodkowi. Nie było zatem możliwości
wykupienia reklamy tylko u jednego zawodnika, bo każdy z żużlowców posiadał dokładnie taki sam kevlar.
Zawodnikom pozostały jedynie przestrzenie reklamowe
na obszyciach motocykla, czapce, kasku
i bidonie. Dla zawodników, którzy nierzadko mieli kilkudziesięciu prywatnych
drobnych sponsorów, takie rozwiązanie było gigantycznym ciosem.
Władze klubowe argumentowały jednak tę zmianę tym, że kontrakty są dzisiaj na
tyle wysokie, że nie ma powodów, by żużlowcy mieli być opłacani dodatkowo przez
prywatnych sponsorów. Każdy z działaczy chciał tym samym, by partnerzy zawodników
podczas meczów Ekstraligi reklamowali się za pośrednictwem klubów i to im
płacili za miejsca reklamowe, bo jak szacowano mogło to stanowić dodatkowe 0,5-1 mln złotych
w klubowej kasie.
Po pozyskaniu źródeł finansowania przyszedł czas na przyznanie licencji na
starty w najlepszej żużlowej lidze świata. I w tym przypadku nie obyło się
bez kontrowersji. Oto bowiem ośrodki słynące z najlepszej jakości szkolenia,
miały zapłacić zgodnie z regulaminem kary za brak szkolenia, bowiem nie
doprowadziły do licencji wymaganej liczby adeptów. I tak w 2022 roku każdy z
klubów Ekstraligi musiał
wyszkolić dwóch zawodników w klasie 125 cc, dwóch w klasie 250 cc i trzech w
klasie 500 cc. Od 2023 roku wydłużono okres rozliczeniowy do dwóch lat, a
najtrudniejsze do zrealizowania wymogi w klasie 500 cc zostały na tym samym
poziomie. Niestety 13 klubów
nie spełniło tego wymogu i otrzymało wysokie kary. Największy problem klub z
ekstraligowego zaplecza czyli Ostrovia Ostrów, która miała do zapłacenia 350
tysięcy, niewiele mniej mieli do zapłacenia gorzowianie, bo 260 tysięcy złotych,
a słynąca z doskonałych młodzieżowców Unia Leszno - 40 tysięcy złotych. Nic więc
dziwnego, że kluby te skierowały sprawę do Trybunału PZM, a ostrowianie
mówili wprost, że jeśli będą musieli zapłacić tak ogromną kwotę, będą musieli
wycofać się z rozgrywek.
Trybunał PZM nie wiadomo z jakiego powodu, po bardzo długim czasie (wnioski
złożono w sierpniu, rozpatrzono 20 grudnia), odrzucił wnioski wspomnianych
klubów i tym samym została wyczerpana cała ścieżka odwoławcza od decyzji PZM o nałożeniu na kluby opłaty szkoleniowej.
Żaden z ośrodków nie miał też co liczyć na zmniejszenie wysokości opłat, bo
działacze z centrali argumentowali, że regulaminowe koszty braku szkolenia, były
znane, a wpłaty miały być przeznaczone na nagrody dla klubów, które wypełniły
wszystkie przepisowe wymagania. Paradoksem tej sytuacji było to, że ośrodki z
których płynęła żużlowa jakość, a nie "licencyjna ilość" dokładały się do finansowania szkółek w Lublinie, czy
Wrocławiu, które w ostatnich latach nie mogły pochwalić się żadnym znaczącym
zawodnikiem, który po licencji zaistniałby na którymkolwiek poziomie ligowym.
Ostatecznie stanęło na tym, że jeśli trzy wymienione kluby chcąc przystąpić do
ligowej rywalizacji, musiały przedstawić harmonogram spłaty regulaminowych
opłat, który mógł opiewać nawet na kilkadziesiąt rat. Prezesi ostatecznie uznali,
że dalszy opór w tej sprawie był zbyt ryzykowany, bo brak spłaty wiązałby się z odmową licencji, a to z kolei oznaczałoby
brak możliwości startu w rozgrywkach nawet w Krajowej Lidze Żużlowej. Kontrakty zawarte z zawodnikami od razu
uległyby rozwiązaniu, a żużlowcy mieliby wolną rękę w szukaniu sobie nowych
pracodawców.
Prezesi więc, choć bardzo niechętnie, to musieli zgodzić się na kompromis w tej
sprawie, bo mogliby być uznani za głównych winowajców
upadku żużla w ich mieście. W tej sytuacji działacze z Ostrowa, aby ratować budżet
musieli wypożyczyć do Sparty Wrocław młodzieżowca Jakuba Krawczyka, który miał
być ich atutem w walce o awans do Ekstraligi.
Oto jak całą sytuację skomentował prezes Ekstraligi Wojciech Stępniewski:
"Gdy ten regulamin szkoleniowy zaczął obowiązywać, była pandemia. W związku z
tym, że mieliśmy problem z rozpoczęciem szkolenia zgodnego z tymi zapisami,
pierwsze trzy lata zostały rozpatrywane razem. Następnie poczyniono mały błąd,
uznając, że te wymagania kluby mogą wypełnić w ciągu jednego sezonu. Jak się
okazało, połowie się to udało, ale część nie zdołała tego dokonać. Nie mogliśmy
zgodzić się na umarzanie opłat dla jednego klubu, bo to powodowało mniejsze wpływy dla tego
klubu, który
wyszkolił i zrobił to zgodnie to z regulaminem. Więc zamykając jeden problem,
otworzylibyśmy inny. Trzeba o tym pamiętać. Sytuacja o tyle jest trochę kuriozalna,
że Gorzów, Ostrów oraz Leszno, szkolą i nikt im tego nie odmawia. Nic więc
dziwnego, że sprawa trafiła przed Trybunał, który nie musi rozpatrywać wniosku już tego
samego dnia. Mogą być różne okoliczności,
które przesuwają decyzję. Wiele zależy od odwołań. Przyznaję jednak, że
odwołanie powinno być faktycznie rozpatrzone do czasu posiedzenia Zespołu ds.
Licencji dla klubów, a już na pewno decyzji Prezydium Polskiego Związku
Motorowego. Myślę, że to jest istotny
temat w kontekście rozmów z Polskim Związkiem Motorowym. Aczkolwiek nie czuję
się kompetentny, aby to wszystko rozstrzygać".
Po zmianach w strukturze zarządzania
rozgrywkami, oczekiwano na okienko transferowe jednak zanim do tego doszło
wprowadzono kolejne zmiany regulaminowe. Poważna zmianą było wycofanie na
poziomie Krajowej Ligi Żużlowej (II Liga) przepisu w myśl którego pod numerami
6-7, 14-15 mogli startować zawodnicy zagraniczni. Tak więc dd sezonu 2024 w rozgrywkach II
ligi na pzoycjach młodzieżowych mogli być
zgłoszeni wyłącznie krajowi zawodnicy, nie posiadający licencji
międzynarodowych wydanych przez inną federację niż PZM. Było to zaskoczenie dla
osób budujących składy na najniższym poziomie rozgrywkowym, jednak chcąc
zapewnić rozwój żużla w Polsce krok ten wydawał się konieczny.
Z kolei ciekawostką, wymyśloną przez nowopowołanych działaczy, była możliwość zmiany przez
drużynę przegrywającą zestawu startowego przed biegami nominowanymi. Zmiana
ta polegała na tym, że po biegu trzynasty, drużyna przegrywająca, a w przypadku
remisu drużyna gości mogła zmienić zestaw startowy. Wprowadzenie tej zmiany
miało być dodatkową ciekawostką i urozmaiceniem
dla fanów niuansów taktycznych.
Gdy w końcu wszystkie kwestie regulaminowe zostały dopięte, ruszył okres transferowy istną burzę wywołał wywiad na temat niezależności sędziów w sporcie żużlowym. Wywiadu udzielił Remigiusz Substyk, który na wieżyczce sędziowskiej zasiadał od 2010 roku i w tym czasie poprowadził setki imprez, a ostatni mecz ligowy sędziował 22 kwietnia 2024, kiedy PSŻ Poznań mierzył się na własnym torze Orłem Łódź.
Jarosław Galewski, WP SportoweFakty:
Od dłuższego czasu nie sędziuje pan zawodów
żużlowych. Czy to koniec pana pracy na wieżyczce?
Remigiusz Substyk, sędzia żużlowy:
Nie złożę panu publicznej deklaracji, że
nigdy do tego nie wrócę. Mądrzy ludzie twierdzą, że nigdy nie należy mówić
nigdy. Gdybym miał to jednak jakoś ocenić, to na 95 proc. na wieżyczce już się
nie pojawię.
Dlaczego?
Przede wszystkim pojawiło się u mnie zmęczenie materiału, a dodatkowo praca
sędziego zaczęła coraz bardziej kolidować z moim życiem zawodowym oraz
prywatnym. Poza tym nie podoba mi się, w jakim kierunku zmierzają kwestie
sędziowskie. Uważam, że mamy poważny problem systemowy. W mediach żużlowych
obecnie sporo dyskutuje się o składzie nowej Głównej Komisji Sportu Żużlowego
czy funkcji szefa sędziów. Z tego, co mi wiadomo, decyzje mają zapaść około 18
listopada. Zmiany z pewnością będą, bo one po części wynikają z reformy w
polskim żużlu. Od dłuższego czasu, także na łamach mediów, przewijał się temat
przesunięcia pierwszej ligi pod skrzydła PGE Ekstraligi. Teraz staje się to
faktem. Skoro takie decyzje zapadły, to trudno przypuszczać, że ktoś nie
zaplanował reformy również od strony personalnej. Wszystko jest już z pewnością
ustalone, ale opinia publiczna usłyszy o tym właśnie w listopadzie. To jednak
tak naprawdę tematy drugorzędne.
Drugorzędne?
To chyba istotne, kto będzie szefem sędziów. W ostatnich tygodniach
pojawiły się doniesienia, że tej funkcji może nie pełnić już Leszek Demski.
Tematy sędziowskie wymagają reformy, ale to nie jest kwestia personalna. W tym
wszystkim nie chodzi o Leszka Demskiego, ale o to, aby osoba nadzorująca sędziów
była jak najbardziej niezależna.
A do tej pory nie była?
Leszek Demski z pewnością ma wiedzę i na wiele rzeczy miał wpływ, ale zapewniam
pana, że niektóre decyzje nie były podejmowane jednoosobowo przez niego. Trzeba
zacząć od tego, że nazwa szef sędziów, której pan używa, powstała na potrzeby
mediów. W regulaminie takiej funkcji nie ma. Leszek Demski jest członkiem
Głównej Komisji Sportu Żużlowego i otrzymuje zadania, a jego praca nadzorowana
jest przez przewodniczącego tego gremium. To z kolei oznacza, że sposób
prowadzenia spraw sędziowskich może, ale wcale nie musi być jego autorskim
pomysłem.
Po drugie, w najwyższej klasie rozgrywkowej wszystkimi obsadami sędziowskimi
zajmuje się PGE Ekstraliga. To ona desygnuje arbitrów na mecze. Leszek Demski
nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Za chwilę to samo po reformie czeka
zapewne 1. Ligę Żużlową. Ranga szefa sędziów spadnie zatem jeszcze bardziej, bo
on będzie zajmować się szkoleniami, naborami, ale ciasteczka będzie rozdawać
ktoś inny. To z kolei powoduje rozmywanie odpowiedzialności. Szef sędziów zawsze
może powiedzieć, że to nie on, że to PGE Ekstraliga itd. No i tak samo działa to
w drugą stronę.
Jaki to ma wpływ na pracę sędziów?
Jako sędziowie wielokrotnie byliśmy zbywani, bo nie było jednej osoby, która
stała na czele i podejmowała finalnie decyzje. Poza tym arbitrzy powinni być
całkowicie niezależni, a obecnie nie są, bo coraz ważniejszy staje się interes
podmiotu zarządzającego. To widać zresztą po niektórych decyzjach.
Co ma pan na myśli?
Znam specyfikę tej pracy. Kiedy oglądam mecz w telewizji i obserwuję konkretne
wydarzenia, to wiem, co za chwilę powinien zrobić arbiter. Każdy z nas jest
pewnych zachowań nauczony i jeśli dzieje się coś dziwnego, kompletnie
niespodziewanego, czego nie przewiduje nawet regulamin, to wtedy staje się dla
mnie jasne, że sędzia nie podejmował tej decyzji sam. A uważam, że to dla
przyszłości żużla jest bardzo niebezpieczne.
Jakieś przykłady?
Pierwszy z nich to mecz Cellfast Wilków Krosno z ebut.pl Stalą Gorzów, po którym
doszło do potężnej awantury. Ten pojedynek został zaliczony po rozegraniu
dziewięciu wyścigów. A prawda jest taka, że wszystko, co się wtedy wydarzyło, w
ogóle nie mieści się w ramach regulaminu.
Dlaczego?
Jeśli przed zawodami tor był nieregulaminowy z winy gospodarza, a tak było, bo
potwierdziło to później orzeczenie Komisji Orzekającej Ligi, to należało dać
Wilkom Krosno godzinę na doprowadzenie go do właściwego stanu. Sędzia z tego
narzędzia zresztą wtedy skorzystał i po pracach uznał, że tor jest regulaminowy,
bo zawody się przecież rozpoczęły. Proszę jednak zauważyć, że pomiędzy
rozpoczęciem meczu a biegiem dziewiątym nie doszło do zmiany warunków
atmosferycznych, która mogłaby pogorszyć stan nawierzchni. Tymczasem po
dziewiątym biegu sędzia znów uznał, że tor jest niebezpieczny. Skoro tak się
stało, to gospodarz powinien otrzymać 30 minut na doprowadzenie go do
regulaminowego stanu. Na takim etapie wyjścia są dwa. Jeśli uda się to zrobić,
zawody odbywają się dalej. W przeciwnym razie mamy walkower. W Krośnie
zastosowano jednak zupełnie inne rozwiązanie, którego nie przewiduje regulamin.
Rozmawialiśmy zresztą o tej sytuacji później. Poprosiłem wtedy o wyjaśnienie,
jak należy postępować w takich przypadkach, bo przecież to nie było zgodne z
regulaminem. Nie chodzi o to, że zarzucam coś Pawłowi Słupskiemu, bo zwyczajnie
uważam, że on na to wszystko sam nie wpadł. W odpowiedzi na moje pytanie
usłyszałem, że w takich sytuacjach należy konsultować się z podmiotem
zarządzającym. Jeśli dochodzimy do czegoś takiego, to nie ma mowy o
niezależności sędziów.
A jak skomentuje pan to, co wydarzyło się w tym roku w Ostrowie Wielkopolskim
przy okazji meczu Arged Malesy z H. Skrzydlewska Orłem Łódź? Wtedy trener Marek
Cieślak mówił, że sędzia "był pod wpływem poleceń, które były wydawane gdzieś
wyżej".
W tym meczu wszystko teoretycznie odbyło się w ramach regulaminu, co nie
oznacza, że nie ma tematu. Pojedynek w Ostrowie Wielkopolskim został zatrzymany
po rozegraniu ośmiu wyścigów, choć trudno było to logicznie wyjaśnić, bo stan
toru nie był gorszy wraz z upływem spotkania. Trzeba jednak pamiętać, że od
pierwszego biegu nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia, choć nie z winy
gospodarza, bo wpływ miały na to wcześniejsze opady. Jury podjęło jednak
decyzję, że jest ona regulaminowa i dlatego zawody się rozpoczęły. Ich
przerwanie po biegu ósmym z jednej strony mieści się w regulaminie, ale z
drugiej jest trudne do wyjaśnienia, bo nie doszło do radykalnej zmiany warunków
atmosferycznych. Być może chodziło jednak o to, że przed meczem została
rozłożona plandeka, więc należało za wszelką cenę udowodnić jej przydatność i
skuteczność. Takie miałem wrażenie jako obserwator tamtych wydarzeń.
Poza tym sam pan powiedział, że trener jednej z ekip mówił wtedy o naciskach z
góry na sędziego. Miał o tym wspomnieć sam arbiter i podobno są na to
świadkowie. W tym przypadku również jestem pewny, że żaden sędzia sam nie
wpadłby na działania, które zostały wtedy podjęte. I znowu wracamy do
niezależności sędziów od podmiotów zarządzających.
A pan odczuł kiedyś na własnej skórze, że ktokolwiek próbuje wpływać na decyzje?
Kiedyś w trakcie próby toru otrzymałem SMS od jednego z wysoko postawionych
działaczy. Zawody odbywały się wtedy po opadach deszczu. Przekaz był taki, że w
telewizji wygląda to nieźle, więc jedziemy. Na szczęście była to tylko sugestia,
a nie nakaz, choć i tak uważam, że do takiej sytuacji nigdy nie powinno dojść.
Sędzia powinien być całkowicie niezależny, więc nie powinien otrzymać takiej
wiadomości. Jestem w stanie jeszcze zrozumieć komunikację z Leszkiem Demskim
jako szefem arbitrów. Do tego zresztą regularnie dochodziło.
Jak przebiegała taka komunikacja z szefem sędziów?
Zostaliśmy jako sędziowie zobligowani do niezwłocznego informowania naszego
szefa o problemach z przeprowadzeniem zawodów ze względu na np. stan toru lub
warunki atmosferyczne. Chcę jednak zaznaczyć, że Leszek Demski nigdy niczego mi
nie sugerował, a przyjmował informacje, ewentualnie informował o możliwościach
opóźnienia zawodów wynikających ze współpracy z telewizją. Pod tym względem ta
komunikacja była profesjonalna.
Niestety, obecnie to wszystko zmierza jednak w bardzo niepokojącym kierunku.
Kibice powinni mieć świadomość, że praca arbitra nie polega tylko na ocenie
sytuacji torowych, ale także na przeprowadzeniu zawodów w bezpiecznych
warunkach. To sędzia bierze za to stuprocentową odpowiedzialność i dlatego
absolutnie nikt nawet w najmniejszym stopniu nie powinien wpływać na jego
decyzje. Wiadomo że podmioty zarządzające rozgrywkami mają swój interes w tym,
by zawody odbyły się zgodnie z kalendarzem. W związku z powyższym przy obecnym
układzie mogą próbować sugerować lub wpływać na decyzje sędziów.
Co w takim razie należy zrobić? Od czego należy zacząć reformę sędziowania?
Tak jak panu powiedziałem, kwestie personalne są w tej dyskusji drugorzędne.
Przede wszystkim szef sędziów musi być całkowicie niezależny, także od podmiotów
zarządzających. Taką osobę być może należy powoływać na kadencje. No i taki szef
powinien decydować o wszystkim, także o obsadach. Być może powinien mieć do
dyspozycji zaufane grono osób, bo trudno, żeby jeden człowiek ogarnął wszystkie
trzy ligi. Przede wszystkim musi być jednak tak, jak z sędziami w demokratycznym
społeczeństwie. Arbitrom należy zagwarantować całkowitą niezależność. Nie
oznacza to jednak, że sędziowie mają być bezkarni. Należy ich w sposób
merytoryczny i transparentny rozliczać z wykonywanych obowiązków. Tak samo po
zakończeniu danej kadencji należy rzetelnie ocenić efekty działań szefa sędziów.
Chciałbym również zauważyć, że z tego środowiska powoli odchodzą sędziowie,
którzy mieli własne zdanie i nie bali się go wypowiadać. Niestety, obawiam się,
że obecny model nadzoru nad arbitrami przy tych wszystkich zależnościach, o
których wspomniałem, może sprawić, że będziemy mieć wkrótce sędziów na telefon.
To byłoby naprawdę fatalne dla dyscypliny, a niestety moim zdaniem zmierzamy w
tym kierunku.
Wywiad ten wywołał istną burzę i mnóstwo
komentarzy, choć początkowo GKSŻ odpowiadająca za pracę sędziów nie była zbyt
chętna do rozmowy:
Piotr Szymański - przewodniczący GKSŻ: GKSŻ wszczęła postępowanie dyscyplinarne wobec pana Remigiusza Substyka
w związku z tezami wygłaszanymi przez niego w wywiadzie. Na spotkaniu chcemy
usłyszeć o faktach potwierdzających jego słowa. Na razie za wcześnie na mówienie
o możliwych konsekwencjach, bo te zależą od tego, co usłyszymy od sędziego. Jego
licencja wygasa wraz z końcem roku, a do tego czasu podlega on odpowiedzialności
dyscyplinarnej. GKSŻ przedstawiła stanowisko w przedmiotowej sprawie i jest ono
zgodne ze stanowiskiem czynnych sędziów. Ponieważ jesteśmy w procesie zmian w
strukturach GKSŻ, decyzję w tej sprawie podejmie nowy skład GKSŻ. Pan Remigiusz
Substyk nie pojawił się jednak na posiedzeniu dyscyplinarnym, więc wydaje się
jasne, że nie ma dowodów na poparcie swoich oskarżeń.
Nieco szerzej sprawę skomentował Jacek Gajewski - były menadżer Apatora Toruń: Cały czas mówimy o profesjonalizacji rozgrywek. Kwestie finansowe i organizacyjne są na zupełnie innym poziomie niż kiedyś. Sędziowie są tymczasem ludźmi, którzy nadal normalnie pracują. Trzy czy cztery dni przed meczem dostają sygnał, że jadą przykładowo do Krosna. To jest źle ułożone. Z tej grupy trzeba wyłonić sędziów zawodowych, którzy będą zajmować się tylko tym. Na razie to jest półamatorka. Poza tym nie jest dobrze, że sędziowie muszą prosić o szefa o zgodę na zabranie głosu. To wygląda bardzo źle pod względem wizerunkowym, bo na starcie sugeruje, że chcemy coś ukrywać. Kluczowe jest tymczasem to, by problemów nie zamiatać pod dywan. Jeśli ktoś obawia się, że arbiter będzie konfabulować, to przecież będzie łatwo wyprostować jego słowa, gdy do tego dojdzie. O faktach i złych praktykach należy jednak głośno mówić i je naprawiać. Wiem, że w środowisku żużlowym są ludzie, którzy chcieliby mieć wszystko pod swoim palcem, ale nie tędy droga. Dobrze, że ten tekst się pojawił, bo teraz trudno będzie dłużej udawać, że problem nie istnieje. Ten wywiad powinien zapoczątkować dyskusję o zmianach strukturalnych dotyczących tematów sędziowskich. Całkowicie zgadzam się z przesłaniem sędziego, że kolegium sędziowskie powinno funkcjonować w sposób zdecydowanie bardziej niezależny. To musi zostać wyraźnie oddzielone od PGE Ekstraligi i osób, które mają wpływ na inne ligi. Jest dobry czas, by środowisko arbitrów o siebie zawalczyło, bo zachodzą przecież ważne zmiany w polskim żużlu. Pierwsza liga trafia pod skrzydła Ekstraligi, ma być nowy GKSŻ. To jest dobry moment na reformę także kwestii sędziowskich. W środowisku brakuje mi autorytetów. Uważam, że tak jest od czasu śmierci Romana Cheładze. Do tej pory nie pojawił się człowiek z taką charyzmą. On potrafił poukładać to tak, że kolegium sędziowskie było suwerenne i niezależne. Nie byłoby opcji, żeby ktoś próbował na coś wpływać. Obecnie większość arbitrów uważa, że Leszek Demski działa właściwie. Ma ich poparcie i to jest dobre. Pytanie brzmi jednak, czy Leszek Demski jest w stanie wywalczyć dla tego środowiska niezależność, czy ma odpowiednią pozycję w związku, by to załatwić. To trudne, bo musi nastąpić zmiana strukturalna, ale ona jest naprawdę konieczna. Należy o tym mówić. Cieszę się też, że pojawił się temat obsad sędziowskich, bo Ekstraliga nie powinna się w ogóle tym zajmować. Mamy tu od dawna pomylenie pojęć. Nie wiem, kto z zarządu tego organu jest w stanie w sposób fachowy czy merytoryczny ocenić pracę sędziów. Przecież żaden z tych ludzi nie na najmniejszego doświadczenia w staniu za pulpitem.
Z czasem wokół słów sędziego zaczęło narastać wiele kontrowersji, ale także obaw, czy ewentualna dyskwalifikacja sędziego nie zrobi z niego męczennika i nie stworzy wrażenia, że arbiter został surowo ukarany za postawienie się zwierzchnikom oraz wyjawienie skrywanej prawdy. Z drugiej strony, zdecydowana większość środowiska sędziowskiego była wściekła na Substyka za to, że takimi oskarżeniami naraził ich na spadek zaufania i dodatkowe zarzuty ze strony fanów. Niezadowolone były też najwyższe władze, które niemal wprost zostały oskarżone o sterowanie rozgrywkami. Można zatem było odnieść wrażenie, że kwestia ewentualnej kary dla Substyka została potraktowana niemal jak gorący kartofel i przerzucona na nowy skład GKSŻ, gdzie nowy przewodniczący praktycznie od pierwszego dnia musiał więc poradzić sobie z opanowaniem kryzysu.
A co groziło arbitrowi?
W Regulaminie Dyscyplinarnym PZM wśród dostępnych kar dyscyplinarnych
znajdował się czasowy lub dożywotni zakaz pełnienia określonej funkcji,
dyskwalifikacja dożywotnia lub czasowa oraz wykluczenie lub skreślenie z PZM.
Jednak w tym samym regulaminie znajdował się także zapis na temat przyznawania
innych kar, w myśl których organ dyscyplinarny wymierzał karę według swojego
uznania, w granicach określonych przepisami PZM, uwzględniając stopień winy oraz
rodzaj i rozmiar następstw przewinienia dyscyplinarnego, a także cele kary w
zakresie zapewnienia prawidłowego funkcjonowania sportu motorowego. Wynika z
tego, iż kara dyscyplinarna nie mogła być zupełnie dowolna, bo ograniczały ją
ramy poszczególnych przepisów, w tym wypadku m. in. Przepisy Dyscyplinarne
Sportu Żużlowego, które mówiły jasno: Za przewinienia sędziów nakłada się
następujące kary i środki dyscyplinarne: […] 10) za publiczną wypowiedź lub
działanie mogące naruszyć lub narazić na utratę dobrego wizerunku bądź imienia,
poniżyć lub znieważyć PZM, GSKŻ, SE, klub, osoby urzędowe i funkcyjne, członków
władz PZM, GKSŻ, SE, klubów bądź ich przedstawicieli albo pracowników,
zawodników, menedżerów, trenerów, mechaników lub narazić je na utratę zaufania
potrzebnego dla wykonywania powierzonej funkcji lub działalności (np. krytyczne
lub obraźliwe wypowiedzi w ramach wywiadów prasowych, radiowych,telewizyjnych,
konferencji prasowych, itp.): - kara pieniężna od 1000 zł do 20000 zł.
Jaką decyzję ostatecznie podejmie GKSŻ miał pokazać czas.
Burzę wywołaną przez sędziego Substyka przyćmił okres transferowy. W Toruniu
można powiedzieć, niewiele się działo, bo
po
zdobyciu brązowego krążka, przed kolejnym sezonem, działacze Apatora choć mieli
wiele przemyśleń na temat formy niektórych zawodników, to tak naprawdę jeszcze
przed otwarciem okienka transferowego mieli podpisane umowy na rok 2024 i
dalej, bo widząc deficyt wartościowych jeźdźców
działacze skupili się na zabezpieczeniu przyszłości drużyny kontraktami nie
tylko na bieżące rozgrywki, ale również na sezon
2025. "Chcemy utrzymać zespół w
praktycznie niezmienionym kształcie na kolejne lata. O przyszłość drużyny mają
decydować Sajfutdinow i Lambert, a przed sezonem 2025 chciałbym mieć już
podpisane umowy z pozostałymi zawodnikami, tak by po tym sezonie dokonać
ewentualnie tylko kosmetycznych zmian - mówił w okresie transferowym Przemysław
Termiński.

I jak właściciel toruńskiego klubu powiedział tak zrobił. Pierwszym zawodnikiem, z którym klub przedłużył kontakt był Robertem Lambertem, dla którego miał to być czwarty sezon w żółto-niebiesko-biaych barwach i z perspektywy czasu można stwierdzić, że transfer w 2021 roku do Torunia był dla obu stron najlepszą możliwą decyzją. To jako zawodnik toruński, Anglik stał się regularnym uczestnikiem cyklu Grand Prix. Dwukrotnie otarł się o medal mistrzostw świata, zajmując ostatecznie miejsce piąte oraz szóste. Stał się też liderem Apatora, wokół którego warto było budować skład na przyszłe lata. Co prawda, w klubie mogły być małe powody do obaw, bowiem Brytyjczyk zanotował lekki spadek średniej względem sezonu 2022 roku (jego średnia meczowa spadła o ponad trzy punkty i wyniosła 1,902 pkt/bieg), ale niemal wszyscy byli zgodni, że drugi raz się to nie powtórzy, bowiem młodość i talent zawodnika pretendowały go do stałego zakotwiczenia w TOP 10 najlepszych w jeźdźców w Ekstralidze. Nowy dwuletni kontrakt miał być dla niego również dodatkową motywacją, co zawodnik potwierdził solidnie przygotowując się do nowego sezonu, a obok aspektów sportowych, zdecydował się również na zmianę niemal całego teamu oraz poważne inwestycje w sprzętowe. Po parafowaniu nowej umowy Robert w mediach społecznościowych napisał: "Jestem bardzo podekscytowany, że będę mógł dzielić podróż z KS Toruń do 2025 roku, Patrzę już w przyszłość, chcę się poświęcić w budowanie mocnego zespołu. Jestem wdzięczny, że mogą nadal być częścią rodziny KS Toruń".
Kolejnym
zawodnikiem, który mógł pochwalić cię dwuletnim mariażem z Apatorem, był nie kto
inny jak lider i dobry duch zespołu w sezonie 2023
Emil Sajfutdinow. Nikogo to nie dziwiło, bo Baszkir był
niekwestionowanym liderem i wydatnie przyczynił się do ubiegłorocznego brązowego
medalu dla Apatora. Rosjanin z polskim paszportem, po rocznej przerwie powrócił do
ścigania i uczynił to w znakomitym stylu, ustępując w statystykach tylko
mistrzowi świata Bartoszowi Zmarzlikowi.
Trzydziestoczterolatek wystąpił za to w największej liczbie wyścigów ze wszystkich zawodników
(106) i zdobył najwięcej punktów biegowych (252). Legitymował się też najlepszą
średnią biegową w meczach domowych (2,680 pkt/bieg). Nic wic dziwnego, że
właściciel klubu Przemysław Termiński chciał zniechęcić inne kluby, choćby do
myślenia o próbie pozyskania Emila i podpisał z nim kontrakt do końca sezonu
2025 i tak komentował swoją decyzję i determinację w zatrzymaniu zawodnika na
dłuższy czas w grodzie Kopernika: "Od Emila rozpoczęliśmy te negocjacje.
Teraz będziemy przechodzić do kolejnych zawodników. Jak już wspominałem, idea
jest taka, żeby zmiany na sezon 2025 były niewielkie. Emil to żużlowiec, który
pokazuje swoją zespołowość nie tylko na torze. Wszyscy widzieli chociażby jego
oddawanie wyścigów młodszym zawodnikom. To dobry duch tej drużyny, mocno w nią
zaangażowany. Był naszym pierwszym celem. Inne kluby zapewne myślały o
pozyskaniu naszego jeźdźca, ale ja o innych ofertach dla Emila nic nie wiem. Rozmowy były konstruktywne i
szły w dobrym kierunku. Nie oceniałbym też tego czy były to negocjacje łatwe, czy
trudne. Emilowi zależało na tym, żeby zostać z nami dłużej. My z kolei bardzo
chcieliśmy mieć go dalej w zespole. Przy takim nastawieniu dobrze się rozmawia.
Dzięki temu mamy dwuletnią umowę".
Po
zakontraktowaniu dwóch liderów rozpoczęła się saga związana z
Patrykiem Dudkiem. Zawodnik miał za sobą jeden z najgorszych sezonów w
karierze.
Polak nie tylko wypadł z cyklu Speedway Grand Prix, ale też spisywał się poniżej
oczekiwań w Ekstralidze. To jak zawodnik błądził w trakcie sezonu pokazuje ilość
tunerów, z usług których korzystał.
Śmiało można powiedzieć, że spośród światowej czołówki żaden zawodnik nie
zmieniał tunerów tak często, jak właśnie Patryk Dudek. Zezon zaczął
on na sprzęcie od Ryszarda Kowalskiego, potem przyszła pora na Witolda Gromowskiego, Michała Marmuszewskiego. Pod koniec sezonu zwyżkę formy zapewniły
z kolei silniki przygotowywane przez Ashley'a Holloway'a. To jednak wcale nie
koniec, bo na ten sezon zawodnik nawiązał także współpracę z Flemmingiem
Graversenem. Dudkowi nie
pomogło nawet sięgnięcie po uznanego mechanika,
Dariusza Sajdaka. Współpraca
zaczęło się co prawda obiecująco, lecz po paru tygodniach wróciła szara
rzeczywistość. Z obecności uznanego fachowca w boksie zawodnika niezadowoleni
byli
także toruńscy działacze. Rzekomo chcieli oni rozstania obu panów, jednak
żużlowiec był nieugięty i postawił na swoim, bo ktoś taki jak Sajdak był mu
najbardziej potrzebny. Ostatecznie tylko środkowy fragment minionego sezonu
Duzers mógł uznać za udany.
Tak więc duże
kłopoty z motocyklami i utrata pewności siebie sprawiły, że nie mógł ustabilizować
swojej dyspozycji. Apator, chcąc walczyć o medal, potrzebował Dudka znacznie go szybszego,
ale nie było żadnych gwarancji, że tak będzie. To sprawiło, że wychowanek Falubazu
Zielona Góra znalazł się na niejednej liście płac klubowego prezesa, bo
potencjał jaki w nim drzemał był ciągle dość duży. Zawodnik o tym wiedział i
"spijając kolejne kawki" w prezesowskich gabinetach sondował rynek, bo w Toruniu
zanosiło się na obniżenie jego corocznej gaży, bo zawodnik miał w Apatorze jeden z
najwyższych kontraktów w lidze (ok. miliona złotych za podpis i 10 tys. złotych
za punkt), a zeszły sezon zakończył dopiero na 24 pozycji. Wiedział również, że jeśli chce utrzymać pozycję w hierarchii Ekstraligi, to na drugi tak słaby sezon już nie może sobie pozwolić.
Ostatecznie zawodnik w trakcie negocjacji był najbliżej Sparty Wrocław i
Falubazu Zielona Góra i gdy zapytano go klubową przynależność odpowiedział, że nie wyklucza zmiany klubu, a także nadmienił, że chciałby
wrócić do macierzystego klubu. Tym samym rozzłościł kibiców
"Aniołów", lecz jednocześnie pobudził wyobraźnie fanów "Motomyszy":
"Kontrakt w Toruniu się kończy w tym roku. Nie wiem, co przyniesie sezon. Myślę, że będzie też dużo scenerii w internecie ze mną związane. Będzie znowu
saga Patryka Dudka, gdzie pójdzie i do jakiego klubu. Ale na pewno plan jest
taki, że chcę wrócić do Zielonej Góry, ale kiedy? To jest kolejne pytanie, na
które nie umiem teraz odpowiedzieć". Ostatecznie zawodnik doszedł do
porozumienia z Apatorem, bo każdy w Toruniu wiedział, że jeśli Dudek wróci do najwyższej formy i regularnie będzie zdobywał powyżej 2,00 pkt/bieg,
to Anioły mają skład gotowy walczyć o medale. Co ważne Duzers związał się z
Aniołami kontraktem dwuletnim, a to oznaczało, że żółto-nebiesko-biali mieli
niemal gotowy skład na sezon 2025.
Mając trzy solidne armaty na liście startowej w wyjściowym składzie brakowało jeszcze jednego seniora. Kibice oczekiwali na tej pozycji Pawła Przedpełskiego. Niestety dla toruńskiego wychowanka podobne jak dla Patryka Dudka sezon nie był zbyt udany. Wręcz fatalny start i bolesna lekcja w walce o mistrzostwo świata, średnia ligowa niewiele ponad 1,5 punktu na wyścig i 35 miejsce w rankingu najskuteczniejszych zawodników Ekstraligi sprawiło, że sportowe zaufanie do jego skuteczności było bardzo wątłe. Na szczęście w fazie play-off Paweł pokazał, że potrafi skutecznie punktować, a po sezonie w wywiadzie wyznał, że chce dalej zdobywać punkty dla Torunia i stać go na znacznie lepszą jazdę niż w rundzie zasadniczej: "Oczywiście, że jest taka możliwość, że za rok o tej porze będę na drugim końcu Polski. Generalnie wiadomo, jak to wygląda. Był okres, że byłem w Częstochowie i wróciłem też do Torunia. I czuję się w tym Toruniu bardzo dobrze. To moje miasto, to klub, w którym zaczynałem karierę i z którym jestem związany. Wiem, że stać mnie na lepszą jazdę i myślę, że działacze Apatora też to wiedzą i też w to wierzą. Do tego będę dążył, żeby w tym roku było lepiej, do tego bardzo mocno się przygotowuję. A jak to wypadnie? To się okaże". Działacze bardzo długo zastanawiali się czy dać kolejną szansę Przedpełskiemu. Na liście nazwisk, które mogły go zastąpić w szeregach Aniołów, pojawiło się wiele nazwisk. Jednak po otwartej deklaracji poprawy wyników jasnym było, że odstawienie na boczny tor zawodnika, który wychował się na MotoArenie, może wpłynąć na frekwencję na trybunach, dlatego działacze postanowili zaryzykować i dać jeszcze jedną szansę swojemu wychowankowi. I tym sposobem Paweł Przedpełski dołączył do trójki liderów, z czego nie krył zadowolenia: "Przyznam szczerze, że tegoroczne negocjacje z władzami klubu zajęły tyle, co wypicie kawy. Działacze przedstawili swoją wizję i błyskawicznie znaleźliśmy porozumienie. Dogadując się na kolejne dwa lata, wiedziałem już, że podobnie postąpili Patryk Dudek i Robert Lambert. Nie rozmawialiśmy jednak o tym, bo to indywidualna sprawa każdego zawodnika. Cieszę się jednak, że udało się uniknąć potężnych przemeblowań i pojedziemy podobnym składem, jak w tym roku. Mieliśmy w tym roku bardzo dobrą atmosferę, więc za rok to może okazać się kluczem do sukcesu". Jednak aby ten sukces się pojawił postawa Pawła wydawała się być bardzo istotna w całej meczowej układance. W Toruniu choć drużyna przed rokiem poznała po wielu latach smak podium, to wszyscy z utęsknieniem oczekiwali finału DMP. Zatem obdarzony po raz kolejny zaufaniem toruński wychowanek miał, co poprawiać i z czego wyciągać wnioski zwłaszcza, że odpadały mu dołujące występy w Grand Prix i mógł skupić się tylko na występach w Polsce i Szwecji. A było to bardzo ważne dla jego dalszej kariery bowiem od sezonu 2024 zależała jego najbliższa przyszłość, a także wynik drużyny która była tak bliska jego sercu.
Solidny
trzon drużyny uzupełnił
Witor Lampart, który miał pełnić rolę jeźdźca do lat dwudziestu czterech.
Wychowanek rzeszowskiej Stali nie robi furory i nie maił łatwego wejścia w
żużlową dorosłość.
Dwudziestodwulatek koncentrował się głównie na startach w Apatorze Toruń i
krajowych imprezach. W osiemnastu odjechanych spotkaniach wykręcił czterdziestą
średnią 1,351 pkt./bieg. W porównaniu do poprzedniego sezonu można powiedzieć,
że zanotował regres o 0,175. Wtedy jednak był jeszcze młodzieżowcem w Motorze
Lublin. Na pewno nie pomogło mu burzliwe rozstanie z wieloletnim szefem teamu
Rafałem Trojanowskim. Warto jednak też zauważyć, że w rankingu zawodników U-24
był piątym jeźdźcem w Ekstralidze za Danielem Bewleyem, Dominikiem Kuberą,
Jaimonem Lidseyem i Glebem Czugunowem, czyli w sumie nie był to wynik najgorszy
zwłaszcza, że zawodnik potrafił czasem dorzucić kilka cennych punktów do dorobku
swojej drużyny. Poza tym choć nie był pierwszoplanową postacią w rundzie
zasadniczej, to jego postawa w rewanżowym spotkaniu w Lublinie zadecydowała, o
tym, że Toruń z pozycji lucky losera, walczył o pierwszy od 2016 roku medal dla
Apatora. Informację o zatrzymaniu Wiktora przekazano tuż po prezentacji przed
pierwszym meczem półfinałowym, jednak dwudziestodwulatek dołączył do pozostałej
czwórki seniorów jako ostatni. Wynikało, to z ciągłej niepewności wśród sztabu
szkoleniowego, co do formy zawodnika w kolejnym sezonie i rozważano pozyskanie
Duńczyków Madsa Hansena lub Jonasa Seiferta-Salka. ostatecznie wybór padł na
Wiktora, bowiem działacze w grodzie Kopernika szybko zorientowali się, że wybór
na pozycję najmłodszego seniora na rynku transferowym jest ograniczony, a do
tego kosztowny i postanowili dać Wiktorowi jeszcze jedną szansę, z której
ten postanowił skorzystać.
Niestety zawodnik otrzymał też wyraźne wskazania, ze musi zmienić swoje
podejście do żużla. Działacze wymagali od niego przede wszystkim większego
skupienia na swojej profesji i ustabilizowania parku maszynowego, bo motocykle
jakie posiadał były na trasie niesamowicie wolne i nie pomagało mu nawet to, że
toruńska MotoArena preferowała zawodników obdarzonych dobrym wyjściem spod
taśmy. Postawienie jasnych oczekiwań było mimo wszystko dla rzeszowianina
budujące, bowiem sam zawodnik wiedział, że misi zabrać się do roboty. W
przeciwnym razie jego sytuacja po sezonie mogła się naprawdę mocno skomplikować.
Co prawda miał jeszcze dwa sezony do ukończenia dwudziestu czterech lat, ale po
kolejnym słabym sezonie, nawet jeśli znalazłby zatrudnienie w ekstralidze nie
miał co liczyć na równie atrakcyjne apanaże jak w Toruniu - choć te znacząco
uległy obniżeniu w porównaniu do poprzedniego sezonu, bowiem uzależnione zostały
w głównej mierze od ilości zdobywanych punktów. Zatem w sezonie 2024 Lampart
miał sporo do udowodnienia, bowiem na szali leżały nie tylko pieniądze, ale być
może również to, że po skończeniu wieku juniora zakończy swoją żużlową karierę
jako drugoplanowa postać ekstraligowego zaplecza.
Warto
podkreślić, że zakontraktowanie wyżej wyżej wymienionych zawodników, Adam
Krużyński i pozostali działacze konsultowali z nowym szkoleniowiec -
Piotrem
Baronem, który swoją funkcję objął już w październiku
2023, po rozstaniu z Unią Leszno. Uszanowano
tym samym decyzję Jana Ząbika, który podjął się prowadzenie
drużyny tylko do końca roku 2023. Nowy szkoleniowiec miał zatem wpływ na dwuletnie kontrakty liderów Sajfutdinowa i Lamberta
oraz roczne umowy Dudka, Przedpełskiego i Lamparta, a do poukładania została mi
formacja juniorska, z którą choć zaczął pracować od 1 listopada, to już w październiku
ostro wziął się do pracy i zaczął analizować potencjał zawodników. Upadła tym
samym koncepcja sprowadzenie
kolejnych młodych zawodników, których tak naprawdę na żużlowej giełdzie
transferowej nie było i były menadżer Unii Leszno, podjął się sportowego budowania tych zawodników, których miał do dyspozycji w klubie.
Ku zaskoczeniu wszystkich jeszcze w październiku, korzystając z dobrej pogody
Baron zarządził kilkanaście
treningów, na których obowiązkowo stawić musieli się na nich wszyscy
młodzieżowcy, ale z okazji do jazdy skorzystali także seniorzy. Tak dużo
treningów na torze w październiku, w Apatorze Toruń nie było od dawna. Władze
klubu nie miały wyjścia i musiały znaleźć w budżecie dodatkowe pieniądze na
wynajem stadionu i pokrycie kosztów zajęć dla swoich żużlowców. Baron był bowiem
nieugięty i uznał, że tylko w ten sposób uda mu się odpowiednio przygotować
podopiecznych do kolejnych rozgrywek. Ostatecznie sezon żużlowy AD 2023 w Toruniu
został zakończony dopiero 26 października i choć warunki torowe nadal pozwalały na
treningi, to sztab szkoleniowy uznał jednak, że to odpowiedni czas na rozpoczęcie
przygotowań ogólnorozwojowych, które już tradycyjnie miał poprowadzić Radosław
Smyk, który tak skomentował pierwsze dni współpracy z nowym szkoleniowcem:
"mieliśmy spotkanie z trenerem Baronem. Omówiliśmy całą pracę zimową, Piotrek
nad wszystkim czuwa. Cały czas jesteśmy w kontakcie, a uważam, że aby współpraca
była dobra, potrzebna jest komunikacja. Wszystkie strony muszą wiedzieć na jakim
etapie jesteśmy. Współpraca zaczęła się dobrze, jest to były zawodnik i trener z
ogromnym doświadczeniem i wiedzą". Z kolei pierwszy trener powracający na swoje
pięćdziesiąte urodziny do klubu który go wychował, tak mówił o
swoich pierwszych decyzjach w nowym klubie: "Mieliśmy naprawdę dobre warunki do jazdy, więc
postanowiłem, że grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Chodziło nie tylko o
pracę nad techniką, ale także dodanie zawodnikom pewności siebie i wiary we
własne umiejętności przed zimowymi przygotowaniami. Po słabym sezonie to zawsze
szczególnie ważne. Jestem przekonany, że większa liczba treningów przyniesie
określone korzyści w przyszłym roku. Wierzę w drużynę i uważam, że mamy
potencjał, by wygrywać z każdym, a październikowe treningi pozwoliły uwierzyć w
siebie także naszym młodszym zawodnikom. Nie potrzebujemy żadnych wzmocnień, by
znów walczyć o wysokie cele. Myślę, że dużo niepotrzebnych słów się wysypało na
juniorów z Torunia. Mogę powiedzieć, że na tę chwilę zrobiliśmy dwanaście
treningów wspólnie i oni postęp robią na każdym treningu, jadą coraz lepiej.
Myślę, że poradzimy sobie z tym wszystkim, mamy sporo pracy. Pojedziemy jeszcze
dwa treningi, zanim zamkniemy stadion na Motoarenie. Już wiele słów zostało
wypowiedzianych na temat tego, co było problemem dla Krzysztofa Lewandowskiego
oraz Mateusza Affelta. Prawda jest jednak taka, że spadła na nich ciężka krytyka
i to są młodzi ludzie, którym strasznie ciężko się pozbierać po słowach, gdzie
oni czytają, a nawet jeśli nie czytają komentarzy o sobie, to zawsze się
znajdzie kilka osób, które tym zawodnikom podrzucą teksty, które są po to, żeby
im dokuczyć albo jeszcze coś innego. I taki zawodnik jeden-dwa mecze nie
pójdzie, zaczyna się zamykać w sobie i są spore problemy. Pracujemy nad tym,
żeby poprawić styl jazdy tych chłopaków i, żeby uwierzyli w siebie. Myślę, że
pod względem technicznym to nie wygląda tak źle, a największym problemem u tych
chłopaków jest z całą pewnością odporność psychiczna. Dlatego tej zimy nasi
młodzi zawodnicy mają zbudować nie tylko mięśnie, ale przede wszystkim swoją
psychikę, która z pewnością ucierpiała w minionych miesiącach. Zawodnicy są tego
świadomi i na dzień dzisiejszy pokazują, że podejmują rękawice, żeby to z siebie
pozrzucać i być mocniejszymi".
Po treningach wiele mówiło się o kolejnej zmianie nawierzchni na
MotoArenie, ale ostatecznie nie zdecydowano się na ten ruch, a do
dotychczasowego materiału dosypano niewielkie ilości glinki, ale głównie po to,
by uzupełnić braki po sezonie. Nowy sztab szkoleniowy zapewniał jednak, że to w
zupełności wystarczy, by domowy tor był w trakcie sezonu sprzymierzeńcem
gospodarzy. Wniosek ten był dość zaskakujący i odbiegał od tego, co mówili
poprzedni szkoleniowcy, ale Baron nie miał wątpliwości: "materiał jest bardzo
dobry, a do dobrego ścigania brakuje jedynie odpowiedniego dbania o tor tuż
przed zawodami. Zmieniliśmy trochę sposób przygotowania nawierzchni, a dzięki
temu uruchomiły się nowe ścieżki. Już podczas Grand Prix widzieliśmy naprawdę
dobre ścigania i jestem przekonany, że podobnie będzie w przyszłym sezonie.
Miałem okazję przyjrzeć się materiałowi i moim zdaniem jest on wystarczająco
dobry. Nie potrzeba nam żadnych gruntownych zmian".
Do grona młodych jeźdźców, na których postawił trener należeli
Tak więc w Toruniu beż większych perturbacji
zatrzymano najważniejszych zawodników, a dodatkowo zbudowano podstawy do
kontaktów na kolejny rok. Siła Aniołów w sezonie 2024 w głównej mierze zależała od dwójki Emil
Sajfutdinow - Robert Lambert. Dokładając do tego
Patryka Dudka, który miał zanotować progres formy Apator niewątpliwie wyrastał
na mocnego ligowego gracza. Do tej trójki musiał jednak równać Paweł Przedpełski, w którym
kibice wciąż pokładali spore nadzieje oraz zyskując drugą szansę Wiktor Lampart
.
Niestety mimo powzięcia trudnego wyzwania przez nowego trenera w zakresie
budowania formy u toruńskiej młodzieży, niepewność dotycząca juniorów wciąż była
wielka, bo w sezonie 2023 mimo że Apator zdobył brązowy medal, dysponował zdecydowanie najsłabszymi młodzieżowcami
w ekstralidze.
Krzysztof Lewandowski zaliczył regres wyników, w miejscu stanął rozwój Mateusza Affelta, a Oskarowi Rumińskiemu wciąż brakowało
objeżdżenia ze starszymi od siebie. Nic więc dziwnego, że spore nadzieje wciąż pokładani są
piętnastoletnim Antonim
Kawczyńskim. Niestety jeździec ten był do ligowej dyspozycji Piotra Barona
dopiero od 29 kwietnia 2024 roku i nie było wykluczone, że pod skrzydłami nowego opiekuna stanie się ważną postaci grona
juniorskiego Aniołów. A być może nawet najważniejszą.
Po sezonie transferowym niektórzy upatrywali ryzyka w krótkiej ławce seniorów,
bowiem przy kontuzji jednego z nich niepewna formacja młodzieżowa, bez wyróżniającego
zawodnik oraz brak solidnego rezerwowego. mógł być sporym problemem. Choć z
drugiej strony Piotr
Baron przez lata dał się poznać, jako ten dowodzący, który nie przepada
za zbyt częstymi roszadami w meczowym składzie. Pracując w Lesznie w pierwszych
sezonach, miał co prawda znakomity zespół pod sobą, ale szybko wypracowywał
odpowiednie schematy i te potem działały bez zarzutu. Potrafił odpowiednio
korzystać choćby z Janusza Kołodzieja czy Emila Sajfutdinowa, z którym ponownie spotkał się w nowym miejscu pracy, w Toruniu.
Działacze o tym widzieli, i mieli do niego pełne zaufanie, ale wspólnie z
trenerem skupili swoją uwagę na budowaniu solidnego zaplecza w ramach ekstraligi
U24, gdzie ligową rezerwę - przynajmniej w teorii - stanowić mieli Nicolai
Heiselberg oraz Emil Poertner. W obydwu Duńczykach drzemał spory potencjał, ale
niestety obaj byli zawodnikami po przejściach, bowiem w sezonie 2023 dopadły ich poważne kontuzje.
Dlatego skład U24 oprócz wyżej wymienionych krajowych jeźdźców stworzyli młodzi
obiecujący zawodnicy, do grona których dołączył w trakcie sezonu Anders Rowe.
Podsumowując ubiegłoroczny medalowy sukces zachęcił właściciela klubu Przemysława Termińskiego do dalszego zarządzania toruńskim klubem i zrezygnował z wcześniejszej deklaracji na temat sprzedaży żużlowego Apatora o czym poinformowano na oficjalnej prezentacji wszystkich zawodników.
To
pokazało zawodnikom, że mimo niezbyt emocjonującego dla toruńskich kibiców
okresu transferowego z całą pewnością można stwierdzić, że
w Toruniu zapanowała stabilizacji i na poważnie myśli się o najwyższych celach, a
zawarte kontrakty nie byłyby możliwe, gdyby nie stabilny klubowy budżet. Wiele
wskazywało na to, że może on przekroczyć granicę 20 milionów złotych i był to
jeden z najniższych budżetów w ekstralidze. Klubowe władze, nie tylko rozsądnie
gospodarował zgromadzonymi środkami, ale również dokonały dywersyfikacji
przychodów, które opierały się na: umowach sponsorskich zawartych przez
Ekstraligę, umowie z miastem Toruń, wpływach za organizację rundy Grand Prix,
sprzedaży biletów oraz hojności lokalnych sponsorów. Właściciel klubu w jednym z
wywiadów tak oto komentował klubowe finanse i przyszłość klubu:
"W tym roku władze Torunia mocno się zaangażowały w finansowanie
klubu, natomiast też mają swoje ograniczenia i inne wydatki. Zatem wyżej niż
mogą nie podskoczą, dlatego doceniamy pomoc jaką dostajemy i nie czekamy z
założonymi rękami, licząc tylko na wsparcie z samorządu. Potrzebujemy wsparcia
kolejnych sponsorów. Może Urzędu Marszałkowskiego? Może kilka większych spółek?
Pracujemy nad tym cały czas, żeby znaleźć skuteczne rozwiązania. Ja szacuję, że
po stronie kosztów będziemy mieć około 22 miliony złotych. I teraz spróbujemy
zbudował przychody na tym samym poziomie. Jeszcze nam trochę brakuje, ale cały
czas szukamy i rozmawiamy. Na pewno są kluby w Ekstralidze, które będę mieć
znacznie większy budżet niż my. Dlatego te nasze 22 miliony to nie jest żadna
sensacja, tylko jeden z niższych budżetów w lidze. Mogę zapewnić, że wszystko
mamy poukładane i na ten moment kiedy porozumieliśmy się z miastem, nie mam
powodu, żeby myśleć o sprzedawaniu klubu i rezygnacji. Choć wiadomo jak to jest
w sporcie i biznesie. Nigdy nie można mówić nigdy, bo nie wiadomo co przyniesie
każdy kolejny dzień. Przecież jak będzie dobra oferta, to zawsze można usiąść do
stołu i wrócić do rozmów".
Były to ważne słowa, bo oznaczały, że wcześniejsza chłodna współpraca na
linii klub miasto znacznie się ociepliła, bo z ponad 8 milionów, które miasto Toruń
wydało na
sport zawodowy w roku 2024. Apator otrzymał 1,5 miliona i było to zdecydowanie
przed rokiem, kiedy klub otrzymał tylko 600 tys. złotych. W roku wyborów
samorządowych miasto Toruń postanowiło jednak zdecydowanie zwiększyć pulę
pieniędzy przeznaczanych na sport zawodowy, a najwięcej otrzymali koszykarze - 1,8 mln
oraz hokeiści - 1,72 mln. "Anioły" w tym zestawieniu znalazły się na trzecim miejscu
i choć pieniądze te w dużej części miały wrócić do miasta w postaci opłat za korzystanie z
MotoAreny, klubowe władze nie kryły zadowolenia z osiągniętego porozumienia z ratuszem,
bowiem miasto partycypowało również w kosztach organizacji turnieju Grand Prix,
a wpływy z tej imprezy w całości zasilały klubowe konto. A negocjacje z firmą
Warner Bross Discovery organizatorem cyklu nie należały do łatwych i gdy w
pewnym momencie negocjacje utkwiły w martwym punkcie, a Grand Prix odjechało z
miasta Kopernika z uwagi na dużą liczbę turniejów w Polsce, w Toruniu rozważano
odkupienie licencji i finansowanie organizacji jednej z zagranicznych rund Grand
Prix, tylko po to, by został spełniony warunek FIM o przynajmniej siedmiu rundach poza granicami Polski.
Ostatecznie strony doszły do porozumienia i po raz kolejny MotoArena miała być
miejscem wieńczącym cały cykl, a najlepsi zawodnicy na świcie mieli odebrać
trofea o które walczyli cały rok.
O ile toruńskie finanse były stabilne i zabezpieczone na kilku frontach, to kwoty jakie padały na szczeblu globalnym budziły uznanie innych dyscyplin, ale też przerażenie, bo po 60 milionach złotych wydanych na kontrakty zawodników w kuluarach mówiło się, że w roku 2024 kwota ta może być nawet o 50% wyższa.
Toruńscy
działacze oprócz zakontraktowania zawodników dających realne szanse na walkę o
medale i żużlowe emocje, postanowili uszczęśliwić swoich kibiców jeszcze w inny
sposób. Z nazwy zespołu zniknęła firma for Nature Solution i
KS Apator Toruń był jedyną drużyną w Ekstralidze, która nie miła sponsora tytularnego.
Było to zaskakujące, bo trzecia drużyna
rozgrywek, z medalowymi aspiracjami powinna wzbudzać zainteresowanie darczyńców.
Właściciel Przemysław Termiński znał jednak wartość swojej drużyny i nie chciał
oddać nazwy za bezcen i w zamian za znakomitą promocję na całą Polskę i
gigantyczny zwrot marketingowy oczekiwał przynajmniej pół miliona złotych. Choć
dla niektórych była to spora kwota, to trzeba wspomnieć, że podobne pieniądze od swoich tytularnych sponsorów
otrzymywało kilka klubów
występujących na ekstraligowym zapleczu, gdzie z oczywistych powodów, reklama nie jest aż
tak elitarna, a potencjalny reklamodawca nie mógł liczyć na aż tak duży ekwiwalent
reklamowy. Z drugiej strony w ekstralidze część klubów mogła w tej kwestii liczyć na wsparcie dwukrotnie
wyższe niż
kwota jakiej oczekiwano w Apatorze.
Niestety ponieważ hojny darczyńca się nie znalazł wraz z początkiem roku w
żużlowym grodzie Kopernika, Klub Sportowy Toruń S.A. powrócił we wszystkich nośnikach przekazu medialnego nazwy "KS
Apator Toruń" i pod taką nazwą przystąpił do rywalizacji w Ekstralidze
w sezonie 2024. Kibice mnie kryli swojego zadowolenia, bo pierwszy raz od 1992 roku, klub z
Torunia przystąpił do rywalizacji pod
legendarną nazwą i bez sponsora tytularnego. Do pełni kibicowskiego
szczęścia brakowało już tylko powrotu do historycznego herbu klubowego.
Jednak i na to oczekiwanie odpowiedzieli toruńscy włodarze i tuż przed rozpoczęciem rozgrywek, gdy podczas prezentacji drużyny zaprezentowano kombinezon w jakim mieli ścigać się żużlowcy, ku zaskoczeniu wszystkich na piersi toruńskich zawodników pojawił się historyczny napis oraz Anioł i nowy motyw z grafiką toruńskiej starówki. Toruńscy fani nie mieli wątpliwości, że był to najładniejszy kevlar drużyny Aniołów od lat, a w ogólnopolskim głosowaniu, zorganizowanym przez ekstraligę, najładniejsze kevlary zdaniem kibiców miał zespół Motoru Lublin (21% głosów), drugie miejsce zajął jednak Apator Toruń (17%), trzecia lokata przypadła Falubazowi Zielona Góra (16%), za podium znalazły się kolejno Stal Gorzów (12%), Włókniarz Częstochowa (11%), Sparta Wrocław (8%), Unia Leszno (8%), GKM Grudziądz (7%).
Niestety radość źółto-niebiesko-białych fanów stłumiły karnetów na wszystkie mecze Apatora, które mimo że nie należały do najdroższych w ekstralidze mocno nadwyrężały portfele kibiców. Podobnie jak w poprzednim sezonie Kibice mogli sami zdecydować, jaki typ karnetu wybierają. Do sprzedaży bowiem trafiły całoroczne wejściówki obowiązujące tylko na rundę zasadniczą oraz lub w wersji rozszerzonej o fazę play-off. Sprzedaż karnetów wystartowała tradycyjnie 1 grudnia br. za pośrednictwem strony www.kstorun.kupbilety.pl oraz stacjonarnie na toruńskiej Motoarenie. Dla kibiców, którzy kupili wejściówki całoroczne w sezonie 2023, klub przewidział karnety lojalnościowe. Warunkiem nabycia karnetu na to samo miejsce jest jego zakup w kasie klubu na Motoarenie oraz posiadanie ze sobą karnetu z sezonu 2023.
Zawodnicy jednak w pocie czoła
przygotowywali się do sezonu. W Polsce pod okiem sztabu szkoleniowego do sezonu
formę budowali tak naprawdę tylko
juniorzy, którzy zawitali z Janem Ząbikiem i Marcinem Kowalikiem na stoki
narciarskie w okolicach Szczyrku. Seniorzy tradycyjnie mieli własny tok
przygotowań, ponieważ w ostatnich latach sport żużlowy
sprofesjonalizował się już na tyle, że żaden z zawodników nie mógł pozwolić
sobie na zaniedbania, szczególnie na poziomie ekstraligowym. Przykładem był
choćby Robert Lambert, który oprócz siłowni i treningów cardio, postanowił nie
rozstawać się z dwoma kółkami i w trakcie przerwy między sezonami przygotowywał się jeżdżąc na pitbike’ach,
a o jego treningach na sprzęcie MRF 140RC poinformował fanpage
PitBike MRF. Nie było to jednak niczym wyjątkowym, bo żużlowcy często w okresie przerwy zimowej starają się
"czuć dwukołowy balans" i swoje treningi urozmaicali jazdą na pitbike’ach, motocrossie
czy rowerach.
Klub monitorował na bieżąco treningowe postępy zawodników, ale zadbał też o to
by w okresie zimowy mieli ze sobą kontakt. Dlatego ekstraligowa kadra
integrowała się i finalizowała budowanie ogólnej kondycji oraz sprawności na
zgrupowania w Hiszpanii.
Dla Piotra Barona był to bardzo ważny moment, bo mógł spędzić więcej
czasu z nową drużyną. Choć samych zawodników znał doskonale, bo w czarnym sporcie
był od wielu lat, to jednak w Apatorze stanął z nimi po tej samej stronie
parku maszyn.
Szkoleniowiec był zadowolony z okresu spędzonego w
Hiszpanii, bo drużyna miała okazję odjechać siedem treningów na torze crossowym,
a także pojeździła na rowerach, a co najważniejsze spędziła ze sobą sporo czasu,
co pozwoliło nawiązać pozatorowe relacje. Tak więc żużlowcy na brak zajęć nie
mogli narzekać, a Radosław Smyk nie odpuszczał swoim
podopiecznym i tak skomentował zagraniczne przygotowania: "W ciągu dziesięciu dni wykonaliśmy piętnaście jednostek
treningowych, więc obóz był o sporej intensywności. Teraz pozostaje nam czekać
na wyjazd na tor". Zadowolenia nie krył również
Patryk Dudek i był pod wrażeniem tego, jak wyglądało ich zgrupowanie: "Super spędzone dziesięć dni, więc bardzo polecam i zachęcam innych zawodników
albo kluby do takiego spędzania czasu. Pogoda na plus, można pojeździć na
crossie, czy na rowerze. Dla mnie był to pierwszy taki obóz w karierze i jestem
bardzo zadowolony. Myślę, że za rok, jeśli nie z drużyną, to na pewno
indywidualnie też tutaj przyjadę w te okolice".
O komentarz do okresu w którym zawodnicy przygotowywali się do sezony pokusił
się również toruński trener, który mówił: "Nie było większych problemów. Można już teraz śmiało powiedzieć, że po zimie
chłopaki będą dobrze przygotowani. Do połowy lutego trzeba było zrobić wszystko
to, co było jasno określone i założone. Wszyscy wiedzieli, ile treningów mają
odbyć, a u nas w klubie jest też trener od przygotowania ogólnorozwojowego. Na
obozie już się schodzi z takich treningów - to bardziej moment wyciszenia przed
sezonem i czas na pierwsze jazdy na motocyklach, na razie crossowych. Po
powrocie będzie można jeszcze z tydzień odpocząć, dojdzie też zmiana temperatur
z ciepłych hiszpańskich na nasze. A potem przychodzi pora na żużel. My na tor
planujemy wyjechać na początku marca, ale to nie ma większego znaczenia. Jeśli się zacznie w pierwszej
połowie marca, to spokojnie można odjechać i treningi, i sparingi, i przygotować
się odpowiednio do sezonu. Tej jazdy wówczas wystarczy, a czy ktoś wyjedzie 5
marca, 8 marca, czy też 10 marca, to już nie ma żadnej różnicy".
Po powrocie ze zgrupowania, sprzyjające warunki pogodowe oraz zadaszona MotoArena umożliwiły torunianom rozpoczęcie przedsezonowych treningów, by z końcem marca stanąć do jazd testowych w meczach sparingowych. Ulubieniec toruńskich kibiców Paweł Przedpełski, który zebrał głośne brawa, w wywiadzie opowiedział, czym są dla niego jazdy testowe: "Podczas tych meczów dużo sprawdzamy. Dlatego czuję, że lepiej było odbyć więcej treningów przed rozpoczęciem wyścigów. Pracowałem indywidualnie nad pewnymi aspektami, których nie da się poprawić w trakcie samego ścigania. Zwiększenie liczby treningów na pewno mi pomogło, dzięki nim jeździ mi się lepiej. Dodatkowo podczas treningów na bieżni oglądałem swoje mecze, by wyłapać błędy, nad którymi później pracowałem z trenerem. Podpowiedział mi kilka rzeczy, a moja sylwetka na motocyklu powinna być nieco inna". Słowa kapitana napawały optymizmem, bo dwudziestoośmiolatek był w tym sezonie pod szczególnym nadzorem toruńskich działaczy. Od kilku lat nie potrafił wrócić do przewidywalnej formy, a bez jego punktów, szczególnie na wyjazdach, Apator mógłby mieć problem z powtórzeniem medalowego sukcesu z poprzedniego sezonu, a właściciel klubu Przemysław Termiński liczył na znacznie więcej: "Ubiegłoroczny brąz rzecz jasna cieszy, ale nie spocznę, dopóki nie zdobędziemy złota. Toruńscy kibice zasługują na ten sukces i wierzę, że zbliżający się sezon przyniesie upragnione zwycięstwo. Jeździmy w najlepszej lidze świata, mamy topowych zawodników, mamy wspaniałą żużlową tradycję, mamy oddanych kibiców. Jeżeli wszyscy zawodnicy pojadą sezon życia, to powalczymy o finał". Deklaracja właściciela Apatora była zaskakująca, bo żaden z ekspertów nie widział toruńskiej drużyny na najwyższym stopniu podium. Sezon miał jednak pokazać, jak niewiele znaczą przedsezonowe typowania komentatorów, bo finalnie żużlową moc i tak weryfikuje tor.
|
|
|||||||||||
![]() KS Apator Toruń |
|
![]() NovyHotel Falubaz Zielona Góra |
2024-03-24 |
||||||||
|
|
|||||||||||
![]() NovyHotel Falubaz Zielona Góra |
|
![]() KS Apator Toruń |
2024-03-27 |
||||||||
|
|
|||||||||||
![]() KS Apator Toruń |
|
![]() ZOOLeszcz GKM Grudziądz |
2024-03-29 |
||||||||
|
|
|||||||||||
![]() ZOOLeszcz GKM Grudziądz |
|
![]() KS Apator Toruń |
2024-03-30 |
||||||||
|
|
|||||||||||
![]() KS Apator Toruń |
![]() |
![]() Abramczyk Polonia Bydgoszcz |
2024-04-05 54 wyniki turnieju |
||||||||
|
|||||||||||
W
sezonie żużlowym AD 2024 Apator podobnie jak przed rokiem inaugurował sezon w
Gorzowie, a telewizja uznała pojedynek obu drużyna za hit kolejki. Nikogo to
nie dziwiło, bo ostatnie lata pokazały, że końcowy wynik w rywalizacji obu ekip
był sprawą otwartą do ostatniego biegu. Wystarczy przeanalizować pięć ostatnich
ekstraligowych sezonów, w których drużyny potykały się w dwunastu meczach , a
różnica punktów biegowych wynosiła tylko plus cztery na korzyść Gorzowa.
Jednakże to Toruń częściej inkasował duże punkty meczowe, bo wygrał
sześciokrotnie przy pięciu wygranych Gorzowian, a raz padł remis. Dwumecze także
częściej na swoją korzyść rozstrzygali żużlowcy z Grodu Kopernika bo
trzykrotnie, w tym dwukrotnie zaledwie jednym oczkiem, jednak w dwóch
przypadkach przewagi nie zyskał żaden z zespołów. Niestety Apatorowi od
dłuższego czasu brakowało zwycięstwa wyjazdowego, bowiem ostatnie na gorzowskim
owalu odnieśli w sezonie 2015, czyli pierwszym, w którym stery nad klubem
przejął Przemysław Termiński. Nowy sezon stawiał przed jedną i drugą ekipą
spore oczekiwania kibiców. Potencjał gorzowian i torunian eksperci uznali za
zbliżony i w przedsezonowych dywagacjach jedni i drudzy stawiani byli w roli
faworytów którzy wjadą do półfinałów play-off. Schemat budowy obu składów był
podobny, dlatego w konfrontacji Apatora i Stali decydować, miały niuanse i
pojedyncze punkty. Trenerzy Piotr Baron i Stanisław Chomski oparli swoje składy
na solidnym liderze i dwóch wspierających go "walczakach". W Gorzowie liderem
był Martin Vaculik ze wsparciem Thomsena i Woźniaka, a Toruniu oprócz pewnych
punktów Emila Sajfutdinowa trener mógł liczyć na Roberta Lamberta i Patryka
Dudka. Kluczem w sezonie 2024 przed konfrontacją na Stadionie im. Edwarda
Jancarza mieli być zatem jeźdźcy na pozycji U24. W tym celu przed sezonem do
Gorzowa sprowadzono byłego indywidualnego mistrza świata juniorów - Jakuba
Miśkowiaka, który co prawda przed rokiem nie zachwycał w Częstochowie, ale
trener Chomski widział potencjał zawodnika i miał ambicje by odbudować jego
formę z okresu juniorskiego. Apator z kolei, rok wcześniej zaufał Wiktorowi
Lampartowi i który po udanej rundzie play-off przedłużył kontrakt z Aniołami.
Niestety w sparingowej potyczce w Bydgoszczy, Wiktor nabawił się urazu kolana.
To sprawiło, że pomimo intensywnej rehabilitacji zawodnik w Gorzowie się nie
pojawił. To osłabiało siłę rażenia Aniołów, bo Lamparta w Gorzowie miał
zastąpić Brytyjczyk, Anders Rowe, który od kilku lat próbował zaistnieć w
polskiej ekstralidze. I Anglik doczekał się, bo pojawił się na torze już w
pierwszym biegu, ale jego zerowy dorobek raczej pójdzie w zapomnienie. Niestety
po spotkaniu w Gorzowie w zapomnienie musiał pójść cały mecz bo Apatora zaliczył
falstart, przegrywając cały mecz 51:39. Już od początku spotkania Apator
był mocno pogubiony. Gdy w drugiej fazie zawodów do gorzowskiego toru dopasował
się Sajfutdinow, przewaga Stali przestała rosnąć. Jednak przez cały mecz poza
Emilem i Robertem Lambertem Anioły nie miały argumentów, które można było
wytoczyć przeciwko gorzowianom. Pojedyncze przebłyski Dudka, niewiele wniosły
przy fatalnej postawie juniorów oraz Pawła Przedpełskiego, który jedyny punkt
zdobył na swoim koledze z drużyny. Trener Piotr Baron tłumaczył zawodnika po
meczu złym doborem silników, ale sama jazda dwudziestoośmiolatka była fatalna.
Zawodnik wyglądał na nieprzygotowanego do sezonu i eksperci telewizyjni zaczęli
sugerować Piotrowi Baronowi sięgnięcie po doskonale znanego w Toruniu Mateja
Zagara. W Toruniu nikt jednak nie skreślał kapitana i miał on udowodnić swoją
wartość w kolejnym spotkaniu na MotoArenie.

Przed
drugą kolejką spotkań, w której Apator miał zainaugurować sezon na MotoArenie,
podejmując Unię z Leszna, obie ekipy były osłabione. Dla gości miał to być
tym samym trzeci sezon z rzędu w którym do Torunia przyjeżdżali osłabieni. I
ponownie w meczu zabraknąć Janusza Kołodzieja. Lider Byków z powodu urazu
mostka co prawda wystąpił w meczu inaugurującym zmagania ligowe i wystąpił w
starciu z Włókniarzem Częstochowa, zdobywając13 punktów, co w znaczącym stopniu
przyczyniło się do zwycięstwa Unii 47:43. Kapitana leszczyńskiego klubu zabrakło
jednak w pojedynku z Apatorem, a klub tak uzasadniał tę absencję: "Decyzję o
absencji kapitana leszczyńskich Byków podjął sztab szkoleniowy razem z
zawodnikiem. Zdecydowano, że korzystniejsze dla Janusza będzie poświęcenie
najbliższych dni na kontynuowanie rehabilitacji". Za Kołodzieja, trener Rafał
Okoniewski mógł stosować zastępstwo zawodnika, ale przed meczem nic ni
wskazywało na to, aby szkoleniowiec zdecydował się na taki manewr, bowiem
planowano dać więcej jazdy juniorom oraz sprawdzić w boju Nazara Parnickiego,
który w ubiegłym sezonie w starciu z Apatorem debiutując w lidze był cichym
bohaterem swojego zespołu. Tak więc decyzja o tym, czy zostanie zastosowane za
lidera zastępstwo, miała zapaść dopiero w dniu zawodów. Niezależnie od tego czy
biało-niebiescy zdecydują się na "zz-tkę" lub danie szans Damianowi Ratajczakowi
czy Nazarowi Parnickiemu, faworytem meczu były "Anioły", które po przegranej w
Gorzowie potrzebowały udowodnić swoją ligową wartość. Szczególnie dotyczyło to
Pawła Przedpełskiego i młodzieżowców. Torunianie wiedzieli, że brak Kołodzieja
oznacza, że wzrosła szansa na zbudowanie przewagi przed rewanżem, co mogło mieć
znaczenie w kwestii zdobycia punktu bonusowego. Ostatecznie podopieczni Piotra Barona nie mieli litości dla sowich rywali.
Ostatnie pięć wyścigów z
rzędu wygrali 5:1 i wypracowali solidną zaliczkę przed rewanżem. Anielski lider
Emil Sajfutdinow bawił się żużlem i na rzecz rywali oddał tylko "oczko". Oprócz
Baszkira, tak jak od nich oczekiwano, gości skutecznie ogrywali Lambert i Dudek.
Z dobrej strony pokazała się toruńska młodzież oraz Wiktor Lampart, który w
pięciu startach zdobył 9 punktów i dwa bonusy, tylko raz przyjeżdżając na
ostatnim miejscu. Liderem bezbarwnych gości, był Grzegorz Zengota zdobywca 11
pkt i bonusa, w siedmiu startach, przy czym w ostatnich trzech wyścigach zdobył
tylko 1 pkt. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w składzie Aniołów pojawił się
po raz pierwszy
Anders Rowe. Jego obecność była pokłosiem inauguracyjnej porażki ze Stalą
po której najwięcej mówiło się
o formie Pawła Przedpełskiego, który w w pięciu startach nie
pokonał żadnego z rywali i przed konfrontacją z Unią to właśnie forma toruńskiego
wychowanka była największą niewiadomą.
Niestety w kolejnym meczu Przedpełski zaczął zmagania od zera, w drugim starcie
toczył natomiast szaloną walkę z Keynanem Rew i Bartoszem Smektałą, ostatecznie
rozdzielając rywali. Zawodnikowi Apatora ewidentnie brakowało na trasie
prędkości. Podobnie było w kolejnym wyścigu, w którym znowu Przedpełski dotarł
do mety trzeci. Humor kapitanowi Aniołów poprawić nieco mogło natomiast podwójne
biegowe zwycięstwo wraz z Patrykiem Dudkiem w biegu jedenastym, ale w wyścigach
nominowanych Przedpełski już nie pojechał, kończąc mecz z dorobkiem tylko
czterech punktów uzupełnionych dwoma bonusami. Na własnym torze Paweł nie powtórzył
gorzowskiej kompromitacji, to jednak taki wynik na rywalu, który przyjechał bez
lidera, nie zachwycał, ale kibice nie odwrócili się od kapitana, którego darzyli szacunkiem jakiego pozazdrościć niejeden
sportowiec.
Trzecia
odsłona ligowego sezonu w roku 2024 dla Apatora była niezwykle trudna, bowiem
Anioły udały się w podróż do Lublina, gdzie czekał na nich aktualny Drużynowy
Mistrz Polski. Motor rozpoczął sezon jak na
obrońców tytułu przystało - najpierw wysoka wygrał na
wyjeździe z GKM-em Grudziądz 52:38, a następnie jeszcze wyższe zwycięstwo u
siebie ze Stalą Gorzów 55:35. Z kolei torunianie przegrali z gorzowianami na ich
terenie 39:51, aby w drugiej kolejce triumfować na własnym torze z Unią Leszno
aż 59:31. Wysoka wygrana z Bykami, sprawiła że w Toruniu wszyscy wierzyli, w
nawiązanie do ubiegłorocznej konfrontacji w fazie play-off, bowiem szeregach
Apatora byli zawodnicy, którzy mogli, trzymać wynik na punktowym styku, a w
biegach nominowanych mogło zdarzyć się wszystko. Zmartwieniem była jedynie u
progu sezonu słaba forma Pawła Przedpełskiego. Kapitan toruńskich Aniołów, był
kompletnie bez szybkości i choć nadrabiał wszystko ambicją i wolą walki, punktów
dla drużyny nie zdobywał.
Trener gospodarzy Piotr Baron nie
zamierzał jednak rezygnować z usług doświadczonego zawodnika i dokonał jednej,
kosmetycznej zmiany w zestawieniu swojej drużyny, względem ostatniego spotkania
ligowego i zamienił miejscami juniorów - Krzysztofa Lewandowskiego i Mateusza
Affelta. Z koli duet trenersko-menedżerski Maciej Kuciapa - Jacek Ziółkowski
kierowali się zasadą, że zwycięskiego składu się nie zmienia i zmiany nie były
im w głowie. I była to słuszna taktyka, bo Motor okazał się jednak mało
gościnny dla rywala i doskonale wywiązał się z roli faworyta, dając
Apatorowi w pierwszej części meczu solidną lekcję żużla. Co prawda wśród
żółto-niebiesko-białych na torze dwoił się i troił Emil Sajfutdinow, a jego
fenomenalne akcje w konfrontacji z Bartkiem Zmarzlikiem, były kwintesencją
żużla. Niestety Emilowi, zabrakło większego wsparcia punktowego ze strony
kolegów z drużyny i Apator przegrał kolejne spotkanie w stosunku 53:37. Była to
sytuacja niepokojąca, bo w drugim wyjazdowym meczu zespół kompletnie nie miał
drugiej linii. Robert Lambert, Patryk Dudek oraz wspomniany Sajfutdinow, to za
mało nawet na najsłabszy ekstroligowy team na jego własnym torze.
Wracając do meczu warto dodać, że pojawiły się zarzuty, co do stanu toru.
Zawodnicy Motoru i Apatora mieli spore problemy zwłaszcza na drugim łuku. Nie
był to pierwszy raz, gdy stan nawierzchni na obiekcie "Koziołków" pozostawiał
sporo do życzenia. O dziurach w nawierzchni mówili nawet miejscowi zawodnicy, co
wyłapały kamery telewizyjne. Nawierzchnia była jednak, taka sama dla wszystkich,
a zdecydowane zwycięstwo Motoru z jednej strony mogło być mylące w kontekście
Apatora, ale z drugiej strony było widać wyraźnie, że Piotr Baron miał przed
sobą sporo pracy. Przede wszystkim musiał zbudować na wyjazdach krajowych
zawodników - Pawła Przedpełskiego i Wiktora Lamparta, a także młodzieżowców. Bo
styl, w jaki pokazywali kolejnych biegach jego podopieczni, pozostawiał wiele do
życzenia. Nic więc dziwnego, że wszyscy czekali na dzień 29 kwietnia, kiedy to
szesnaste urodziny kończył Antoni Kawczyński i miał otwarte drzwi do ligowego
składu Apatora. W roku 2023 Kawczyński startował w zawodach juniorskich
takich jak Drużynowe Mistrzostwa Polski Juniorów i zdążył pokazać, że ma papiery
na jazdę . Antkowi nie brakowało odwagi i myślenia na torze, co z pewnością
należało cenić w młodym zawodniku.

W
czwartej kolejce spotkań Apator Toruń podejmował na własnym torze wrocławską
Spartę. W 2023 roku torunianie i wrocławianie
uplasowali się na trzecim i drugim stopniu podium Ekstraligi, choć tak
naprawdę... dzieliła ich przepaść. Pokazały to dokonania z przekroju całego
sezonu, dwumecz w rundzie zasadniczej i przede wszystkim ten w play-off. W końcu
w rewanżu półfinału poważnie rozbita kontuzjami Sparta potrafiła wyraźnie
pokonać Apatora i - zdaniem wielu - dokonać czegoś, co na takim poziomie długo
się nie powtórzy. Rok 2024 był jednak nowym rozdaniem i
drużyny w trzech kolejkach nie miały okazji w pełni udowodnić swojej sportowej
mocy, ale to ekipa gości w opinii ekspertów stawiana
była w roli faworyta. Nic więc dziwnego, że wszyscy starali się odmienić Pawła
Przedpełskiego, który miał kłopoty z szybkością, a co za tym idzie ze
skutecznością punktową. Postawa toruńskiego kapitan, wydawała się być kluczowa
dla losów spotkania, bo, bo trudno było stawiać na powtórki wyników jakie
osiągnęli w starciu z wielkopolanami, toruńscy młodzieżowcy i Wiktor Lampart.
Wszelkie przedmeczowe dywagacje i opinie
ekspertów miały niewiele wspólnego ze sportową złością Aniołów,
które już w dwóch pierwszych biegach odesłali rywali do parkingu z najniższym
punktowym dorobkiem, a zgarniając całą dziesięciopunktową pulę przejęli kontrolę
nad meczem, nie oddając prowadzenia nawet na moment. W tej sytuacji biegi
nominowane dopełniły dzieła, bo pierwszy z nich padł łupem
fenomenalnie dysponowanego tego dnia Pawła Przedpełskiego,
a w ostatnim Robert Lambert stał się katem wrocławian ogrywając Artioma Łagutę.
Ostatecznie Mecz zakończył się wygraną gospodarzy 52:38 i można powiedzieć, że Apator rósł w
siłę. Trener Piotr Baron mógł mieć powody do satysfakcji, bo można powiedzieć,
że na MotoArenie sportowo odbudował Przedpełskiego. Kapitan Apatora w końcu był
na torze zadziorny. Po pierwszym nieudanym starcie odrodził się i potrafił
pokonywać rywali. Wywiązał się nie tylko doskonale z roli drugiej linii, ale
aspirował do miana lidera zespołu. Swoje punkty zrobili liderzy, a ponownie
ważnym punktem Apatora był też Wiktor Lampart oraz młodzieżowcy, którzy po raz
drugi z rzędu na MotoArenie wygrali podwójnie bieg młodzieżowy. To wskazywało,
że nowy trener potrafił odmienić toruńską młodzież, a co istotne w meczu w
ligowym składzie zadebiutował dodatkowo
Antoni Kawczyński, który 29 kwietnia
skończył szesnaście lat, i miał otwartą bramę do rywalizacji w rozgrywkach
ligowych. Antek w świecie żużla znalazł się dzięki gdańskiemu Wybrzeżu. To
właśnie tam stawiał pierwsze kroki na mini żużlu, ale przed rokiem zdał licencję
w klasie 500 ccm i startował w zawodach rangi juniorskiej oraz Drużynowych
Mistrzostw Polski Juniorów. Pojawienie się rywalizacji na pozycji młodzieżowej
rozbudzało wielkie nadzieje toruńskich kibiców, bo debiutant wykazywał się
niezwykłą inteligencją na trasie, a w połączeniu inteligencji z pracowitością i
zadziornością mógł dać motywację do pracy Affeltowi i Lewandowskiemu oraz
ogromny handicap dla toruńskiego sztabu szkoleniowego.
Mecz
piątej kolejki w której Apator jechał do Częstochowy, nie doszedł do skutku w
pierwszym terminie, a na przeszkodzie stanęła pogoda. Częstochowianie już od
popołudnia musieli walczyć z nawierzchnią toru ze względu na opady deszczu. Te
ustały, ale około godziny 19.00, jednak tuż przed planowanym rozpoczęciem
rywalizacji, deszcz ponownie zaczął padać. Na torze rozpoczęto prace mające na
celu usunięcie kałuż i doprowadzenie go do choćby poprawnego stanu przed
pierwszym biegiem. Gdy udało się tor doprowadzić do stanu który pozwolił na
próbę toru, zawodnicy podjęli wyzwanie i odjechali treningowe kółka, po których
rozpoczęła się zacięta dyskusja czy należało zawody przełożyć wcześniej, czy je
odjechać. Niezależnie od opinii i komentarzy, ostateczną decyzję podjął
sędzia i zawodnicy musieli po raz drugi stawić się pod Jasną Górą, by udowodnić
swoją sportową wartość. A podejście do drugiego starcia odbywało się w zupełnie
odmiennych nastrojach, bowiem obie drużyny odjechały wyjazdowe spotkanie i to
częstochowianie pozostawili po sobie lepsze wrażenie wygrywając w Zielonej Górze
52:37. Podczas, gdy Apator poległ w można by napisać wygranym meczu w Grudziądzu
42:47. Zatem dla Aniołów pojedynek z Lwami miał być odkupieniem win z
Grudziądza. Ostatecznie nie doszło do rehabilitacji Aniołów, bo Włókniarz
Częstochowa prowadził od pierwszej gonitwy i choć nie mógł odskoczyć Apatorowi
Toruń na większą różnicę punktów, to ostatecznie zgarnął dwa kolejne punkty
popisując się piorunującymi dwoma ostatnimi biegami, które ustaliły wynik na
50:40 dla gospodarzy. Włókniarz tym samym zanotował pierwsze zwycięstwo w
sezonie, ale wciąż pozostawał na ostatnim miejscu w tabeli. Drużyna Lwów
pokazała się jednak jako zespół wyrównany w którym pierwsze skrzypce grał
nieprzerwanie Leon Madsen. Zaskakująco dobrze w meczu z Aniołami wtórował mu
Hansen oraz Drabik. Kibice zapewne nieco więcej oczekiwali od Michelsena,
któremu mecz kompletnie nie wyszedł.
Po stronie gości, którzy podjęli walkę, trudno jednak wskazać zdecydowanych
liderów. Każdy z zawodników zaliczył małą wpadkę, która przełożyła się na
końcowy wynik. W drużynie było widać trzy mocne lokomotywy w osobach Dudka,
Lamberta i Sajfutdinowa, jednak lokomotywa bez podczepionych wagonów w postaci
drugiej linii i formacji młodzieżowej, nie była w stanie dowozić towaru jakim
były ligowe punkty. Niestety zaskakująca szczególnie była postawa juniorów,
którzy od lat nie potrafili mieć większego wpływu na końcowy wynik sezonu.
Pojedyncze przebłyski, Lewandowskiego czy Affelta tak samo szybko szły w
niepamięć, jak nadzieja, że zawodnicy ci mają szanse na coś więcej niż tylko
ściganie się do dwudziestego pierwszego roku życia. Na szczęście w szkółce
Jana Ząbika pojawiły się młode talenty i wszyscy ponownie mieli nadzieję dobre
starty własnych wychowanków. Niestety taki obraz toruńskiego zespołu
ukształtował się po przeprowadzce na MotoArenę. Wraz z pożegnaniem stadionu przy
ul. Broniewskiego coś z zespole zgasło. Dość powiedzieć, że na przestrzeni 50
ostatnich spotkań poza Motoareną na poziomie Ekstraligi tylko w dwóch sezonach
Apator wygrał przynajmniej jeden mecz poza domem i trzykrotnie remisował.
Statystyka ta była nie do przyjęcia dla wymagających toruńskich fanów którzy
ciągle wierzyli, że mistrza Polski nadejdzie czas.
Szósta
runda spotkań miała rozemocjonować kibiców w ramach derbów
grudziądzko-toruńskich. I choć w obecnych czasach derby mają głównie
znaczenie dla kibiców, bo też w kadrach zespołów jeżdżących takie mecze nie
znajduje się tak wielu lokalnych zawodników, jak było to kilkadziesiąt lat
wcześniej. Nie zmienia to faktu, że pokonanie sąsiada zawsze ma swój urok i
prestiż. W derbach AD 2024 pomiędzy Grudziądzem a Toruniem szczególny moment
czekał trenera-menadżera "żółto-niebieskich". Robert Kościecha to wychowanek
i wieloletni zawodnik KS Apatora, a następnie trener juniorów. Po sezonie 2017
charyzmatyczny szkoleniowiec bez żalu został jednak pożegnany przez toruński
klub i krótko potem zakotwiczył w Grudziądzu. Po latach pracy przede wszystkim z
młodzieżą przed tym sezonem otrzymał on zadanie poprowadzenia ekipy seniorskiej.
Niestety początek sezonu niezbyt dobrze układał się dla Gołębi, a na domiar
złego na kilka dni przed meczem, grudziądzką drużynę spotkał ogromny pech,
ponieważ dla Jasona Doyla szybko skończył się mecz angielskiej. Już w czwartym
biegu pojedynku King's Lynn Stars z Ipswich Witches Australijczyk zaliczył
groźny upadek, po którym stwierdzono pęknięcie żeber oraz uraz barku, a
kontuzja ta była na tyle poważna, że sezon dla Jasona Doyla dobiegł końca. W
takiej sytuacji faworytem do ligowych punktów stali się goście, bowiem wydawało
się, że manewr z ZZ nie jest w stanie zapełnić luki w składzie grudziądzan. I
początek spotkania na to wskazywał, bo spotkanie zaczęło się od mocnego
uderzenia gości, bo para Dudek i Lampart najlepiej wyszli spod taśmy, obejmując
podwójne prowadzenie, którego nie oddali do samego końca i wydawało się, że
"Anioły" w ten sposób chcą potwierdzić swoją dominację. W drugiej serii nierówna
jazda zawodników KS Apatora sprawiała, że torunianom nie było dane przejąć
kontroli nad meczem. Tak naprawdę tylko Emil Sajfutdinow i dość niespodziewanie
Wiktor Lampart byli pewnymi punktami przyjezdnych. Co prawda po równaniu toru,
Apator ponownie zainkasował 5 oczek i gdy wydawało się że w kolejnym biegu
przewaga gości wzrośnie, bo defekt złapał Kevin Małkiewicz, ale niestety kłopoty
sprzętowe miał również Robert Lambert, stąd też bieg zakończył się wynikiem 3:2.
Na drugiej serii padł remis i Apator prowadził 22:19. W biegu otwierającym
trzecią serię wydawało się, że Anioły rozpościerają skrzydła nad grudziądzkim
owalem, by przejąć go w sportowe władanie, bowiem poszli za ciosem i kolejny raz
wygrali podwójnie, a oklaskiwanymi przez toruńskich fanów tryumfatorami byli
Przedpełski i Lampart. Wychodząc na siedmiopunktowe prowadzenie można było
odnieść wrażenie, że Apator kontroluje sytuację i nie wypuści zwycięstwa z rąk,
bo po takim ciosie GKM się nie już nie podniesie. Nic bardziej mylnego.
Gospodarze wzięli się za odrabianie strat w czwartej serii startów, by przez
biegami nominowanymi objąć prowadzenie - 39:38. Ważny dla losów spotkania okazał
się bieg czternasty. W nim przed startem lekko drgnął Robert Lambert, który w
ten sposób "podpuścił" Jaimona Lidseya. Brytyjczyk otrzymał tylko ostrzeżenie, a
Australijczyk został wykluczony za wjechanie w taśmę. Przyjezdni z Torunia
dostali od losu szansę na odwrócenie sytuacji, ale Paweł Przedpełski zanotował
upadek w drugim podejściu do wyścigu i został wykluczony z powtórki. Osamotniony
Lambert wygrał wyścig numer czternaście, a wynik na telebimie brzmiał 42:41 dla
gospodarzy. O wszystkim zadecydować miała zatem ostatnia odsłona dnia, którą
niezwykle przeżywał Robert Kościecha, u którego wyraz twarzy zmieniał się bardzo
szybko. W pewnym momencie nie był nawet w stanie patrzeć na wydarzenia torowe i
postanowił się odwrócić oraz zakryć twarz, co uwiecznił GKM i za pośrednictwem
swoich mediów społecznościowych wstawił nagranie, na którym widać
rozemocjonowanego trenera. GKM jednak dopiął swego wygrywając decydujący
wyścig 5:1 czym zapewnił sobie zwycięstwo 47:42 i arcyważne punkty w kontekście
utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej, a szalejący "Kostek" na kolanach
całował grudziądzki tor.
Po
dwóch przegranych na wyjeździe, przed Apatorem były do rozegrania dwa z rzędu
mecze domowe, w których drużyna miała odkupić po części winy za ostatnie
niepowodzenia. Przeciwnikami mały być zespoły lubuskie o skrajnie odmiennych
celach na sezon 2024. Stal Gorzów miała bić się bowiem o medal z najcenniejszego
kruszcu, z kolei Falubaz Zielona Góra starał się zachować status ekstraligowaca.
Choć w tym swoistym dwumeczu, na początek przed Apatorem teoretycznie było
znacznie łatwiejsze zadanie, bo rywalem był Falubaz, to należało pamiętać, że
zespół ten był nieobliczalny w swej sportowej sile i pokazał, że może napędzić
sporo strachu silniejszym rywalom, ale też potrafił wyraźnie przegrać.
Ostatecznie gospodarze udowodnili, że potrafią wykorzystać atut własnego toru i
wygrali z beniaminkiem Ekstraligi, ale zalewie dwupunktowe zwycięstwo nie
przyszło łatwo, bo solidna postawa braci Pawlickich nie pozwoliła Aniołom
odskoczyć na punktowo na tyle od rywala by bezpiecznie kontrolować przebieg
spotkania, a niespodziewane punkty Kvecha czy Jensena sprawiły, że goście w
końcówce spotkania zwietrzyli nawet szansę na wygraną. Nic więc dziwnego, że
przed biegami nominowanymi atmosfera była gorąca, bowiem przed kluczowymi
rozstrzygnięciami zmartwieniem Apatora była słaba postawa drugiej linii. Trio
Dudek-Lampart-Przedpełski zdobyło tylko 16 punktów, a wynik gospodarzy trzymali
tylko Sajfutdinow i Lambert. Sztab szkoleniowy "Aniołów" miał ból głowy przy
wyborze żużlowców do czternastego wyścigu. Ostatecznie padło na Przedpełskiego i
Dudka. Niestety trener Piotr Baron szybko mógł żałować swojej decyzji.
Przedpełski na wejściu w łuk lekko trącił Kvecha i upadł na tor. Sędzia uznał,
że zawodnik "Aniołów" mógł utrzymać się na motocyklu i wykluczył go z powtórki.
Osamotniony Dudek na trasie uporał się z Kvechem, dzięki czemu przed ostatnią
odsłoną dnia Apator utrzymał czteropunktowe prowadzenie (44:40). Goście nie
zamierzali jednak odpuszczać, bo pojawił się ogromna szansa na wygraną, co w
kontekście walki o utrzymanie mogło być bezcenne. Nic więc dziwnego, że w
ostatniej odsłonie dnia niezwykle zmotywowani bracia Pawliccy byli na
prowadzeniu, ale Elmil Sajfutdinow uporał się z Przemysławem i torunianie
skończyli mecz ze skromną wygraną 46:44. W ekipie gospodarzy na uwagę
zasługiwał jednak debiut przed własną publicznością
Antoniego Kawczyńskiego, który wywalczył swój pierwszy ligowy punkt.
Szesnastolatek wraz z Robertem Lambertem w wyścigu czwartym, wykazali się bardzo
dobrym refleksem na starcie. Młodzieżowiec toruńskiej drużyny zastępujący
Mateusza Affelta, próbował założyć się na starszego z braci Pawlickich, lecz
doświadczenie dało się we znaki. Z zasady "gdzie dwóch się bije, tam trzeci
korzysta" i skorzystał Brytyjczyk, Robert Lambert, który po orbicie wyprzedził
Przemysława Pawlickiego, wychodząc na prowadzenie. Do samego końca wyścigu to
Antek Kawczyński straszył seniora zielonogórskiej drużyny i zostawił po sobie
pozytywne wrażenie. Tym samym wychowanek Apatora w swoim debiucie w meczu
ligowym na Motoarenie pokonał Krzysztofa Sadurskiego, który po sezonie kończył
wiek juniora. Niestety, Antek na torze pojawił się tylko raz, natomiast można
śmiało stwierdzić, ze zdobyty punkcik przyczynił się do tego, że "Anioły"
wywalczyły komplet dużych punktów w tym spotkaniu.
W
pojedynku rozpoczynającym drugą rundę Piotr Baron niczym nie zaskoczył swoich
rywali, za to trener Stali Gorzów Stanisław Chomski po pięciu meczach z
rzędu bez choćby jednej zmiany, zdecydował się na spore roszady w składzie
swojej drużyny. Te zmiany sprawiły, że Stal dobrze weszła w mecz, który do
końca miała pod kontrolą. Wśród gospodarzy od samego początku silnym punktem
był Robert Lambert, ale z pozytywów to by było na tyle. Punkty gubił nawet
Sajfutdinow, który nie przyzwyczaił kibiców w Toruniu do takiego widoku.
Zupełnie zawodził natomiast Dudek, który w trzech startach przywiózł tylko
"oczko" z bonusem. Nic więc dziwnego, że trener nie miał taktycznych argumentów
i na pierwszą rezerwę zdecydował się w biegu numer jedenaście. Emil Sajfutdinow
zastąpił Patryka Dudka, ale nie została ona wykorzystana tak, jak w Toruniu
oczekiwali. Wyścig wygrał Paweł Przedpełski, a Sajfutdinow nie zdobył punktu.
Dużo lepsza okazała się zmiana w kolejnym wyścigu, gdzie Robert Lambert, jadąc
za Wiktora Lampart dowiózł trzy punkty. Niestety przed biegami nominowanymi Stal
utrzymała sześciopunktową przewagę i katastrofa zbliżała się nieubłagalnie Na
domiar złego w czternastej odsłonie dnia start wygrali goście, którzy wychodzili
na 5:1. Szymon Woźniak wywoził na pierwszym łuku Sajfutdinowa, który upadł, ale
kontaktu między zawodnikami nie było. Sędzia podjął odważną decyzję wykluczając
Sajfutdinowa, bowiem uznał, że ten mógł utrzymać się na motocyklu. Komentatorzy
TV nie byli zdziwieni decyzją arbitra Krzysztofa Meyze i uznali, że ten postąpił
słusznie. Wykluczenie Sajfutdinowa oznaczało jednak, że Stal wygra mecz. Na
pocieszenie gospodarzom, pozostał fakt, że w powtórce Wiktor Lampart podjął
walkę z parą gości, ale ostatecznie nie podołał wyzwaniu, remis w ostatniej
gonitwie ustalił wynik na 50:40 dla gości. Goście do tego stopnia górowali
nad gospodarzami, że ci nie wygrali drużynowo ani razu. Dla zespołu, który
przed rokiem w takim samym składzie stał na podium Ekstraligi, który znów ma
medalowe aspiracje i który nie dalej jak miesiąc temu odjechał świetne spotkanie
z wrocławianami, było to prawdziwym powodem do wstydu. Gorzowianie dodatkowo
zgarnęli punkt bonusowy za zdecydowanie lepszy wynik w dwumeczu (101:79).
Porażka nie komplikowała sytuacji Apatora w tabeli, ale styl w jakim zespół
uległ rywalowi przyniósł wielkie rozczarowanie publiczności, coraz liczniej
zasiadającej na trybunach MotoAreny. Przegrana ta potwierdziła, że postawa
zespołu w ostatnich meczach powinna dać wiele do myślenia. Najbardziej
zastanawiająca była postawa Patryka Dudka, który można powiedzieć był ojcem
porażki z gorzowską Stalą. Gdy wydawało się, że Polak wszystkie problemy ma już
za sobą, to znów dały o sobie znać odwieczne problemy. Dudek jechał po prostu
źle. Nie wygrywał startów, był wolny i jeździł chaotycznie. Nawet
dwudziestojednoletni Jakub Stojanowski znalazł na niego sposób i zabawił się z
byłym wicemistrzem świata. Sztab szkoleniowy Apatora miał zatem niemałą
zagwozdkę, bo drużynie ewidentnie należał się sportowy wstrząs.
Niestety
wstrząs był chyba za słaby, a na domiar złego przed kolejnym meczem w Lesznie na
toruński klub, a w zasadzie na toruńskich kibiców, Ekstraliga Żużlowa nałożyła
karę w postaci wyjazdowego zakaz na mecz drużyny do Leszna. Było to pokłosiem
wydarzeń, jakie miały miejsce podczas derbów w Grudziądzu. Doszło tam do
zamieszek, a finałem tego zdarzenia był zniszczony przez pseudokibiców sektor
gości. Na ile ów zakaz wpłynął na postawę drużyny Aniołów, trudno powiedzieć,
ale Apator okrył się kolejną niesławą, bo nie tylko przegrał mecz 56:34, ale
niemal bez walki mógł stracić również punkt bonusowy. Nie pomógł nawet
powracający na "Smoczyka" Piotr Baron, który jeszcze rok temu prowadził drużynę
z Leszna, miał być dodatkowym atutem w rozszyfrowaniu leszczyńskiej nawierzchni
przygotowanej na to spotkanie. Niestety trener uczył się dopiero współpracy z
zawodnikami i raczej nie do końca potrafił znaleźć patent na ustabilizowanie
formy swoich liderów. Zespół przegrał bowiem cztery z pięciu ostatnich meczów i
zamiast myśleć o walce o złoty medal musiał coraz mocniej martwić się tym, by
nie zająć szóstego miejsca po rundzie zasadniczej. Niestety diagnoza nie była
łatwa, bo choć Apator powinien wygrać ze zdziesiątkowaną kontuzjami Unią, to
mecz wygrała drużyna z charakterem i "Byki" w chwili próby naprawdę się
zjednoczyły i stanowiły jedność, czego nie można powiedzieć o torunianach.
Gospodarze pokazali też, że ostatnie, niezłe występy na wyjazdach nie były
dziełem przypadku. Po zwycięstwie nad Apatorem lesznianie opuścili ostatnie
miejsce w ligowej tabeli, ale ich batalia o utrzymanie Ekstraligi trwała nadal.
W zespole Apatora szybkością motocykli na miarę lesznian momentami dysponowali
tylko Dudek i Lambert. Sajfutdinow, król tego obiektu, który przed laty seryjnie
sięgał z Unią po złote medale DMP, nie był sobą. Wręcz męczył się na motocyklu i
torunianie mogą tylko tylko być wdzięczni Unii, że tak dotkliwie przegrała na
Motoarenie, bo gdyby przyjechali do Leszna z mniejszą zaliczką, to nawet nie
obronili by wspomnianego punktu bonusowego. Niemoc Aniołów obnażała dodatkowo
statystyka, która wydawała się wręcz niemożliwa, ale była prawdziwa. Otóż Apator
Toruń nie wygrał drużynowo biegu przez ostatnie dwa i pół spotkania. Takich
wyścigów uzbierało się aż 38, a przecież nawet najsłabsze drużyny w lidze co
jakiś czas wygrywały biegi, Apator był jednak w takim niewytłumaczalnym
wręcz kryzysie, że nawet z perspektywy czysto statystycznej leżał na łopatkach.
Ciekawostką meczu było również to, że Unia, była najtańszy zespołem ligi i zlała
Apatora, w którym kontrakty dwóch gwiazd były warte więcej niż cała drużyna
Unii. Oto bowiem Emil Sajfutdinow, Robert Lambert i Patryk Dudek skasowali w tym
roku około 3,6 miliona złotych za sam podpis. Ich stawki za punkt przekraczały
10 tysięcy. Z kolei Unia, wszystkim zawodnikom którzy wyjechali do potyczki z
"bogaczami" zapłaciła 1,9 miliona złotych. Oznaczało to, że Apator choć
przegrał, to mecz w Lesznie kosztował go 272.000 zł, z kolei Unię tylko 247.000.
To dodatkowo podkreślało skalę kompromitacji toruńskiej ekipy i pokazało, że
pieniądze nie jadą. Ktoś mógł powiedzieć, że dysproporcje finansowe wynikały
wyłącznie z tego, że gwiazdy Unii (Janusz Kołodziej, Andrzej Lebiediew) byli
kontuzjowani i nie mogli jechać. Trudno jednak brać ich pod uwagę, skoro nie
było ich na torze. Zresztą obecność Lebiediewa (800 tysięcy za podpis i 8
tysięcy za punkt) niewiele by zmieniła, a jedynie Kołodziej mógłby stanowić
konkurencję dla milionerów z Apatora i fakty były takie, że Unia z Apatorem
pojechała składem najtańszym z możliwych.
Od
czwartej kolejki, Apator w pięciu kolejnych meczach wygrał tylko raz. Jednak nie
brak zwycięstw był niepokojący, a wstydliwe porażki. Przegrane w Grudziądzu,
Lesznie, porażka w Toruniu z Gorzowem czy minimalna wygrana z Zieloną Górą na
własnym torze stawiały pytania czy drużynę Aniołów stać na coś więcej niż… w
najczarniejszym scenariuszu nawet obronę przed spadkiem. Niestety w dziesiątej
rundzie zdaniem ekspertów sytuacja punktowa Apatora miała się nie poprawić, bo
do Torunia przyjechał Motor Lublin, lider tabeli, który w ostatnim czasie bił
rekordy, mając na koncie 21 zwycięstw z rzędu.. Apator z kolei pisał niechlubną
serię 38 biegów bez wygranej, miał jednak nadzieję na przełamania nie tylko
fatalnej passy, ale także liczył na dwa ligowe punkty. Dlatego Piotr Baron
wspiąć się na wyżyny w zakresie motywacji zawodników, bo porażka z Motorem mogła
oznaczać dramatyczną walkę o utrzymanie. Mimo niepewności, kibice z Torunia
pamiętali ubiegłoroczny sukces na MotoArenie, gdy Anioły pokonały Lublin 46:44 i
wierzyli, że dopóki ich drużyna walczy ma szansę na pokonanie każdego rywala,
nawet tego który dotychczas nie zaznał porażki.
Mecz rozpoczął się obiecująco dla Apatora. W pierwszym wyścigu na
prowadzenie wyszedł Patryk Dudek, a w kolejnych biegach Emil Sajfutdinow oraz
młodzi zawodnicy pokazali, że potrafią skutecznie walczyć. Po pierwszej serii
Apator prowadził 10:8, co było niespodzianką. W drugiej serii jednak Motor,
korzystając z doświadczenia Lindgrena i Cierniaka, zyskał przewagę. W miarę
trwania zawodów, mecz nabierał emocji. Po serii remisów, Apator zdołał przejąć
inicjatywę dzięki duetowi Lambert-Dudek, który w biegach 9 i 11 zapewnił
prowadzenie 42:38. Mimo to, Motor wciąż walczył, a wynik oscylował wokół remisu,
co dodawało dramaturgii. W biegu trzynastym na starcie pojawili się kluczowi
zawodnicy obu drużyn, ale zakończył się on remisem, a zaskoczeniem była słaba
postawa Bartosza Zmarzlika, który do tej pory nie radził sobie na torze. W
ostatnich gonitwach, Apator starał się utrzymać przewagę czterech punktów, a
kluczowe okazały się występy Sajfutdinowa i Dudka. Zwycięski bieg 14.
potwierdził dominację toruńskiego zespołu, a ostateczny triumf 48:42
przypieczętowali zawodnicy Apatora, kończąc serię Motoru po 399 dniach.
Wygrana była niespodziewaną rehabilitacja toruńskiej drużyny, która pokazała, że
w trudnych momentach potrafi się zmobilizować. A gdy trzech liderów jest
wspieranych przez pozostałych zawodników, każdy z rywali jest do pokonania.
Zwycięstwo miało kluczowe znaczenie dla Apatora i moralnego podejścia zespołu do
kolejnych spotkań. Dwa punkty wywalczone na mocnym rywalu, dawały nadzieję na
lepsze wyniki w kolejnych meczach. Apator udowodnił, że potrafi walczyć, a
Robert Lambert, z 13 punktami na koncie, oraz Emil Sajfutdinow, który pokazał
się z najlepszej strony, stali się bohaterami meczu. Po tej wygranej kibice z
Torunia mogli z nadzieją spoglądać w przyszłość, licząc na kolejne sukcesy.
Po
triumfie nad Drużynowym Mistrzem Polski, Apator, pełen wiary w kolejny sukces,
jechał do Wrocławia. Miejscowa Sparta, podobnie jak
Apator w Ekstralidze, spisywała się poniżej oczekiwań. Choć zajmowała trzecie
miejsce w tabeli, co na papierze nie było najgorszym wynikiem, to diabeł tkwił w
szczegółach. Podopieczni Dariusza Śledzia zdobyli bowiem do jedenastej kolejki
tylko 13 punktów, podczas gdy prowadzący w rozgrywkach Motor Lublin miał aż 21,
co stanowiło przepaść. Mecz z Apatorem Toruń był zatem
dla Sparty okazją do rehabilitacji. Zespół jednak
musiał uporać się z rywalem bez wsparcia Taia Woffindena. Trzykrotny mistrz
świata nadal leczył złamany łokieć i w awizowanym składzie zastąpił go William
Drejer, co stanowiło spore osłabienie, bo nawet jeśli Woffinden spisywał się w
tym roku fatalnie, to na papierze wydawał się większym gwarantem punktów niż
obiecujący Duńczyk. Problemem wrocławian była także falująca dyspozycja liderów,
a zespołowi daleko było do monolitu, jaki stanowił w mistrzowskim roku 2021. Na
domiar złego przed meczem pojawiła się nerwowość, bowiem Maciej Janowski utknął
na lotnisku w Anglii. Zawodnik już o poranku nagrał w mediach społecznościowych
film, w którym wyznał, że utknął na lotnisku po czwartkowym meczu Premiership, a
wszystkiemu winna była globalna awaria spowodowana przez błąd w systemie
zabezpieczeń firmy CrowdStrike. Uziemiła ona wiele lotnisk na całym świecie, a
problemy dotknęły również telewizje i szpitale. Mając w
pamięci ubiegłoroczną rundę play-off, w której Apator nie potrafił wykorzystać
osłabienia Sparty, trudno było powiedzieć, czy Anioły w absencji Janowskiego
upatrywały swojej szansy. Niestety, liderzy toruńskich
"Aniołów" - Robert Lambert, Patryk Dudek i Emil Sajfutdinow - na wyjazdach
jechali w kratkę. Ale Apator miał swoje argumenty, bo zespół kierowany przez
Piotra Barona słabo spisywał się na wyjazdach, czym pod pewnymi względami
przypominał Spartę, jednak ostatnia potyczka z Motorem Lublin podbudowała Anioły
i zwiększyła morale w drużynie. Mecz na Stadionie Olimpijskim miał dać odpowiedź
na pytanie, czy tacy żużlowcy jak Dudek i Lambert ustabilizowali swoją
dyspozycję na wysokim poziomie. Przed meczem wszyscy mówili o Wiktorze
Lamparcie, który otrzymał ostrą trenerską reprymendę, dającą do zrozumienia, że
żarty się skończyły. Spotkanie od pierwszego wyścigu
obfitowało w mijanki, a Anioły od pierwszych metrów biegu inauguracyjnego
pokazały, że nie przyjechały do Wrocławia po kolejną porażkę i zamierzają stawić
czoła wicemistrzom Polski. Z biegiem czasu gospodarze
zaczęli dochodzi do głosu i wypracowali sobie bezpieczną przewagę, a Apator
skupił się na obronie punktu bonusowego, którego losy rozstrzygnęły się w
trzynastym wyścigu, który żużlowcy z Torunia rozstrzygnęli podwójnie na swoją
korzyść. Start biegu nie wyglądał optymistycznie dla gości, bowiem spod
taśmy wystrzelił Kowolik i miał chrapkę na coś więcej. Młody zawodnik próbował
atakować Lamberta, robiąc tym samym miejsce Sajfutdinowowi i blokując także
Janowskiego. Ostatecznie Anioły przechyliły szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Podwójna wygrana wlała jeszcze nadzieję na zwycięstwo dla przyjezdnych. Jednak w
biegach nominowanych nie było sensacji, bowiem w biegu czternastym Sajfutdinow
szybko uporał się z rywalami, licząc na to, że w jego ślady pójdzie Wiktor
Lampart. Niestety, dwudziestotrzylatek kompletnie został w tyle, co zapewniło
zwycięstwo Sparcie. Na zakończenie meczu swoje umiejętności zaprezentował Artiom
Łaguta, pewnie wygrywając ostatnią gonitwę, a o biegowy punkt ciekawą walkę
stoczyli Dudek i Bewley, w której to Polak okazał się lepszy, ale to Sparta
wygrała mecz 48:42 i choć Apator przegrał, to pokazał się z dobrej strony.
Niepokój mogła budzić jednak dysproporcja pomiędzy liderami zespołu, a resztą
składu. Wystarczy powiedzieć, że trio Patryk Dudek - Robert Lambert - Emil
Sajfutdinow zdobyło w tym starciu aż 35 punktów z sześcioma bonusami, podczas
gdy czwórka pozostałych żużlowców uzbierała zaledwie siedem "oczek".

Do
meczu z Włókniarzem Częstochowa Anioły przystępowały pełne optymizmu i nadziei
na kolejne ligowe punkty. Było to pokłosie dwóch
ostatnich meczów, które dawały nadzieję na triumf nad tracącymi formę Lwami spod
Jasnej Góry. Jednak ekipa z Częstochowy również potrzebowała punktów i bardzo
mocno przypominała ekipę z Torunia. Co roku pod Jasną Górą budowano ciekawy
skład i pojawiały się wielkie oczekiwania, a efekt na torze przeważnie nie był
taki, jakby każdy sobie życzył. W roku 2024 było dokładnie tak samo.
Częstochowianie miewali lepsze momenty, ale jednocześnie w ich obozie nie
brakowało wielu rozczarowań. Z perspektyw rosnących w siłę torunian ekipa Lwów
wydawała się wygodnym rywalem, na którym można było zapewnić sobie kolejne
korzystne rozstrzygnięcie. Jednak podopieczni Piotra Barona musieli zachować
czujność, bo częstochowianie nie raz pokazali, że doskonale czują się na
Motoarenie. Zatem bezpośredni pojedynek takich ekip musiał być interesujący.
Obie drużyny dzielił tylko 1 punkt meczowy, ale Włókniarz Częstochowa zajmował
7. miejsce w tabeli, mając na koncie 9 punktów. Z kolei Apator z 10 oczkami był
na pozycji 5. Wygrana którejkolwiek ekipy za 3 punkty była zatem kluczowa, aby
awansować na bezpieczne miejsce premiowane udziałem w fazie play-off.
Przed meczem działacze postanowili dać kibicom dodatkowy powód do
zadowolenia, bowiem jeszcze przed pierwszym zwolnieniem taśmy startowej
zaprezentowano specjalny klip, w którym Patryk Dudek zakomunikował swoją
przynależność do Aniołów również w roku 2025, mówiąc: "Siemanko, widzimy
się za rok na Motoarenie". Był to prawdziwy sukces miejscowych działaczy, bo
reprezentant Polski znajdował się w dobrej formie i był łakomym kąskiem dla
innych klubów na giełdzie, a zwłaszcza dla zielonogórskiego Falubazu, który miał
bardzo realne szanse na utrzymanie miejsca w gronie ekstraligowców i po cichu
budował kadrę na następny sezon. Dla "Duzersa" miał to być zatem 4. sezon w
barwach, a wielu nie wyobrażało sobie Aniołów bez tego zawodnika.
Zanim jednak tablica wyników pokazała końcowe rozstrzygnięcie,
spotkanie obfitowało w emocje, i to nie tylko te sportowe.
W pierwszej serii startów wszystkie biegi indywidualnie wygrywali
gospodarze, pokazując swoją moc. Jednak na początku drugiej serii goście z
Częstochowy odpowiedzieli mocnym uderzeniem. Jadący z rezerwy taktycznej Leon
Madsen w parze z Kacprem Woryną zdołali wygrać 5:1, niwelując stratę do zaledwie
dwóch punktów. W drugiej połowie meczu kibice otrzymali kontynuację wielkich
emocji. Ze startu w biegu ósmym lepiej wyszli goście, jednak Emil
Sajfutdinow porozstawiał rywali, co umożliwiło Antoniemu Kawczyńskiemu objęcie
trzeciej pozycji. Remisowa czwarta seria startów podtrzymała czteropunktową
przewagę Aniołów, a wynik przed decydującymi rozstrzygnięciami wynosił 41:37.
Pierwszy z biegów nominowanych przyniósł czwarty z rzędu remis. Przed
ostatnim biegiem było już wiadome, że Częstochowa obroniła bonus, a Toruń nie
przegrał meczu. Jednak wciąż możliwy był remis. Nic więc dziwnego, że na
zakończenie oglądaliśmy doskonałe ściganie. Dudek popisał się doskonałym
startem, a na samym końcu znalazł się Sajfutdinow, który jednak nic sobie z tego
nie robił. Najpierw uporał się z Michelsenem, a na trzecim okrążeniu ograł także
Leona Madsena. Gospodarze triumfowali ostatecznie 49:41 (a Włókniarz w dwumeczu
zwyciężył różnicą jednego punktu).
Po meczu o Apatorze mówiło się
najwięcej o doskonałej postawie toruńskich juniorów. Niestety sukces Antka
Kawczyńskiego, który został "juniorem meczu" przyćmiły
pomeczowe emocje w szeregach gości, bowiem tuż po ostatnim wyścigu Madsen i Michelsen
rzucili się na siebie z pięściami. Obu jeźdźców trzeba było rozdzielać.
Kamery telewizyjne pokazały, jak Madsen trzyma się za bok głowy w okolicach
ucha.
- To nie była sprzeczka, to była regularna bójka z uszkodzeniami i
pięściami. Obaj Duńczycy rzucili się do siebie niemal od razu, jak zjechali
do parkingu. Wyskoczyli z motocykli i rzucili się na siebie, tak samo ich
teamy. Widziałem na ostatnim kółku, że Michelsen kiwał głową i miał
pretensje do Madsena, ale to była regularna, bokserska walka - przekazał
Łukasz Benz. Oczywiście sprawa miała swój ciąg dalszy, bo duński gwiazdor
przekazał sprawę policji, a wyjaśnieniem zajęła się również Komisja Orzekająca Ligi,
która ukarała trzymiesięcznym zakazem
przebywania w parku maszyn podczas zawodów ligowych w Polsce, członka teamu Mikkela Michelsena.


Drugi
derbowy pojedynek, był dla Apatora okazję do rewanżu, bowiem w pierwszej
potyczce w Grudziądzu Anioły dały dużą plamę.
Ta wygrana tchnęła w zespół "Gołębi" nadzieję, że mimo straty Jasona Doyla
nie wszystko
musi być stracone i gdy do składu wskoczył wspomniany Jensen i z początkiem
sierpnia, grudziądzanie zajmowali piąte miejsce w tabeli z realnymi szansami
na awans do fazy play off, a nie na spadek, jak wieszczyli przedsezonowi
eksperci.
Postawa rywala nie robiła wrażenia na Apatorze, który podobnie jak w
maju, stawiany był w roli faworyta nie tylko do wygrania meczu, ale do
zgarnięcia całej puli meczowej wraz z bonusem. W Toruniu nikt nie krył też
oczekiwań co do potyczki z lokalnym rywalem, bo choć zespół był na fali
wznoszącej, to wciąż musiał bić się o miejsce w czołowej szóstce, mając
jednocześnie zakusy na zajęcie przynajmniej czwartego miejsca by uniknąć w
pierwszej rundzie play-off najgroźniejszych wywali z Lublina lub Wrocławia.
Piotr Baron znając wartość punktów wywalczonych na GKM-ie, zaryzykował i
odstawił od podstawowego składu będącego w słabej dyspozycji Wiktora
Lamparta, za którego w awizowanym zestawieniu do walki desygnował Andersa
Rowe. Co prawda Polak pojawił się na rezerwie i ostatecznie nie można było
wykluczać, że Wiktor pojawi się na torze, ale nie zmieniało to faktu, że
decyzją tą trener pokazał, że ma dość nie do końca przekonywujących
tłumaczeń i liczył na to, że zawodnik odstawiony od składu, zdobędzie się na
głębszą refleksję na temat swojej kariery.
Zanim jednak doszło do emocji sportowych, przed kasami toruńskiej MotoAreny,
dla około 200 fanów z Grudziądza zabrakło wejściówek. Nie spodobało
się to działaczom GKM-u, którzy postanowili wydać oświadczenie i wyrazić
swój sprzeciw wobec takiego stanu rzeczy, a gorzkich słów nie szczędził nawet
sam prezes.
Ostatecznie trybuny na Motoarenie wypełniły się może nie do ostatniego
miejsca, ale z pewnością był to widok, którego dawno w Grodzie Kopernika nie
widziano. Nikogo jednak to nie dziwiło, bo jak wspomniano mecz miał swoją
sportową stawkę w której zwycięzca praktycznie gwarantował sobie udział w
fazie play-off. Niestety GKM tylko pół meczu dotrzymywał kroku Apatorowi,
który prowadzony przez nieomylnego Roberta Lamberta, wygrał za trzy punkty,
zapewniając sobie udział w fazie play-off. Grudziądzan z kolei czekało
jeszcze jedno spotkanie, w którym z własnego toru musieli odprawić bez
punktów Włókniarza Częstochowa i czekać na układ pozostałych pojedynków.
Po meczu
na ustach toruńskich kibiców był Anders Rowe, który udanie zastąpił Wiktora
Lamparta, czym spłacił kredyt zaufania jakim obdarzył go Piotr Baron.
Nieopierzony rudowłosy Brytyjczyk z przeciętną średnią 1,755 pkt/bieg w
rozgrywkach U-24 pokazał tym samym, że ma spory potencjał i potrzebuje
trenerskiego oka i dobrego sprzętu.
W meczu jednak klasą dla samego siebie był jednak Robert Lambert zdobywca
kompletu punktów i wiele wskazywało na to, że to nie Emil Sajfutdinow, a
właśnie Robert Lambert będzie najskuteczniejszym żużlowcem Apatora w sezonie
2024. Brytyjczyk, bowiem nie tylko w tym meczu, ale również we wszystkich
wcześniejszych zazwyczaj jechał bardzo równo i regularnie dokładał okazałe
zdobycze do dorobku drużyny. Na kolejkę przed końcem rundy zasadniczej
legitymował się średnią 2,261 pkt/bieg i zajmował czwarte miejsce na liście
sklasyfikowanych jeźdźców ekstraligi.
Co ciekawe, poprzedni taki wyczyn żużlowca z Norwich miał miejsce trzy lata
temu. Wtedy torunianie też mierzyli się z GKM-em, ale spotkanie było
rozgrywane w Grudziądzu. Dzięki Lambertowi Apator zdołał zremisować to
starcie. Ostatni komplet z bonusami zawodnik zdobył z kolei w poprzednim
sezonie, gdy w 13 kolejce był bezbłędny w rywalizacji z Wilkami
Krosno.
Przed
ostatnią kolejką rundy zasadniczej w tabeli mogło jeszcze wiele się
wydarzyć. Tylko Motor Lublin wiedział, które miejsce zajmie po czternastu
meczach w sezonie. Pozostałe siedem drużyn ciągle miało, o co jechać i o
czym myśleć. Blisko drugiego miejsca była Stal Gorzów, ale jej pozycja zależała od
pojedynku trzeciej w tabeli Sparty Wrocław ze wspomnianym Motorem. Gdyby
Dolnoślązacy nie wygrali z lubelakami, to gorzowski zespół bez względu na
wynik swojego spotkania, miał przystąpić do play-off z drugiej pozycji.
Jeżeli jednak Sparta, wygrałaby za dwa punkty, miałaby tyle samo punktów co
Stal, ale zdobyty bonus premiował ją do wyższego miejsca. Dlatego
gorzowianie, żeby nie spaść na trzecią lokatę, musieli w niedzielę w Lesznie
obronić bonus. Jednak gdyby wrocławianie zdobyli trzy "oczka", Stali musiała w
Wielkopolsce walczyć o remis.
Spartę w tabeli wyprzedzić mógł również Apator Toruń, który wybierał się w
podróż do Zielonej Góry na konfrontację z Falubazem. Na ziemi lubuskiej
torunianie chcieli obronić dwupunktowej zaliczkę z Motoareny, jednak nie był
o warunek koniczny, bo awans na trzecie miejsce dawał "Aniołom" również
remis pod warunkiem, że Spartanie przegraliby z Motorem. Zdobycie pełnej
puli na beniaminku, pozwoliłby torunianom przeskoczyć wicemistrza kraju,
gdyby ten zdobył tylko jeden punkt. Anioły przy przegranej w Zielonej Górze
miały też perspektywę
spadku na pozycję piątą, ale w Grudziądzu zwycięstwo musiał odnieść
Włókniarz. Jeżeli drużyna częstochowska, nie wzięłaby całej puli trzech
punktów w batalii z GKM-em, to Apator mógł spokojnie przygotowywać się do
pojedynku z trzecią drużyną w tabeli.
Od piątego miejsca w dół sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana i
mało prawdopodobna.
Włókniarza i zamykającą stawkę Unię dzieliły tylko trzy punkty. Należało
jednak pamiętać, że to "Lwy" były już niemal pewne utrzymania w Ekstralidze,
bo tylko totalny kataklizm przy liczeniu punktów biegowych mógł doprowadzić
do zajęcia miejsca za GKM-em i Falubazem oraz Unii. Częstochowianie jednak
wciąż mogli wypaść ze strefy play-off, a stać się tak mogło, gdyby
grudziądzanie zgarnęli pełną punktową pulę, a Falubaz odprawiłby Apatora bez
oczka meczowego. Tak więc Lwy musiały wywalczyć bonus, aby wypchnąć GKM z
TOP6.
Jeszcze bardziej sytuacja komplikował się dla drużyn w strefie spadkowej,
bowiem konieczne było tworzenie małej tabeli z udziałem trzech drużyn, w
której brane były pod uwagę bezpośrednie spotkania pomiędzy nimi (bez
liczenia bonusów, zgodnie z art. 704 pkt 2. Regulaminu DMP). W dywagacjach
tych najbardziej realny był scenariusz w którym spadała Unia Leszno, a do
play-off rzutem na taśmę wjeżdżał GKM i Falubaz pozbawiając częstochowskich
kibiców emocji w najważniejszej części sezonu.
Na szczęście dla bezpiecznego w tabeli Apatora mającego pewne czwarte miejsce,
dywagacje te nie miały większego znaczenia, jednak to co wydarzyło się na
brytyjskich torach miało kolosalne znaczenie dla kolejnych meczów. W meczu
pomiędzy Sheffield Tigers a Ipswitch Witches, który odbywał się na
trudnej nawierzchni. Tygrysy - mistrzowie Premiership - wyrwały rywalowi w
samej końcówce ustalając wynik na swoją korzyść 46:44. Ciężkie
warunki pogodowe i co za tym idzie torowe w lidze brytyjskiej były chlebem
powszednim. Zawodnicy byli na takie warunki przygotowani, dlatego w meczu nie
było upadków, ale po wpadnięciu w
dziurę z nawierzchnią zapoznał się Chris Holder bardzo dobrze znający owal
na Owlerton Stadium. Znacznie bardziej groźna kraksa miała jednak miejsce na
sam koniec niezwykle zaciętych zawodów. W piętnastym wyścigu
o pierwsze miejsce rywalizowali liderzy obu ekip. W pierwszej odsłonie biegu
prowadził Jack Holder, którego atakował Emil Sajfutdinow. Na prostej
przeciwległej do startu Baszkir, jadąc w doskonale sobie znanym stylu
określanym "beczką śmierci", zahaczył o ogrodzenie i zaczął tracić kontrolę
nad motocyklem. Po chwili, na drugim łuku, wpadł z impetem w dmuchaną bandę,
odbijając się od niej. Wtedy najechał na niego będący na trzeciej pozycji
Chris Harris. "Bomber" nie miał szans ominąć rywala i doszło do potężnej
kraksy. Do Sajfutdinowa natychmiast wyjechała karetka. Zawodnik został
wniesiony na noszach do pojazdu, unosząc w górę rękę, by dać do zrozumienia
kibicom, że jest świadom tego co się stało.
To stawiało lubuskiego rywala Apatora w znacznie lepszym położeniu. Beniaminek już przed
spotkaniem, był cichym faworytem, ale przy niedyspozycji jednego z liderów
Apatora żółto-biało-zieloni mieli wygraną w swoim zasięgu, a co za tym idzie
awans do play-off. Zwłaszcza, że GKM Grudziądz wysoko wygrał z Włókniarzem
Częstochowa 60:30 i MotoMyszy miały wszystko w swoich rękach w starciu z
Aniołami. Ostatecznie spotkanie
zakończyło się wynikiem 46:44, a to oznaczało remis w dwumeczu 90:90 i brak
punktu bonusowego dla którejkolwiek z drużyn. I choć Apator przegrał, to miał powody do radości, bo pod
nieobecność jednego z liderów pokazał świetny żużel i w końcówce sezonu mógł
odświeżyć w sercach kibiców medalowe aspiracje.
Niestety kibice Falubazu nie stanęli na wysokości zadania i w niecenzuralny
sposób potraktowali Patryka Dudka, który przed 2022 r. podpisał kontrakt z
Apatorem Toruń. Dla trzydziestodwulatka była to trudna decyzja, bowiem Falubaz
Zielona Góra znalazł się na rozdrożu i musiał pożegnać się z Ekstraligą,
spadając na jej zaplecze. Wychowanek klubu spod znaku myszki Miki poszedł za
głosem rozsądku, licząc na to, że kibice zrozumieją jego decyzję. Ci jednak nie
zrozumieli swojego byłego lidera i Już na prezentacji przedmeczowej dało się
wyczuć niechęć trybun do zawodnika, którego przywitały potężne gwizdy. W trakcie
meczu okazało się, że Dudek po czterech startach miał 5 punktów z dwoma
bonusami, co sprawiło, że mógł wystąpić w czternastym biegu, który wygrał.
"Duzers" po
zakończonym biegu postanowił podziękować kibicom, pozwalając sobie na
dodatkowe okrążenie, pozdrawiając wszystkich zielonogórskich fanów.
Niestety, niektórzy z nich postanowili odwdzięczyć się w karygodny sposób.
Momentalnie zaczęli rzucać w żużlowca Apatora plastikowymi kubkami po napojach. To jednak
dla niektórych pseudokibiców było za mało, bo trybuna "K" zarzuciła ordynarną i
obrzydliwą przyśpiewkę, a po meczu zielonogórscy troglodyci zniszczyli bus
zawodnika. Niestety był to nie pierwszy "wyczyn" związany z
kibicami Falubazu, którzy wraz z awansem swojej drużyny do Ekstraligi, pozostali w
żużlowej szkółce.
Na koniec należy wspomnieć, że po trzynastu kolejkach szeregi ekstraligowców
opuścił osiemnastokrotny drużynowy mistrz Polski Unia Leszno, która po 27
latach jazdy wśród najlepszych doznała goryczy spadku.
Dla klubu z Wielkopolski to ogromny zawód i dla obecnego pokolenia jego
kibiców sytuacja bezprecedensowa. "Biało-niebiescy" jeździli na najwyższym
poziomie nieprzerwanie od 1997 roku. Z pośród stawki ścigającej się w
sezonie 2024 w ekstralidze, nikt nie ścigał się dłużej. Unia jeszcze
niedawno była prawdziwym hegemonem Ekstraligi. W latach 2017-2020 zdobywała
w niej seryjnie złote medale. Wcześniej na szczycie była też choćby w latach
2007, 2010 i 2015. Od czasu utraty tytułu wypadła z czołówki ligowej i
zaczęła zajmować głównie miejsca w drugiej części tabeli. W roku 2024 była
wymieniona w gronie tych, którzy mieli bić się o utrzymanie i biła się, ale
mocno przeszkadzały jej liczne kontuzje kluczowych zawodników. Dla lesznian nie był to jednak pierwszy spadek, bo poprzedni miał miejsce w
1994 roku. Wówczas na niższym szczeblu lesznianie spędzili dwa sezony i
powrócili na salony.

Dla
Apatora leszczyńska degradacja nie była
jednak problemem, bo drużyna
pewnie awansowała do play-off już na dwie kolejki przed końcem rundy
zasadniczej i tak jak cztery zespoły z dolnej części tabeli, nie musiała
drżeć o to czy zakończy rozgrywki w już w sierpniu.
Niestety w kolejnej fazie rozgrywek zespół miał jechać wyraźnie
osłabiony, a Piotr Baron pod nieobecność Emila Sajfutdinowa, zdecydował
się korzystać z zastępstwa zawodnika.
Miał jednak "dwóch i pół" jeźdźca na równorzędnym poziomie, a to
sprawiało, że margines
błędu w pierwszej batalii z gorzowianami był bardzo mały. Na barkach Patryka Dudka,
którego czekały trzy pojedynki z Martinem Vaculikiem, Roberta Lamberta i
Pawła Przedpełskiego spoczywała jeszcze większa odpowiedzialność.
Dlatego całosezonowy kredyt zaufania i cierpliwość trenera musiał zacząć
spłacać Wiktor Lampart, który powracał do składu, po dyscyplinującym
zastępstwie przez Andersa Rowe’a.
Niestety w meczu zawiodła albo trenerska taktyka, albo zawodnicy Apatora nie
stanęli na wysokości zadania i nie wpisali się w taktyczną myśl trenera. Anioły poległy po raz drugi w sezonie ze Stalą
i to na domowym torze, a Stal tym samym napisała historię na Motoarenie, odnosząc drugie w
roku 2024 zwycięstwo i stała się pierwszą taką drużyną
odkąd wzniesiono toruński obiekt. Gorzowianie bezlitośnie wykorzystali fakt,
że po stronie "Aniołów" zabrakło jednego z liderów i prowadzili od
pierwszego do ostatniego wyścigu wieczoru, triumfując 48:42.
Nic więc dziwnego, że w drużynie Apatora były minorowe nastroje. Zawiódł
praktycznie każdy. Analizując jednak pozostałe dwa mecze ćwierćfinałowe,
porażka nie skreślała Aniołów z dalszej rywalizacji o medale. Nikt nie miał
wątpliwości, że w półfinale nie wystartuje Falubaz, który przegrał u siebie
35:54 z Motorem, a na domiar złego kontuzja Jarosława Hampela przekreślała
wszystkie marzenia o nawiązaniu walki w rewanżu. W tej sytuacji wykluczyć
Apator mógł jedynie GKM Grudziądz, którzy w przeciwieństwie do lokalnego
rywala miał do rozegrania rewanż na własnym torze i w starciu z wrocławską
Spartą nie był bez szans na tzw. najlepszego przegranego.

Po spotkaniu do kibiców wyszedł Paweł Przedpełski i pożegnał się z kibicami nie tylko po meczu, ale na dłużej. Potwierdziły się bowiem doniesienia o zmianie barw klubowych przed toruńskiego kapitana, który postanowił zejść szczebel niżej, by odbudować swoją formę. Jego wybrańcem stał się klub z Rzeszowa, który z Taiem Woffindenem wyrastał na faworyta ekstraligowego zaplecza i mógł realnie przeszkodzić w szybkim awansie, tegorocznemu spadkowiczowi Unii Leszno. Przedpełski, ścigał się w barwach macierzystego klubu od 2012 roku z małą przerwą w latach 2019-2020, gdy Anioła zamienił na częstochowskiego Lwa. Ostatnie dwa sezony nie należy jednak do udanych dla dwudziestodziewięciolatka, którego średnia po sezonie 2024 wynosiła 1,371 punktu na bieg. Choć kibice byli rozczarowani jego formą, Paweł zawsze mógł liczyć na ich wsparcie na MotoArenie, a lepsze występy na wyjeździe sprawiały, że na trybunach odżywał kult wychowana punktującego rywali. Niestety choć w ostatnich meczach zawodnik zanotował przebłysk lepszej dyspozycji, to nie wpłynęło na jego sytuację w klubie i zmianę decyzji odnośnie rozstania, które było uzgodnione przez strony znacznie wcześniej. W pomeczowej mix-zonie na antenie TV zawodnik potwierdził, że w sezonie 2025 nie wystartuje w kevlarze Apatora Toruń.
Po
pierwszy meczu ćwierćfinałowym, Anders Thomsen nie krył satysfakcji z tego,
że po dwóch ostatnich latach wreszcie Stal może wystartować w pełnym
składzie w fazie play-off. Niestety
tego samego nie mógł powiedzieć trener Apatora. Jednak takiego scenariusza w rewanżowych meczach ćwierćfinałowych
nie spodziewał się chyba nikt. Pewniakami do awansu byli po
pierwszych meczach Motor Lublin i Stal Gorzów. Te dwie drużyny, po wygranej
na wyjeździe w meczach na własnym torze dopełniły formalności. Zagadką było
więc wyłonienie zespołów numer trzy i cztery. Sparta Wrocław wydawała się
niezagrożona, bo nawet przy przegranej miała zwycięstwo odniesione na
własnym terenie. Zatem kwestia lucky loosera miała rozstrzygnąć się na
Kujawach i Pomorzu, gdzie wszyscy spodziewali się, że GKM wygra ze Spartą i
w ten sposób zapewni sobie awans. Kwestią sporną miały być rozmiary
ewentualnego zwycięstwa. Tymczasem wrocławianie kapitalnie weszli w mecz i
szybko udowodnili, że tego dnia chcą wygrać i bez niepotrzebnych nerwów
wywalczyć przepustkę do półfinału. W Grudziądzu zrobiło się nerwowo.
Perfekcyjnie działająca do tej pory maszynka grudziądzka wyraźnie się
zacięła. Miejscowi przegrywali starty, a później byli bezradni. Nie dość, że szanse na wygraną z każdym
biegiem odjeżdżały, to na domiar złego nad wyraz dobrze w Gorzowie radził
sobie Apator Toruń. Tak więc rywalizacja na linii GKM i Apator zrobiła się
niezwykle emocjonująca i w kontekście lucky loosera liczyły się małe punkty,
czyli suma zdobytych punktów w dwumeczu. Obie drużyny szły cios za ciosem.
Telefony w obozach grudziądzkich i toruńskich grzały się do czerwoności, bo
każdy nerwowo sprawdzał wyniki obu meczów. Gdy swoją rywalizację zakończył GKM,
radości w Grudziądzu nie było - tylko wyczekiwanie, co zrobi w Gorzowie w
piętnastym wyścigu Apator. Tam jednak wystrzałowa para Robert Lambert -
Patryk Dudek przywiozła zwycięstwo 4:2 i w dwumeczu obie drużyny uzbierały
po 81 punktów i choć historia brzmi niewiarygodnie, to awans wywalczyli
torunianie, bo po rundzie zasadniczej zajęli wyższe miejsce w tabeli.
W Grudziądzu z kolei była rozpacz, bo olbrzymia szansa na walkę o medale
uciekła dosłownie sprzed nosa. Apator zaś dokonał niemożliwego awansując
dalej bez kontuzjowanego Sajfutdinowa i w półfinale miał zmierzyć się tak
jak przed rokiem z Motorem Lublin, ale do składu miał już wrócić Baszkirski
wojownik, co przy rosnącej formie Patryka Dudka, równej dyspozycji Roberta i
nie najgorszej postawie Pawła Przedpełskiego wieszczyło
kolejne niemałe emocje.
I
emocje były ogromne, bowiem żużlowa część mieszkańców grodu Kopernika,
marzyła o awansie do wielkiego finału, ale
nawet gdyby ta sztuka się nie udała, to po sezonie pełnym problemów sprzętowych
i drobnych kontuzji walka o brąz też rozpatrywana była w kategoriach sukcesu.
Tak więc Apator miał swoje problemy i nie był drużyną idealną, ale sprzyjało
mu szczęście, które mimo różnych słabości i gorszych momentów na przestrzeni
całego sezonu, potrafił wykorzystać wspinając się na sportowe wyżyny, by
osiągnąć korzystne wyniki.
W półfinale play-off nie było już jednak szczęśliwych przegranych, a do tego
wszystkie cztery drużyny mogły zaskoczyć swoich rywali i stać się
zaskakującym zwycięzcą lub przegranym. Zatem żarty się skończyły i każdy
wiedział, że w dwumeczu trzeba z toru podnieść więcej małych punktów by
walczyć o medal. Do Apatora jednak ponownie uśmiechnęło się szczęście, bo na
mecz z Motorem Lublin sztab szkoleniowo-menadżerski miał mieć do dyspozycji
swoje największe armaty z Emilem Sajfutdinowem na czele, który wykorzystał
dłuższą przerwę pomiędzy pierwszym kolejnymi rundami play-off na intensywną
rehabilitację. Niestety w składzie miało zabraknąć Wiktora Lamparta, który
po upadku w Gorzowie przeszedł zabieg złamanej kości w okolicach obręczy
barkowej i wiadomym było, że sezon dla niego dobiegł końca. Torunianie mieli jednak przygotowaną opcję rezerwową o czym poinformował toruński
trener: "To koniec sezonu dla Wiktora i oczywiście, że jest to dla nas duża
strata w kontekście półfinałów. Obecnie nie bierzemy już pod uwagę żadnego
transferu z zewnątrz, bo na rynku brakuje wartościowych zawodników, a my
mamy już sprawdzonego Andersa Rowe'a". Zmiana ta nie musiała jednak oznaczać osłabienia, bo choć Brytyjczyk miał
niewielkie doświadczenie w walce na najwyższym szczeblu, to w 2024 roku,
dostał już trzy szanse, a w meczu przeciwko GKM-owi zdołał zdobyć osiem
punktów, czym udowodnił, że nie boi się walki z najlepszymi.
Czy w tej sytuacji Apator miał szansę nawiązać walkę z Motorem? Absolutnie
tak, ale kluczową sprawą była dyspozycja Emila Sajfutdinowa, bez którego o sukces choćby w meczu u siebie mogło być
niezwykle ciężko. Ponadto znacznie większą odpowiedzialność musiał
na siebie wziąć Paweł Przedpełski, który po ostatnim meczu w Gorzowie miał
sporo do udowodnienia.
Rywal Aniołów jednak miał też swoje problemy, bo oprócz tego, że nie czuł
się pewnie na MotoArenie, gdzie przegrał jeden z dwóch meczów w rundzie
zasadniczej, to Wiktor Przyjemski w zawodach DMPJ nabawił się urazu kostki i
jego występ stanął pod znakiem zapytania. Do Lublina ściągnięto najlepszych
rehabilitantów, którzy mieli zadbać o zdrowie zawodnika, który oprócz tego,
że był kluczowym jeźdźcem "Koziołków", walczył również o IMŚJ. Problemem
trenera Macieja Kuciapy mogło być też to, że aż czterech żużlowców Motoru
dzień przed meczem w Toruniu, ściągało się w Grand Prix Łotwy w Rydze, co
mogło przełożyć się na zmęczenie długą podróżą. Lubelski Sztab szkoleniowy
zachowywał jednak spokój i trzymał się żelaznego
zestawienia meczowego licząc, że ich podopieczni zaprezentują się znacznie lepiej
niż w rundzie zasadniczej.
Tak się jednak nie stało, bo Apator sprawił niespodziankę i pokonał po raz
drugi w sezonie Motor, ale tym razem uczyło to w zdecydowany sposób. Pierwsza
połowa meczu należała jednak do gości i gdy wydawało, że Koziołki tak jak w poprzednich meczach zaczną punktować
rywala i wejdą na swój wysoki poziom, Apator niespodziewanie zniwelował
straty w wyścig numer siedem i wiedział, że aby myśleć o finale musi wypracować co najmniej
dwucyfrową zaliczkę przed rewanżem. Dlatego Lambert i Sajfutdinow po starcie
do poprzedzającego gonitwy nominowane, nie pozostawali ani krzty nadziei Zmarzlikowi i Lindgrenowi. To sprawiło, że Torunianie byli w komfortowej
sytuacji przed dwoma ostatnimi biegami, bo mieli w swoim składzie cztery
armaty: Dudka, Lamberta, Przedpełskiego i Sajfutdinowa, któzy zdobyli 40 z 41 punktów
dla swojej drużyny i stanęli przed szansą, by tę przewagę jeszcze
powiększyć, bo lublinianie męczyli się niemal przez cały mecz i w ich
szeregach tylko Dominik Kubera zasługiwał na pochwałę. Gdy sędzia zwolnił taśmę do biegu numer czternaście, Dudek i Przedpełski
doprowadzili MotoArenę do szaleństwa, bo najpierw toruński wychowanek
skutecznym manewrem przy krawężniku wysforował się na prowadzenie, a kilka
chwil później Dudek jadący za Lindgrenem i Przyjemskim, skuteczną szarżą po zewnętrznej części toru
dołączył do kolegi z drużyny.
Wybuch euforii w Toruniu maiła dopiero nastąpić, bo w zanadrzu był wyścig
piętnasty. A w nim od krawężnika ustawili się: Robert Lambert, Bartosz
Zmarzlik, Emil Sajfutdinow i Dominik Kubera. Po zwolnieniu taśmy cała czwórka równo wyszła ze
startu, ale na wyjściu z pierwszego wirażu wszystko układało się na 4:2 dla
gospodarzy. Sajfutdinow jednak nie odpuścił Zmarzlikowi i już na drugim
wirażu wjechał przed mistrza świata.
To był też moment, w którym Rosjanin z polskim paszportem wykazał się
niesamowitym refleksem, bo na wyjściu z drugiego łuku postawiło jadącego
środkiem toru Lamberta, który niechcący wjechał w ścieżkę swojego
klubowego partnera.
Ten jednak momentalnie przyciął do wewnętrznej części toru i dzięki temu nie
doszło do fatalnej kraksy. - Co za opanowanie i kontrola motocykla. To jest
absolutne mistrzostwo świata, co zrobił Emil Sajfutdinow - krzyczał
komentator Michał Korościel. Ostatecznie Apator odprawił mistrza Polski z
dwunastopunktowym bagażem stresu przed meczem rewanżowym i sukces ten rozpatrywany był w kategoriach małej
sensacji, a jednym z wielu, którzy nie spodziewali się tak dobrego występu
toruńskich aniołów był komentator stacji Eleven Sports, Michał Korościel,
który w związku z wynikiem meczu w Toruniu musiał puścić na antenie Radia
ZET znaną przyśpiewkę kibiców z miasta Krzyżaków. Aby dobrze zrozumieć to,
co wydarzyło się na antenie Radia Zet, trzeba cofnąć się aż do 4 września.
Wtedy podczas dyskusji w mediach społecznościowych Michał Korościel obiecał
jednemu z użytkowników, że puści na antenie radia przyśpiewkę toruńskich
kibiców, jeśli Apator wygra z Motorem Lublin ci najmniej 50-40. W tamtym momencie
komentator uznał, że Apator powinien to spotkanie wygrać, ale w znacznie
skromniejszym wymiarze. Rzeczywistość zweryfikowała jego słowa, bo torunianie pokonali Motor, aż
dwunastoma oczkami. A skoro słowo się rzekło, to Michał Korościel jako honorowy mężczyzna musiał wykonać to, o co się założył
z kibicem i na antenie Radia, w którym pracuje wybrzmiała przyśpiewka "Wiara, wiara jest w nas". Ponadto Michał Korościel musiał na
głos przyznać się, że nie zna się na żużlu. Nagranie z tej sytuacji
błyskawicznie obiegło internet i zostało obejrzane przez kilka tysięcy
miłośników czarnego sportu. Komentator pokazał z kolei, że jest człowiekiem
słowa i honorowo wypełnił kibicowską "ustawkę" - a wszyscy sobie życzyli,
więcej takich honorowych i sympatycznych interakcji na linii komentatorzy -
kibice - zawodnicy.
Przed
rewanżem z Apatorem pierwszy raz w sezonie Motor dokonał seniorskich roszad
w meczowym składzie. Numery zachowali tylko Kubera i Zmarzlik. Wyraźnie było
widać, że trener Maciej Kuciapa rzucał koło ratunkowe Mateuszowi
Cierniakowi, który miał znacznie korzystniejszy układ biegów, niż bywało to
we wcześniejszych spotkaniach. Języczkiem u wagi był także duet Kubera -
Lindgren, który w środkowej części zawodów przy Alejach Zygmuntowskich miał
rywalizować z Sajfutdinowem i parą Dudek - Lambert. Na dodatek Szwed wraz ze
Zmarzlikiem miał pojechać tuż przed wyścigami nominowanymi, by zatrzymać
Sajfutdinowa i nie wykluczone, że na kogoś z rezerwy taktycznej.
Zmiany te były pokłosiem dwunastopunktowe stary z MotoAreny, a na tym etapie
rywalizacji widać było ze siła torunian, która opierała się na trzech
ogniwach, mocno wzrosła, gdy oczekiwane punkty dołożył Paweł Przedpełski. I
właśnie od postawy kapitana toruńskich Aniołów zależało czy w kolejnej
rundzie Apator będzie jechał o złoty czy brązowy medal. Nic więc dziwnego,
że wszyscy wierzyli w powtórzenie rewelacyjnej postawy i co najmniej w
połowie tak udany występ jak w Toruniu. Oczekiwania te nie były
bezpodstawne, bo żużlowiec w tygodniu poprzedzającym zawody wykonał
gigantyczną pracę, a także sporo zaryzykował. Choć cały sezon startował na
silnikach Ryszarda Kowalskiego, to tuż przed kluczowym spotkaniem zdecydował
się zamówić jednostkę napędową od Briana Kargera i właśnie ten ruch okazał
się strzałem w dziesiątkę. Sam zawodnik również liczył na to, że silniki
Duńczyka dostrojone do MotoAreny pozwolą mu spektakularnie po czterech
latach pożegnać się z Aniołami, bowiem kilka tygodni wcześniej
dwudziestodziewięciolatek podpisał kontrakt na występy 2. Ekstralidze w
barwach Stali Rzeszów.
Mając w perspektywie cztery działa, trener Piotr Baron ciągle nie był pewien
potencjału Pawła i nie zdecydował się na rewolucję w meczowym zestawieniu.
Przedpełski dwukrotnie miał stworzyć duet z zawodnikiem spod numeru 3 - czyli
Nicolai Heiselbergiem, a także trzy razy miał pojechać po równaniu toru, co
mogło być nie bez znaczenia na trudnym do rozszyfrowania lubelskim owalu.
Ponadto w układzie wyścigów toruński wychowanek unikał konfrontacji z
najmocniejszą trójką z koziołkiem na plastronie tj. z Bartoszem Zmarzlikiem
- Dominikiem Kuberą - Fredrikiem Lindgrenem. Niestety było to ryzykowne, bo
Apator miał w perspektywie niską skuteczność jeźdźca z kategorii U24 i pary
juniorskiej, dlatego odpowiedzialność jaka spoczywała na Pawle była kluczem
do drzwi z napisem: finał. Oczywiście trener miał w zanadrzu rezerwy
taktyczne, ale pewnym było, że umiejętności Patryka Dudka, Roberta Lamberta
i Emila Sajfutdinowa, to mógł być zbyt mały kapitał, by budować awans do
finału na torze mistrza Polski, który od kwietnia 2023 był niepokonany przy
Alejach Zygmuntowskich, a dość napisać, że od tamtej pory zaledwie trzy razy
na siedemnaście meczów pozwolili drużynie przyjezdnej mieć na koniec zmagań
czwórkę z przodu.
Apator jechał jednak nad Bystrzycę z niemałymi nadziejami na sprawienie
ogromnej niespodzianki. A wyrzucenie hegemona Ekstraligi z finału, w którym
melduje się on rokrocznie od 2021, po problemach które dotykały zespół w
trakcie sezonu było z pewnością czymś wyjątkowym.
Niestety sensacji nie było, bo gospodarze mocno weszli w mecz i już po
pierwszej serii niemal w całości odrobili straty z pierwszej konfrontacji.
Dwa razy 5:1, raz 4:2 i raz 3:3 - w taki sposób kończyły się pierwsze cztery
gonitwy. Przyjezdni wywalczyli zaledwie jedną "trójkę", której autorem był
Robert Lambert. Nieźle zaprezentował się także Patryk Dudek. Całkowicie zawiedli
jednak Emil Sajfutdinow i Paweł Przedpełski, tak naprawdę nie nawiązując walki z
rywalami, a to po piętnastej gonitwie dało Motorowi wygraną 59:31, a w całym
dwumeczu 98:82 dokonując wielkiej rzeczy, bo Apator miał się bronić rękami i nogami przed odrabiającymi straty gospodarzami
rewanżu, ale Motor od początku pokazał, że jest doskonale spasowany ze
swoją nawierzchnią, a liderzy nie zawodzą. Awans Motoru do finału Ekstraligi
sprawił, że wyrównany został rekord
należący do Unii Leszno. "Byki" jednak były lepsze od "Koziołków", bo w
sezonach 2017-2020 wygrały wszystkie finały, natomiast Motor swój pierwszy
finał w roku 2021 przegrał. Od drugiego był już jednak niepokonany i był też
faworytem do końcowego triumfu w sezonie 2024. Warto wspomnieć, że obie te
serie łączyło nazwisko Dominika Kubery, który miał wprost fenomenalną passę
w play-off. Najpierw meldował się rok po roku w finale wraz z macierzystą
Unią, a po zmianie barw klubowych ucznił to z Motorem. Tym samym
dwudziestopięciolatek śrubował wyśmienita passę, bo jeśli wspomnieć, że w
dwumeczu decydującym o tytule mistrzowskim był już w roku 2015, kiedy
debiutował w lidze, miał on na koncie 9 na 10 sezonów, które kończył w
finale.
W ekipie przyjezdnych tylko Robert Lambert był w stanie nawiązać skuteczną
walkę z rywalami, a trener Piotr Baron niewiele wskórał rezerwami
taktycznymi, bo kluczowy dla losów spotkania Paweł Przedpełski przez cały
mecz był cieniem zawodnika sprzed tygodnia, podobnie zresztą jak Patryk
Dudek. Z problemami zmagał się też Emil Sajfutdinow, który kompletnie nie
radził sobie z wyjściami spod taśmy, za to dysponował doskonałą prędkością
na dystansie. Jednak tego zawodnika można było usprawiedliwić, bowiem powrót
po kontuzji na tak ciężki mecz był nie lada wyczynem.

W ostatniej odsłonie sezonu Apatorowi
Toruń, na drodze do medalu stanęła Stal Gorzów, którą Anioły
próbowały ograć w roku 2024 już cztery razy i ani razu nie znalazły sposobu na
niewygodnego przeciwnika. Tym razem miało być jednak inaczej, bo drużyna z
grodu Kopernika była na fali wznoszącej i obrazu tego nie był w stanie
zmącić nie najlepszy, półfinałowy mecz Lublinie.
Co prawda obie drużyny, miały aspiracje na start w finale, ale słabsze
momenty niektórych zawodników Apatora i problemy organizacyjne Stali,
sprawiły że drużyny spotkać miały się w dwumeczu po raz trzeci, ale tym
razem był to dwumecz o brązowy medal, nazywany "finałem pocieszenia" lub "meczem za karę". Nie zmieniało to jednak faktu, że był to pojedynek,
który decydował o tym, która drużyna stanie na najniższym stopniu podium i w
swojej oraz polskiego żużla historii zapisze na swoim koncie medal koloru
brązowego.
Pierwszy mecz według regulaminu miał odbyć się w Toruniu, ze względu na to,
że to gorzowianie zajęli wyższe miejsce po rundzie zasadniczej, ale władze
ekstraligi zadecydowały inaczej i przeniosły pierwszy mecz do miasta nad
Wartą. Zmiana ta była podyktowana tym, że dzień wcześniej na Motoarenie
rozgrywana była ostatnia runda Grand Prix i organizator miał prawo do
korzystania z obiektu jeszcze kilka dni po zawodach, aby uporządkować arenę
mistrzowskich zmagań. Zmiana ta ucieszyła toruńskich kibiców, bowiem po
ewentualnym zdobyciu brązowego krążka, mogli świętować zdobycie medalu na
własnym terenie. A szanse na to były duże, bowiem Stalowcy przechodzili
ciężkie chwile. O ile potencjał sportowy pozostawał nadal wysoki, to
organizacyjnie i mentalnie drużyna sięgała dna i atmosfera wokół klubu znad
Warty gęstniała z każdym dniem, bowiem na jaw wychodziły finansowe nieścisłości
i zadłużenie sięgające jak pisały media nawet 10 milionów złotych.
Niewątpliwie w Gorzowie nastały ciężkie czasy, a zarząd klubu musiał stawić im
czoła i jednocześnie dać zawodnikom przestrzeń do podjęcia walki w dwóch
ostatnich meczach.
Problemy gorzowskie były obce torunianom. Jak wspomniano zespół był na fali
wznoszącej, pełen motywacji i chęci zmazania plamy po występie w Lublinie,
gdzie zawodnicy Apatora zmarnowali wielką szansę pokonania Motoru Lublin w
półfinałach. Apatorowi jednak pojedynki ze Stalą w ostatnim czasie nie
układały się najlepiej. Ale w meczu o brąz drużyna miała swoje atuty. W
teamie Piotra Barona, po kontuzji w pełni gotowy do rywalizacji był Emil
Sajfutdinow, a w kapitalnej dyspozycji byli Patryk Dudek oraz Robert
Lambert, który dzień wcześniej zdobył swój pierwszy medal mistrzostw
świata, ustępując jedynie pola Bartoszowi Zmarzlikowi. Ta trójka wiele razy
udowodniła, że gdy pojedzie na swoim poziomie, to Apator może "wyrwać"
zwycięstwo każdej drużynie, a gdy pozostali zawodnicy dołożą cegiełkę do
końcowego wyniku, to zwycięstwa Apatora mogły być spektakularne i
zaskakujące.
I nie inaczej było w kończącym sezon dwumeczu toruńsko-gorzowskim. Trzeci wyjazd Apatora do Gorzowa był zdecydowanie tym najlepszym. Anioły
tym razem nie
pozwoliły Stali na takie harce jak w poprzednich meczach i
odniosły długo wyczekiwany sukces poza Toruniem, a triumf 46:43 przybliżał
drużynę z miasta Kopernika do brązowego medalu! Zanim jednak doszło do
spotkania przyjezdni podjęli rozmowy z sędzią, bowiem warunki torowe były
dość wymagające, ale Krzysztof Meyze pozostał nieugięty i dodatkowych prac
torowych nie zarządził. I można powiedzieć, że decyzją tą skrzywdził
gospodarzy, bo to oni stali się ofiarami własnej nawierzchni, co
potwierdziła już seria inaugurująca zawody. Cały mecz był piekielnie zacięty i ciężko było przewidzieć, jak się zakończy
bo w biegach nominowanych zmierzyć mieli się równorzędni rywale. Wietrząc
szansę na wygraną Piotr Baron zadecydował, że w dwóch ostatnich biegach nie
zmieni wariantu torowego i da korzystniejsze pola startowe zawodnikom na
bieg czternasty. Taktyka ta się sprawdziła, bo Thomsen zdołał co prawda
rozdzielić Dudka i Przedpełskiego, ale Paluch jadący za Woźniaka nie dał
rady toruńskiemu kapitanowi i Apator prowadził przed ostatni biegiem 42:41,
stając przed ogromną szansą na przerwanie niechlubnej serii wyjazdowych porażek w
Ekstralidze. Co więcej, w Gorzowie toruńska ekipa nie wygrała od
2015 roku (11 spotkań). Szansa ta została wykorzystana, bo Sajfutdinow z Lambertem
taktycznie rozegrali niedoścignionego dotąd Vaculika i wygrali 4:2, czym
zatrzymali trwającą 22 spotkań serię bez wygranej na wyjeździe. Po meczu w gorzowskim parkingu i na trybunach można było wyczuć
nerwową atmosferę. Co prawda ci którzy zawitali na stadion im. Edwarda
Jancarza, byli świadkami przedniego widowiska, ale kibice gospodarzy, dali
powszechny wyraz dezaprobaty temu co się działo w ich klubie wywieszając
wymowny transparent z hasłem "Stal to my, a nie Waldek i jego psy".
Apator jednak nie zwracał uwagi na to co działo się w obozie rywala. Kibiców
cieszył fakt, że w drużynie Aniołów wszyscy włącznie z juniorami pojechali
na miarę przedsezonowych oczekiwań. Dlatego przed rewanżem wszyscy skupiali
się na celu jakim był brązowy medal DMP. Istotne było również to, że w końcu została przełamana niemoc Apatora na
wyjazdach. Ostatni mecz wyjazdowy torunianie wygrali w 2022 roku, w
Ostrowie, co nie było szczególnie trudne, bowiem ostrowianie przegrali wtedy
wszystkie spotkania. Według statystyk torunianie odjechali od 2017 roku w
Ekstralidze na wyjeździe 56 spotkań, a ich bilans wygranych to zaledwie 3 zwycięstwa,
3 remisy i 50 porażek.

Przed ostatnim meczem w sezonie 2024, po iście emocjonalnym sezonie działacze rozjuszyli toruńskich kibiców, bowiem zażyczyli sobie za bilet ulgowy 60zł, a cena normalnej wejściówki kosztowała, aż 90zł! Fani Aniołów dali wyraz swojej dezaprobaty dla takiego podejścia i dali upust swoim emocjom w mediach społecznościowych, ale nie zbojkotowali ostatniego meczu i licznie zasiedli na trybunach stadionu przy ul. Pera Jonssona. Apator był bowiem przed rewanżowym meczem o brązowy medal był w komfortowej sytuacji, bo wygranej w Gorzowie, zespół wykonał milowy krok w kierunku celu, jakim był medal DMP i a MotoArenie miał wszelkie argumenty, by dokończyć dzieła i wszyscy wieszczyli Aniołom drugi z rzędu brązowy medal. Zanim jednak doszło do medalowej fety, kibice obejrzeli dziesięć ciekawych wyścigów pod pełną kontrolą gospodarzy, by na pięć biegów przed końcem świętować brązowy medal drużynowych mistrzostw Polski, bo tylko kataklizm mógł odebrać Aniołom meczowe zwycięstwo. Ostatecznie Apator triumfował w całym dwumeczu 100:79. Świetnie spisali się Patryk Dudek, niepokonani byli Robert Lambert i Emil Sajfutdinow. Po stronie gości punktowo najlepiej wyglądał Szymon Woźniak, Oskar Fajfer i Jakub Miśkowiak, ale tylko w jeździe tego ostatniego można było upatrywać pewnych pozytywów. Niestety dla gorzowian, nie dość, że przegrali oni sobotni mecz, to na domiar złego w dziewiątym stracili Martina Vaculika. Słowak uderzył tak mocno głową w tor, że pękł jego kask, a finalnie opuścił MotoArenę w karetce w bowiem uskarżał się na dolegliwości w prawym obojczyku.
Tak więc po meczu kibice z Torunia mogli cieszyć z medalu zdobytego w trudnym sezonie, ale nie tylko. Jeszcze przed meczem poinformowano o przedłużeniu umowy z Robertem Lambertem, który miał ścigać się dla Aniołów nie tylko w roku 2025, ale też w sezonie 2026. Brytyjczyk zakończył sezon z kapitalną średnią 2,278 pkt/bieg, wygrywając 48 wyścigów w sezonie, co przełożyło się na wysokie czwarte miejsce w rankingu zawodników Ekstraligi, a do tego dołożył tytuł wicemistrza świata na żużlu. Była to zatem świetna informacja, bo w trakcie sezonu do drużyny dołączyli podpisując prekontrakty Mikkel Michelsena (miał zastąpić Pawła Przedpełskiego) i Jan Kvech (zakontraktowany w miejsce Wiktora Lamparta). Dodatkowo klub szybko doszedł również do porozumienia z Patrykiem Dudkiem i Emilem Sajfutdinowem. Rosjanin z polskim paszportem sezon zakończył na szóstym miejscu w rankingu Ekstraligi ze średnią na poziomie 2,191 pkt/bieg. Z kolei Polak po słabszym sezonie 2023 powrócił na właściwe tory i zakończył ligową rywalizację w roku 2024 ze średnią na poziomie 2,056 pkt/bieg, wygrywając 36 wyścigów dla drużyny z grodu Kopernika. Tak silna formacja seniorska sprawiała, że Apator jeszcze przed oficjalnym otwarciem okienka transferowego urastał do miana drużyny, która może zdetronizować Motor Lublin, który po raz trzeci z rzędu sięgnął po mistrzowską koronę.
Podsumowując sezon 2024 można dojść do wniosku, że Anioły sięgając po brązowy
medal spełnił przedsezonowe oczekiwania, jednak styl w jakim to uczynił nie
należał do najlepszych. Początek sezonu
w wykonaniu Apatora nie był najgorszy, ale nie był też
rewelacyjny. Torunianie wygrywali na własnym torze, ale nie mieli recepty na
potyczki wyjazdowe. Na domiar złego od piątej kolejki drużyna wpadła w kryzys, a
głównym powodem takiego stanu rzeczy była była bardzo słaba dyspozycja juniorów,
którzy nie byli w stanie zrekompensować nieco słabszej formy u Patryka Dudka i
Pawła Przedpełskiego. Odrodzenie podopiecznych Piotra Barona nastąpiło, po
wygranej w dziesiątej kolejce spotkania
Motorem Lublin. Odprawienie z kwitkiem mistrza Polski sprawiło, że mimo braku lidera Emila Sajfutdinowa,
drużyna wywalczyła awans do półfinału z pozycji lucky loosera, Aby
znaleźć się w medalowej strefie, "Aniołom" wystarczyło zdobyć 81 punktów
biegowych na pierwszym etapie play-off. Decydujące znaczenie miała ostatecznie
tabela po rundzie zasadniczej, w której uplasowały się one na czwartym miejscu,
podczas gdy grudziądzki GKM, który również zdobył w ćwierćfinale 81 "oczek", był
na piątym. Co ciekawe w całym sezonie Apator częściej przegrywał, niż wygrywał
(bilans 9-0-11) i był to podobny bilsns do tego z roku 2023 (6-2-12), jednak
różnica tkwiła w stylu jaki zespół prezentował na torze, a także w tym, że w
końcu po wielu latach do Toruniu powędrowały punkty za zwycięstwo poza domem i
to w bardzo istotnym momencie sezonu, tj. spotkaniu o brąz. Triumfując na torze
w Gorzowie, żółto-niebiesko-biali przerwali więc serię 22 meczów bez takiego
sukcesu w delegacji w Ekstralidze. Uściślając, wygrali na wyjeździe po 800
dniach!
Podłożem sukcesu była świetna postawa całej drużyny w fazie play-off, od
juniorów począwszy, po rewelacyjną dyspozycję trójki liderów.
Indywidualnie bank rozbił Robert Lambert, za którym rewelacyjne miesiące.
Liderował Apatorowi, będąc zarazem jednym z najlepiej punktujących zawodników w
całej lidze. Nie można przy tym zapominać o dużym wkładzie w sukces Emila
Sajfutdinowa, a także progresie Patryka Dudka. Anielskie trio, było jedyną taką
seniorską formacją w całej lidze, która przekroczyła granicę 2 punktów na bieg i
w Toruniu wiedzieli, że bez takich indywidualności nie byłoby beżowego medalu w
Grodzie Kopernika. Warto w tym miejscu
również wspomnieć, że
Para Dudek-Lambert uplasowała się na pierwszym miejscu w rankingu
najlepszych duetów Ekstraligi i zdobyli wspólnie 157 punktów, kończąc swoje
biegi ze średnią na poziomie 3,65 pkt/bieg. Nie bez znaczenia w fazie play-off
była również przewidywalna forma Pawła Przedpełskiego, który w czterech
ostatnich spotkaniach zdobywał ponad 8 punktów na mecz. Toruński kapitan po
sezonie postanowił jednak zmienić otoczenie, ale jak podkreślał Toruń na zawsze
pozostanie dla niego klubem, który go ukształtował sportowo. Drużynie sprzyjało
również szczęście, bo kontuzje jakie dotykały zawodników nie miały miały
istotnego znaczenia, a do najważniejszych meczów Apator przystępował w pełnym
zestawieniu. Zapewne duża była w tym zasługa trenera Piotra Barona, który
z perspektywy całego sezonu doskonale taktycznie rozgrywał kolejne rundy
spotkań. Dodatkowo scalił drużynę, a
przede wszystkim stworzył na Motoarenie przygotował nawierzchnię, która stała
się atutem jego podopiecznych, którzy potrafili i to dwukrotnie pokonać mistrza
Polski.

Oto jak po sezonie toruński trener podsumował pierwszy rok swojej pracy w klubie: "W Toruniu miałem możliwość sporej nauki, ale też Toruń wciąż pokazuje, jak dużo muszę się jeszcze nauczyć, żeby było lepiej. Sezon był niezmiernie trudny, z ogromnymi problemami sprzętowymi, drobnymi kontuzjami, które zdarzały się w drużynie. Bardzo się cieszymy, że dojechaliśmy tak daleko, że udało nam się zdobyć ten medal. Tym bardziej, że do play offów weszliśmy jednym punktem przewagi. Wszyscy jesteśmy bardzo szczęśliwi, bo przed sezonem każdy to trzecie miejsce wziąłby w ciemno. Trzeba też zaznaczyć, że nie mieliśmy bardzo daleko do innych kolorów medali. To jedno popsuliśmy niestety. Dziękuję chłopakom, w tym juniorom, którzy wykonali bardzo dobrą robotę, a w meczach, gdzie było ich najbardziej potrzeba, pokazali swoją moc. Paweł borykał się z kłopotami sprzętowymi. Pod koniec sezonu pozmieniał silniki i był to już Paweł, jakiego wszyscy chcieliśmy oglądać. Trochę późno to się stało, pewne decyzje zostały podjęte. Bardzo mu dziękujemy, ale potrzebowaliśmy wzmocnień na kolejny rok".
Co ciekawe zawodnicy Apatora pod wodzą Piotra Barona,, stali się największymi "torowymi walczakami"w lidze. Dzięki postępowi technologicznemu, ekstraliga zaczęła raczyć kibiców ogromem danych telemetrycznych, na podstawie których analizowano prędkości zawodników, pokonany dystans czy liczbę wyprzedzeń. Zawodnikiem, który zanotował najwięcej udanych akcji na trasie okazał się Emil Sajfutdinow z rezultatem 36 wyprzedzeń. Żużlowiec Apatora Toruń pokonał w tej kategorii swojego kolegę z drużyny, Roberta Lamberta, który osiągnął wynik 34 wyprzedzeń. Podium uzupełnia showman z Gorzowa, Anders Thomsen - Duńczyk pokonał w tym sezonie 26 rywali na trasie. Warto dodać, że czwarte miejsce w tej klasyfikacji zajął kolejny z toruńskich zawodników, Patryk Dudek (23 wyprzedzenia). To pokazuje, jak dużo emocji dostarczały w tym sezonie mecze z udziałem drużyny z Grodu Kopernika. Po podliczeniu liczby wyprzedzeń w każdej z drużyn drużyna prowadzona przez Piotra Barona zdominowała swoich rywali, bo zanotowali łącznie 113 wyprzedzeń. Druga w tej klasyfikacji Sparta Wrocław zapisała na swoim koncie raptem 78 wyprzedzeń, czyli aż o 35 mniej. Najniższy wynik odnotowano przy zawodnikach Zielona Góra, ich rezultat to jedynie 25. Największa liczbą wyprzedzeń w jednym meczu mogli pochwalić się Emil Sajfutdinow i Leon Madsen. Obaj potrafili pokonać na trasie 5 rywali podczas spotkania, ale to Baszkirowi udało się osiągnąć taki wynik dwukrotnie - podczas domowego meczu ze Stalą Gorzów w 8 rundzie, a także na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu w kolejce numer 11. Jeśli chodzi o meczem, które dostarczyły kibicom najwięcej emocji związanych z wyprzedzaniem, było spotkanie 8 rundy pomiędzy Apatorem Toruń a Stalą Gorzów. Statystycy ekstraligi odnotowali w tym starciu aż 28 wyprzedzeń, co jest wynikiem zdecydowanie powyżej średniej, która na Motoarenie wyniosła w tym sezonie 15,2 wyprzedzenia na mecz. Drugim najciekawszym meczem pod tym względem był także pojedynek z udziałem torunian - tym razem w drugiej kolejce fazy zasadniczej, gdy "Anioły" podejmowały na swoim torze drużynę Unii Leszno. W tym meczu zawodnicy wyprzedzali się łącznie 19 razy. I choć to tylko niewiele wnoszące do końcowego wyniku statystyki, to sprawiły one, ze mecze Apatora zaczęło oglądać znacznie więcej widzów, a także poprawiła się medialna otoczka wokół toruńskiego klubu, który od lat budowany był na solidnych fundamentach, ale nie zawsze miał dobrą "prasę". Co ciekawe Apator choć uchodził za jeden z najbogatszych klubów, to swoją potęgę zbudował bez gigantycznego wsparcia spółek Skarbu Państwa, czy lokalnego samorządu. Dostrzegali to prezesi innych klubów, którzy coraz częściej liczyli z opiniami wygłaszanymi przez właściciela Przemysława Termińskiego, który w ostatnich latach przeszedł ogromną żużlową przemianę i z kolorowego ptaka, który nie rozumie sportu żużlowego, stał się wielu kwestiach pionierem, za którym podążali inni. Termiński jednak obiektywnie zapracował na swoją opinię, bo przez lata w procesach licencyjnych klub bez kłopotów przechodził kolejne etapy, a gdy konieczna była finansowa interwencja właściciela, ten potrafił dołożyć do klubowego budżetu milion złotych. Nie inaczej było w sezonie 2024, kiedy to klubowe finanse zamknęły się kwotą około 27 milionów złotych, co było rekordem w historii żużla w Toruniu. Po sezonie właściciel tak komentował dokonania drużyny: "W połowie sezonu niektórzy kibice odsądzali nas od czci i wiary. Nie brakowało głosów, że jesteśmy beznadziejni. Było palenie karnetów i różne inne historie. Ja zawsze wychodzę z założenia, że formę trzeba budować na play-offy. Sądzę, że w tym sezonie faktycznie to się udało zrobić. Brąz to widocznie maksimum, co ta drużyna mogła wyciągnąć. Ogólnie można być zadowolonym, zwłaszcza, że kibiców było w tym roku więcej i frekwencja urosła (według danych Ekstraligi średnia wzrosła z 8.828 do 11.191 kibiców na mecz). Kibice chodzą na żużel w Toruniu. Robimy to dla nich, więc takie wyniki muszą cieszyć".
Stabilność finansowo-organizacyjna sprawiła,
że do Roberta Lamberta, który przedłużył kontrakt, w październiku na kolejne dwa
lata dołączył Emil Sajfutdinow, a nieco później również na dwa lata umowę
podpisał Patryk Dudek. Ponadto w okienku transferowym działacze
potwierdzili, że z Aniołami związał się
Mikkel Michelsen oraz
Jan Kvech.
Co prawda Duńczyk, nie miał za sobą udanego sezonu, z uwagi na kontuzję jakiej
nabawił się po kolizji z Bartoszem Zmarzlikiem w jednej z rund GP, to wciąż był bardzo
cenionym zawodnikiem i transfer ten był optymalnym rozwiązaniem kadrowym dla Apatora Toruń,
który szukał zmiennika dla niezbyt stabilnego Pawła Przedpełskiego. Gdy stało
się jasne, że władze Sparty Wrocław postawiły na
Brady'ego Kurtza, toruńscy działacze nie zamierzali licytować stawek za kontrakt
i bardzo szybko przystąpili do działania, a ich
starania szybko spotkały się z pozytywnym odbiorem Mikkela, którzy w
Częstochowie nie potrafił uwolnić pełni swojego potencjału. Dlatego działaczom z
miasta Kopernika należały się słowa uznania, bo zyskały świetnego jeźdźca, na
poziomie 2,000 pkt/bieg, a przy tym zbytnio nie nadwyrężyli klubowej kasy, bo
jak donosiły media zawodnik miał otrzymać 800 tysięcy złotych za
podpis na kontrakcie oraz osiem tysięcy złotych za każdy zdobyty punkt.
Żużlowiec miał także szansę na bonusy, a dodatkowe pieniądze trafić miały do niego tylko w
przypadku powrotu do najwyższej dyspozycji i średniej powyżej 2,0 pkt/bieg. Taki
kontrakt mieli niemal wszyscy jeźdźcy w Toruniu, bo działacze słusznie uznali,
że skoro w żużlu trudno przewidzieć formę poszczególnych zawodników, to ich
wypłaty powinny być uzależnione od dyspozycji na torze i każdy z żużlowców miał
zagwarantowaną podstawowe wynagrodzenie, a po przekroczeniu kolejnych progów,
zyskiwał dodatkowe bonusy
Jeśli chodzi o Kvecha to jego zadanie na sezon było niezwykle proste, miał
zastąpić Wiktora Lamparta na pozycji U24. Niestety dla Czecha był to ostatni rok
startów w tej kategorii wiekowej i miał sporo do udowodnienia, jeśli poważnie
myślał o startach w Ekstralidze po ukończeniu 24 lat. W Toruniu jednak uznano,
że Janek jako uczestnik Grand Prix spisze się znacznie lepiej od rzeszowskiego
wychowanka i nawet jeśli będzie musiał pożegnać się z drużyną w rezerwie
pozostawał Anders Rowe, który miał być jednocześnie motywatorem dla nieco
"charakternego" zawodnika zza południowej granicy Polski.
Tym samym kadrę
toruńskiego klubu w sezonie 2025, oprócz dwójki podstawowych juniorów Krzysztofa
Lewandowskiego i Antka Kawczyńskiego stanowić miało sprawdzone trio Emil Sajfutdinow,
Robert Lambert, Patryk
Dudek, oraz dwaj nowi zawodnicy -
Mikkel Michelsen i Jan Kvech, a zadowolenia z takiego obrotu sprawy nie krył
właściciel klubu: "Pożegnaliśmy się z Pawłem z łezką w oku. To kapitan drużyny, nasz
wychowanek. Takie momenty nigdy nie są łatwe i trudno było się rozstawać.
Powiedzieliśmy sobie jednak nie "żegnaj", a "do zobaczenia". Te słowa padły
z ust i moich, i Pawła. Szukaliśmy jednak wzmocnienia i takim
wydaje się Mikkel Michelsen. Ten jego ostatni sezon w Częstochowie
był słabszy od poprzednich. Wyniki w Grand Prix pokazały jednak,
że robi progres. Coś musiało być zatem nie tak w Częstochowie. Do
momentu kontuzji właściwie był w grze o medale, więc to o czymś świadczy. Rozmowy z nim prowadził Adam Krużyński, a
ja zatwierdzałem warunki. Z mojej perspektywy to się wszystko uwinęło w
tydzień. Trafił do nas też kolega Kvech, któremu toruńska Motoarena przypadła do gustu.
Jak mu tak będzie przypadała w meczach domowych to będzie dla nas duży plus.
Zwłaszcza, że mamy solidne trio.
Rozmawiałem z Robertem i według tego, co wyszło na tej rozmowie, on chce
zostać mistrzem świata, więc będzie jeszcze lepszy. Jak go obserwuję, to
widzę coraz lepszego zawodnika. On do nas przyszedł na pozycję U-24 i z
wszystkich, którzy pojawili się na tej pozycji w całej lidze zrobił
największy progres. Trzeba to docenić i my w niego wierzymy. Cel był taki,
aby kadra na kolejny rok była mocniejsza, by móc powalczyć z Motorem i Spartą
w przyszłym roku. Na pewno chcemy do tego ścisłego grona najlepszych
dołączyć i jechać o złoto".
Z kolei w wywiadzie przeprowadzonym przez Karola Śliwińskiego, przed meczem o brązowy medal, tak jak przed rokiem dokonania drużyny w sezonie 2024 podsumował, członek rady nadzorczej Adam Krużyński:
Karol
Śliwiński: Jesteśmy przed ostatnimi i decydującymi meczami w tegorocznej
Ekstralidze, dlatego chciałbym porozmawiać o tym sezonie z perspektywy torunian.
Zacznijmy od samego początku. Zanim ruszyła faza play-off, którą teraz wszyscy
się ekscytujemy, toruńska drużyna po raz kolejny zaliczyła przeciętną rundę
zasadniczą, wywołując w niej bardzo zróżnicowane emocje.
Adam Krużyński:
Zdecydowanie była to runda stojąca pod znakiem licznych wzlotów i upadków. Na
pewno zdarzały się nam występy, które okazywały się wyjątkowe i to nie tylko z
racji osiągniętego wyniku, ale też widowiska, jakie tworzyła nasza drużyna.
Szczególnie mecze na Motoarenie często dostarczały wielu emocji, które można
było przeżywać, będąc widzem tych spektakli. Z drugiej strony niestety
przytrafiały się też spotkania, które nam kompletnie nie wychodziły i które w
zaskakujący sposób wymykały się nam spod kontroli.
Trzeba przyznać, że nieoczekiwanie mieliśmy sporo dziur w składzie. Bywały
mecze, gdzie zawodziła druga linia, innym razem nieco słabiej spisywali się
liderzy, a do tego wielokrotnie brakowało nam odpowiedniego wsparcia ze strony
formacji juniorskiej. Trudno było przewidywać, w jakim wydaniu zobaczymy
toruńską drużynę w danym spotkaniu, bo praktycznie za każdym razem trafialiśmy
na coś zupełnie innego. Dla wszystkich kibiców postawa zespołu z całą pewnością
mogła być niejednokrotnie rozczarowująca, bo były podstawy, aby spodziewać się
korzystniejszych wyników.
Trzeba jednak powiedzieć, że czwarta pozycja, którą finalnie osiągnęliśmy na
koniec rundy zasadniczej i tak okazała się dużo lepsza niż można było
przewidywać w trakcie rozgrywek. Pamiętajmy, że jeszcze na kilka kolejek przed
końcem tej części sezonu walczyliśmy o utrzymanie z pięcioma innymi drużynami,
które podobnie jak my znajdowały się w niełatwej sytuacji.
Nie da się ukryć, że po wielu wcześniejszych wpadkach i potknięciach, pod koniec
rundy zasadniczej drużyna zaczęła pokazywać się z dużo lepszej strony i stała
się w tym znacznie bardziej regularna. To z jednej strony pozwoliło wam
podbudować pozycję w tabeli, ale też na pewno rozbudziło nadzieje i apetyty
przed początkiem fazy play-off.
Potem okazało się jednak, że Apator będzie musiał radzić sobie w ćwierćfinałach
bez swojego potężnego motoru napędowego, Emila Sajfutdinowa, który był niezdolny
do jazdy po groźnym upadku w lidze brytyjskiej. To zapewne ostudziło trochę cały
narastający wcześniej entuzjazm. Każdy zdawał sobie sprawę, że nawet mimo
możliwości stosowania za niego zastępstwa zawodnika, to będzie spore osłabienie,
które postawi zespół w niezwykle skomplikowanym położeniu i może przekreślić
szansę na osiągnięcie korzystnego wyniku. Jak wy na to wszystko reagowaliście?
Powiem szczerze, że jako człowiek, który już ponad 20 lat aktywnie funkcjonuje w
tym sporcie, nie byłem jakoś szczególnie zaskoczony, że coś takiego się
wydarzyło. W żużlu trzeba się liczyć z takimi sytuacjami. Wiadomo, że to jest
zawsze przykre i deprymujące. Emil jest częścią naszej drużyny, więc traktujemy
go jak członka rodziny. Było nam strasznie smutno słyszeć, że jego uraz jest
dużo poważniejszy i znacznie bardziej bolesny niż pierwotnie mogło się wydawać.
Wszyscy liczyliśmy, że będzie w stanie wrócić szybciej, ale niestety nie było
takiej możliwości. Zarówno dla niego, jak również dla nas to był trudny czas.
Sytuacja oczywiście nie była komfortowa, ale nie mogliśmy z tego powodu
rozpaczać. Musieliśmy zachować spokój i skoncentrować się na tym, co mieliśmy do
zrobienia. Chcieliśmy wierzyć, że mimo wszystko jakoś sobie poradzimy. Jako
drużyna dążyliśmy do tego, żeby spróbować jak najlepiej zastąpić Emila i
staraliśmy się znaleźć takie rozwiązania, które nam to umożliwią.
I ostatecznie to się wam udało! Co prawda nie wygraliście ćwierćfinałowego
dwumeczu z gorzowianami, ale trzeci rok z rzędu okazaliście się najlepszym z
przegranych i dość nieoczekiwanie awansowaliście do półfinału jako lucky loser.
Wierzył pan, że pod nieobecność Emila to będzie w ogóle możliwe?
Po pierwszym meczu na Motoarenie, który przegraliśmy sześcioma punktami, wielu z
nas pewnie tej wiary nie miało zupełnie. Ja jednak wychodziłem z założenia, że
trzeba walczyć do końca i próbować wycisnąć z siebie maksimum. Wierzyłem, że
jesteśmy w stanie pokusić się o całkiem niezły wynik przy okazji rewanżu w
Gorzowie, ale nie byłem pewny czy to wystarczy. Obawiałem się, że grudziądzanie
mogą wyrzucić nas z pozycji lucky losera, ponieważ znajdowali się w dogodnym
położeniu, żeby to zrobić. W rzeczywistości okazało się jednak, że nie
wykorzystali swojej wielkiej szansy.
Ich ćwierćfinałowy mecz rewanżowy potoczył się zupełnie inaczej niż można było
zakładać, a to spowodowało, że wynik, który osiągnęliśmy w Gorzowie, ostatecznie
wystarczył, żebyśmy to my jechali dalej. W końcowym rozrachunku każdy
najdrobniejszy punkt zdobyty przez naszych zawodników okazał się bardzo ważny.
Wyszło na to, że gdybyśmy przywieźli chociaż jedno oczko mniej, to nie bylibyśmy
lucky loserem.
Nie da się jednak pominąć faktu, że w głównej mierze to Robert Lambert i Patryk
Dudek, którzy w Gorzowie zdobyli w sumie aż 32 z 39 punktów naszej drużyny,
przesądzili o tym, że znaleźliśmy się tam, gdzie się znaleźliśmy. Taką właśnie
tworzyliśmy drużynę, żeby mieć w niej liderów, którzy w tych najtrudniejszych
momentach będą w stanie dźwignąć ten ciężar i przechylać szalę na naszą stronę.
Myślę, że wielu będzie mówiło, że Toruń po raz kolejny miał dużo szczęścia,
natomiast wydaje mi się, że to szczęście nigdy nie przychodzi samo i trzeba mu
pomóc tym, co samemu się wypracuje.
Wasz korespondencyjny pojedynek z grudziądzanami o miano najlepszego z
przegranych, który toczyliście do ostatniego biegu waszych ćwierćfinałowych
spotkań, to był prawdziwy emocjonalny roller-coaster. Raz zbliżaliście się
pozycji lucky losera, a potem się od niej oddalaliście. W końcówce ta zdobycz na
chwilę wypadła wam z rąk, ale finalnie rzutem na taśmę zdołaliście ją odzyskać.
Jak przeżywało się to z waszej perspektywy? Wiem, że był pan w parku maszyn,
więc widział pan to od środka.
Paradoksalnie myślę, że zespół nie miał tego wszystkiego za bardzo w głowach.
Zawody były strasznie szybkie i niezwykle intensywne, ze względu na dużą liczbę
zmian i startów, więc każdy skupiał się przede wszystkim na pracy, którą miał do
wykonania, żeby osiągnąć jak najlepszy wynik. Nie było żadnego dodatkowego
stresowania zespołu czy ciągłego informowania, co byłoby konieczne do zrobienia
w danej chwili, ze względu na to, co dzieje się w meczu grudziądzan.
Myślę jednak, że wszyscy, którzy oglądali te zawody nieco bardziej z boku i nie
byli w takim pędzie jak zawodnicy oraz ich teamy, podchodzili do tego trochę
inaczej i znacznie bardziej to przeżywali. My mieliśmy pełną świadomość, jak
wygląda sytuacja. Doskonale pamiętam te chwile towarzyszące ostatnim biegom
meczów Apatora i GKM-u, kiedy liczyliśmy każdy punkt i rozważaliśmy różne
warianty. To nie były łatwe momenty. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w ostatnim
wyścigu musimy wygrać co najmniej 4:2, żeby znaleźć się w półfinale.
Kiedy po starcie wyszliśmy na takie właśnie prowadzenie, to byliśmy w pełnej
euforii. W pewnym momencie serce zabiło nam trochę mocniej, gdy jadący na
trzecim miejscu Patryk Dudek wpadł w delikatne turbulencje, ale na szczęście nie
stracił swojej pozycji i zdołaliśmy to dowieźć. Myślę, że wszyscy kibice na
stadionie czy widzowie przed telewizorami widzieli naszą olbrzymią radość.
Wiadomo, że normalnie trudno cieszyć się po porażce, ale akurat w tym wypadku to
była taka porażka, która powodowała, że mogliśmy poczuć się jak zwycięzcy. Na
pewno bardzo docenialiśmy to, co udało się nam osiągnąć.
Uczucia towarzyszące momentowi, kiedy stało się jasne, że wszystko rozstrzygnęło
się na waszą korzyść, musiały być niesamowite.
Po to fascynujemy się sportem i angażujemy się w różne sportowe aktywności czy
przedsięwzięcia, żeby przeżywać takie chwile. Na to pracuje się cały sezon. W
obliczu kontuzji Emila niewiele brakowało, żeby tegoroczne rozgrywki potoczyły
się dla nas zupełnie inaczej, ale jeśli stawi się czoła takiemu wyzwaniu, to
satysfakcja jest wręcz niewyobrażalna. Po opiniach czy typowaniach ekspertów
było widać, że niewielu stawiało na awans Apatora do półfinału, a jednak
zdołaliśmy to zrobić, więc to tym bardziej spotęgowało naszą radość.
Od początku sezonu aspirowaliśmy do tego, żeby znaleźć się w czołowej czwórce i
walczyć o medale. To był nasz podstawowy cel, który przed sobą stawialiśmy,
dlatego bardzo się cieszyliśmy, że szczęśliwie udało nam się dojść do tego
miejsca, że jesteśmy tu, gdzie jesteśmy i będziemy mogli startować dalej. Cały
sezon jechaliśmy po to, żeby dojechać do tego etapu rozgrywek, żeby przeżywać
emocje związane z tymi najważniejszymi meczami i pasjonować się kolejnymi
występami naszych zawodników. Nikt nie byłby zadowolony, gdyby rozgrywki
zakończyły się dla nas po czternastu czy szesnastu spotkaniach, bo naszym
zamiarem było odjechanie dwudziestu spotkań.
Ćwierćfinałowe rozstrzygnięcia na pewno dały wam trochę przestrzeni, żeby
pocieszyć się między sobą i poświętować z kibicami, co w obliczu wszystkich
wcześniejszych trudności bez wątpienia było przyjemną i potrzebną nagrodą.
Wiadomo, że sezon jest dynamiczny i wymagający, więc na wielkie świętowanie tego
czasu i miejsca nie było, ale mimo tego dało się odczuć tę olbrzymią radość i
można było trochę się w niej zanurzyć. Było widać też ogromną więź między nami,
która w takich momentach tylko dodatkowo się umacnia. Niezależnie od tego, że
jednemu wyszedł lepszy mecz, a drugiemu gorszy, na końcu wszyscy byli jedną
drużyną i mogli poczuć się zwycięzcami. Dla takich chwil ludzie chcą uprawiać
sport, być jego częścią i funkcjonować w tej sportowej rzeczywistości.
Myślę, że to, co działo się po meczu w Gorzowie aż do momentu, kiedy wszyscy
rozjechaliśmy się do domów, dla każdego będzie czymś niezapomnianym. Takie
przeżycia podbudowują atmosferę, dają olbrzymią adrenalinę i wyzwalają szereg
pozytywnych emocji. Wszyscy na pewno w jakiś sposób to odreagowaliśmy. To
oczywiście nie była zabawa jak na hucznym weselu, ale skorzystaliśmy z tego, że
mogliśmy trochę pożyć chwilą.
Kilka dni po rewanżowym ćwierćfinale w Gorzowie napłynęła świetna informacja, że
na następne mecze do drużyny wróci Emil Sajfutdinow, ale jednocześnie stało się
też jasne, że w kolejnych spotkaniach nie będziecie mogli korzystać z usług
Wiktora Lamparta, który porządnie poturbował się w wyniku upadku na Stadionie
im. Edwarda Jancarza. Wiadomo, że ten zawodnik nie spisywał się w tym sezonie
najlepiej, ale zapewne dawałby nieco większe szanse na choćby pojedyncze punkty
niż jego zastępca. Można zatem powiedzieć, że zaraz po tym jak wyszliście z
jednych tarapatów, znowu zrobiło się trochę pod górkę.
No niestety, pod tym względem to faktycznie nie jest dla nas zbyt dobry okres.
Na domiar złego okazało się, że mający jechać w miejsce Wiktora Anders Rowe,
który liznął już w tym sezonie trochę PGE Ekstraligi i tym samym miał już
pewnego rodzaju przetarcie w tych zmaganiach, też nabawił się kontuzji. W tej
sytuacji zostaliśmy zmuszeni do wykorzystywania wariantu jazdy z jeszcze innym
zawodnikiem w podstawowym składzie, co na pewno nie ułatwiało sprawy. W ostatnim
czasie to nam zdarzało się korzystać z nieszczęścia innych, więc widocznie teraz
przyszła pora, żebyśmy sami zmierzyli się z dodatkowymi przeciwnościami losu.
Mimo tego chcemy robić możliwie jak najlepszy wynik. Przygotowujemy się
najlepiej, jak potrafimy i podejmujemy różne kroki, żeby w tych niełatwych
okolicznościach stawać się coraz lepszym zespołem.
W półfinale trafiliście na mocnych lublinian, którzy w ostatnim czasie
zdominowali ekstraligowe rozgrywki i walczą o trzecie Mistrzostwo Polski z
rzędu. Od samego początku nie byliście faworytem tego pojedynku, ale pierwszy
mecz na własnym torze dość nieoczekiwanie wygraliście aż dwunastoma punktami i
tym samym stworzyliście sobie szansę, żeby dokonać czegoś naprawdę wielkiego. W
rewanżu na wyjeździe nie zdołaliście jednak obronić wypracowanej zaliczki i
finalnie przegraliście aż 31:59, co sprawiło, że musieliście obejść się smakiem
wielkiego finału.
Te półfinały na pewno okazały się dla nas słodko-gorzkie, podobnie zresztą jak
cały ten sezon, w którym przeplatamy lepsze występy z gorszymi. Myślę, że oba
półfinałowe mecze były dla nas pewnego rodzaju niespodzianką. Podejrzewam, że
chyba wszystkich zaskoczył rozmiar naszego zwycięstwa przed własną publicznością
i jednocześnie pewnie nikt nie zakładał, że tak sromotnie polegniemy na
wyjeździe.
Pierwszy mecz w Toruniu bez wątpienia rozbudził nasze nadzieje, ale potem
zostaliśmy brutalnie zweryfikowani w Lublinie. Spodziewaliśmy się, że trudno
będzie obronić tę przewagę wywalczoną na Motoarenie, ale liczyliśmy, że w
rewanżu pokażemy się z nieco lepszej strony. Przy takiej dyspozycji, w jakiej
znajdował się nasz zespół tamtego dnia, to było jednak praktycznie niemożliwe.
Sedno sprawy tkwiło w punktach, których nie po raz pierwszy w tym sezonie
ewidentnie nam zabrakło i to niemalże na każdej pozycji. Można powiedzieć, że
tylko Robert Lambert pojechał na swoim poziomie, natomiast pozostali nie wypadli
najlepiej.
Czuliśmy z tego powodu spory niedosyt, ponieważ mieliśmy nadzieję, że będzie
wyglądało to trochę inaczej. Nasze apetyty z całą pewnością były ciut większe,
jednakże sport uczy pokory i trzeba przyjąć to, co jest. Oczywiście moglibyśmy
to rozpamiętywać, ale myślę, że nie ma to wielkiego sensu i lepiej jest patrzeć
przed siebie.
Aktualnie jesteście w trakcie rywalizacji o brąz, więc wciąż macie o co
walczyć i cały czas możecie powtórzyć wynik sprzed roku. Co prawda znowu trafiliście na
gorzowian, przeciwko którym w tym sezonie nie wypadaliście najlepiej, ale
pierwsze spotkanie w ramach tego dwumeczu, które odbyło się w Gorzowie,
nieoczekiwanie wygraliście różnicą trzech punktów. Wydaje się zatem, że
jesteście na dobrej drodze, żeby zakończyć tegoroczne rozgrywki z medalem.
Na pewno możemy spoglądać na to ze sporymi nadziejami, ale zdajemy sobie sprawę,
że dalsza część tej rywalizacji wciąż będzie dla nas bardzo trudna, dlatego nie
zamierzamy przedwcześnie wieszać sobie medali na szyjach. Na wyjeździe
faktycznie zdołaliśmy wypracować naprawdę korzystny wynik, ale ciągle musimy
jeszcze wykonać równie dobrą pracę na Motoarenie, co zapewne będzie niemałym
wyzwaniem. Mimo wszystko jesteśmy dobrej myśli. Chwile zaraz po półfinale z
pewnością nie były łatwe dla naszego zespołu, ponieważ wszyscy czuliśmy
rozczarowanie. Nasi zawodnicy niejednokrotnie mierzyli się już jednak z takimi
sytuacjami, dlatego byłem pewien, że do meczów o brąz podejdą z czystą głową
oraz w pełni skoncentrowani. Wszyscy chcą zakończyć ten sezon pozytywnym
akcentem.
Jeśli spojrzymy na to wszystko trochę bardziej na chłodno, to biorąc pod uwagę,
z jakimi problemami zmagaliśmy się w tegorocznych rozgrywkach i jak wielokrotnie
wyglądała nasza drużyna, myślę, że najpierw jazda w półfinale, a teraz możliwość
walki o brąz i tak jest dla nas niemałym sukcesem. Nie mam żadnych wątpliwości,
że niejeden zespół chciałby być na naszym miejscu, dlatego zamierzamy cieszyć
się z tego, co mamy. Jesteśmy zadowoleni, że możemy być w gronie czterech
najlepszych zespołów w tegorocznej PGE Ekstralidze, ale jeśli jest okazja, żeby
na tym nie poprzestać, to chcemy ją wykorzystać. Na pewno zrobimy wszystko, żeby
nie zmarnować tego, co wypracowaliśmy w Gorzowie i postaramy się przypieczętować
ten brązowy medal, który w zaistniałych okolicznościach zapewne smakowałby nam
bardzo dobrze.
Spoglądając już trochę bardziej całościowo na ten sezon, trzeba sobie
powiedzieć, że przyjęta przez was koncepcja składu na tegoroczne rozgrywki na
pewno wydawała się ciekawa, ale w rzeczywistości zespół wielokrotnie nie był w
stanie jechać na miarę swojego potencjału i pokazywać tego, czego wszyscy by
oczekiwali. To powoduje, że w przyszłym sezonie zamierzacie postawić na trochę
inne rozwiązania kadrowe.
Pewne jest, że wszystko, co robimy, wiąże się z jakimś planem na dłużej. Czasami
jest tak, że niektóre posunięcia się sprawdzają, a inne nie do końca. Mimo
wszystko myślę, że te decyzje, które podejmowaliśmy odnośnie składu przed tym
sezonem, że nie będziemy dokonywać w nim żadnych roszad, miały swoje logiczne
uzasadnienie i w jakimś stopniu jednak się obroniły. Potwierdzeniem tego jest
wynik, do którego już doszliśmy i który cały czas możemy jeszcze wypracować.
Nie zmienia to jednak faktu, że droga, którą chcemy podążać, skłania nas do
przeprowadzenia pewnych modyfikacji w zakresie tworzenia drużyny na przyszły
sezon. Sądziliśmy, że poszczególne ogniwa tego składu, a zwłaszcza te, które we
wcześniejszym sezonie miewały słabsze momenty, znalazły się na fali wznoszącej,
ale niestety w niektórych przypadkach to się nie potwierdziło i zabrakło tego
przełomu. W tej sytuacji musimy na to jakoś zareagować.
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że żużlowy Toruń zasługuje na najlepszy wynik.
Każdy z nas oczekuje sukcesu w postaci kolejnego Mistrzostw Polski czy chociażby
udziału w wielkim finale. Konkretne działania kadrowe, które zamierzamy podjąć
przed przyszłorocznymi rozgrywkami, mają nas do tego przybliżyć i wzmocnić siłę
naszego zespołu. Zależy nam na tym, żeby ten zespół był silny i jak najbardziej
kompletny. Chcielibyśmy, żeby jego poszczególne ogniwa jak najlepiej się
uzupełniały i potrafiły się wspierać w tych najtrudniejszych momentach. W
ostatnim czasie nasz skład wielokrotnie okazywał się bardzo dziurawy, więc
staramy się sprawić, żeby niebawem to mogło się zmienić.
Kolejna kwestia jest związana również ze startami naszego zespołu na wyjazdach.
Dobrze wiemy, że okazujemy się drużyną własnego toru i od długiego czasu mamy
problemy z wygrywaniem meczów na obiektach rywali. Zmiany kadrowe, których
zamierzamy dokonać przed kolejnym sezonem, mają przybliżyć nas do tego, żebyśmy
wreszcie zaczęli zdobywać punkty także poza Motoareną. Wierzę, że te roszady już
niedługo pozwolą nam zobaczyć Apatora częściej triumfującego poza domem.
Skoro o zmianach mowa, to wiemy już, że z Apatorem pożegna się Paweł
Przedpełski, który niestety nie zdołał wykorzystać kolejnej otrzymanej od was
szansy. Oczywiście zdarzały mu się naprawdę udane występy, ale jego punktów
wielokrotnie też brakowało. Statystyki wskazują, że od sezonu 2022 osiągana
przez niego średnia biegopunktowa z każdym kolejnym rokiem staje się coraz
niższa, więc pozostawienie go w składzie mogłoby nie być zbyt korzystne dla
drużyny.
Na pewno trzeba powiedzieć, że Paweł jest zawodnikiem niezwykle ambitnym, który
stawia przed sobą bardzo duże wymagania. Chcieliśmy współpracować z nim w tym
roku, bo uważaliśmy, że mimo słabszych dwóch wcześniejszych sezonów nadal ma
spore możliwości i drzemią w nim niemałe rezerwy. Nie jest tajemnicą, że już
przed rokiem rozważaliśmy zastąpienie go innym zawodnikiem, ale wtedy podjęliśmy
decyzję, że powinien z nami zostać, bo jest chłopakiem stąd i wciąż w niego
wierzymy.
Okazało się jednak, że mimo wszystko nie zdołał poprawić swojej skuteczności i
wielokrotnie nie udawało mu się uwalniać pełni swojego potencjału. Czujemy z
tego powodu ogromny niedosyt, ponieważ cały czas wychodzimy z założenia, że stać
go na dużo więcej. W zaistniałej sytuacji doszliśmy do momentu, w którym ten
rozbrat stał się konieczny i niezbędny. Czujemy, że chcąc osiągać lepsze wyniki
i być zdecydowanie bardziej pewnym tych wyników, musimy zdecydować się na taką
zmianę. Myślę, że Paweł też to czuje i rozumie. Na pewno rozstajemy się w
dobrych relacjach. Wspólnie doszliśmy do porozumienia, że tak po prostu będzie
lepiej i było to dla nas całkowicie naturalne.
Teraz ta decyzja pewnie przyszła łatwiej, bo mogliście podjąć ją ze
świadomością, że nie skreślacie zawodnika zbyt szybko i daliście mu
wystarczająco dużo przestrzeni, żeby się wykazać.
Myślę, że po tym sezonie obie strony mają dużo mniej wątpliwości i rozterek
dotyczących tego, czy ta decyzja jest słuszna. Zarówno Paweł, decydując się na
dalsze starty w niższej klasie rozgrywkowej, jak również my, postanawiając
zastąpić go innym zawodnikiem, mamy przeświadczenie, że teraz jest to dużo
bardziej uzasadnione. W tej chwili na pewno czujemy się z tym zdecydowanie
lepiej niż czulibyśmy się na przykład przed rokiem. Oczywiście to nie jest nic
przyjemnego, bo jednak wszyscy chcieliśmy, żeby ta historia potoczyła się
inaczej, ale jeśli klub ma osiągać najwyższe cele, to na pewne rzeczy nie możemy
czekać w nieskończoność. Czasami trzeba podejmować trudne decyzje i trochę
zaryzykować.
Myśli pan, że w przyszłości może być jeszcze miejsce dla Pawła w toruńskiej
drużynie?
To, że teraz nasze drogi się rozchodzą nie oznacza, że Paweł kiedyś do nas nie
wróci. Dajemy sobie czas, żeby zobaczyć jak ten rozbrat będzie działał na obie
strony. Nie można wykluczyć, że Paweł odbuduje się w niższej klasie rozgrywkowej
i znowu przywdzieje barwy Apatora jako całkowicie odmieniony, mocniejszy,
skuteczniejszy i potrafiący spełniać nasze oczekiwania zawodnik. Na pewno bardzo
byśmy sobie tego życzyli. Wszyscy doceniamy, że Paweł jest wychowankiem naszego
klubu, więc nadal będziemy mu kibicować i uważnie przyglądać się jego żużlowym
poczynaniom.
Nie jest już żadną tajemnicą, że zawodnikiem, który zastąpi Pawła, będzie Mikkel
Michelsen. Sądzi pan, że Duńczyk da radę przyczynić się do podniesienia mocy
zespołu?
Myślę, że wszyscy powinni być zadowoleni. Stawiamy na zawodnika, który przebił
się w tym roku do czołówki cyklu Grand Prix i na pewno jest jednym z najlepszych
żużlowców na świecie. Zdajemy sobie sprawę, że ten sezon w polskiej lidze był
dla niego słabszy, ale liczymy, że zmiana barw klubowych pozwoli mu się poprawić
i wrócić na znacznie wyższy poziom, który prezentował wcześniej.
Oczywiście wiemy, że ten zawodnik nabawił się niedawno kontuzji, która
przedwcześnie zakończyła mu sezon, ale on już niejednokrotnie wychodził z
różnych opresji związanych z konsekwencjami uprawiania sportu żużlowego. Możemy
być spokojni, że wróci zdeterminowany i gotowy do jazdy dla naszej drużyny z jak
najlepszym skutkiem. Jesteśmy w stałym kontakcie zarówno z nim, jak również z
jego teamem i zaoferowaliśmy swoją pomoc.
Porozumieliśmy się z zawodnikiem, który stawia sobie wysokie cele i chce razem z
nami osiągać to, o czym wszyscy marzymy. Patrząc na realia rynkowe i nasze
możliwości budżetowe uważam, że dokonujemy naprawdę dobrego ruchu transferowego.
Wierzymy, że dzięki tej zmianie będziemy silniejsi. Zakontraktowanie tego
zawodnika pozwoli nam posiadać w składzie czterech seniorów z górnej półki o
wyjątkowych możliwościach i wielkich ambicjach. Wychodzimy z założenia, że każdy
z nich będzie w stanie dostarczać sporo punktów i na tym zamierzamy budować siłę
naszej drużyny. Chcąc zwyciężać z najlepszymi w ekstralidze uznaliśmy, że musimy
postawić na nazwiska i naprawdę klasowych jeźdźców.
Budżet klubu udźwignie transfer kolejnego czołowego zawodnika?
Od lat podejmujemy wyłącznie takie decyzje kadrowe, które są racjonalne i
znajdują się w zasięgu naszego budżetu. Podpisujemy tylko takie kontrakty, które
będziemy w stanie wypełnić w trakcie sezonu. Nigdy nie zdecydowalibyśmy się na
transfer, któremu nie zdołalibyśmy sprostać od strony finansowej. Wszystkie
podejmowane przez nas działania są wkalkulowane w budżet i wynikają z naszych
realnych możliwości. Jesteśmy zespołem, który pamięta o swoim potencjale
finansowym i nie decyduje się na ruchy wykraczające poza jego granice.
Przyświeca nam polityka odpowiedniego i racjonalnego dysponowania zasobami,
które posiadamy.
W takim razie wróćmy do kadrowych roszad. Wiemy, że w przyszłym sezonie szykuje
się też zmiana na pozycji U24, ponieważ Wiktor Lampart, na którego bardzo
liczyliście, jednak nie okazał się tak skutecznym zawodnikiem, jak mogliście
zakładać. Pod koniec ubiegłorocznych rozgrywek wydawało się co prawda, że
wszystko zmierza w dużo lepszym kierunku i początek tegorocznych zmagań
faktycznie nie był dla niego najgorszy, ale potem jego forma całkowicie się
posypała.
Na pewno wszyscy czujemy olbrzymi niedosyt jeżeli chodzi o postawę Wiktora.
Myślę, że to nie jest związane wyłącznie z aspektami sportowymi, ale również z
tym jak przebiegał u niego ten sezon i jak wyglądały jego próby znalezienia
rozwiązań dla problemów, które dotykały go w trakcie rozgrywek. Nie chciałbym za
bardzo opowiadać o szczegółach, bo to nasze wewnętrzne tematy, ale pod tym
względem na pewno można było mieć do niego sporo zastrzeżeń.
Kiedy Wiktor dołączał do naszej drużyny przed sezonem 2023, nasze oczekiwania
były na zupełnie innym poziomie. Wierzyliśmy, że on będzie się rozwijał, ale ten
sezon pokazał, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju stagnacją. Wiktor na pewno
jest zawodnikiem, który wciąż ma olbrzymie możliwości, ale szczególnie w tym
sezonie zwyczajnie nas zawiódł.
Oczywiście wszyscy pamiętamy, że w przed rokiem mieliśmy od niego bardzo duże
wsparcie i to w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy, ale można
powiedzieć, że na tegoroczne rozgrywki trochę nie dojechał i wielokrotnie
wyglądało to tak, jakby go z nami po prostu nie było. W tej sytuacji nasza ocena
nie może być pozytywna i dlatego zaczęliśmy skłaniać się ku innej opcji. W tym
momencie możemy już oficjalnie ogłosić, że w przyszłym sezonie naszym
zawodnikiem U24 będzie Jan Kvech.
Sądzi pan, że Czech będzie w stanie dać drużynie więcej niż Wiktor Lampart?
Taką mamy nadzieję. Janek jest zawodnikiem, który zebrał już trochę ekstraligowego doświadczenia i zdążył zapisać na swoim koncie pewne sukcesy, do
których zalicza się choćby jazda w cyklu Grand Prix. To jest też żużlowiec,
który, kolokwialnie mówiąc, nie pęka na robocie. Jak podjeżdża pod taśmę, to nie
ma dla niego znaczenia, kto stoi obok niego, ponieważ z każdym będzie próbował
powalczyć. Myślę, że pokazał to w wielu tegorocznych występach i choć nie zawsze
uzyskiwał zadowalające wyniki, to udowodnił, że jest w stanie zwyciężać z każdym
i wyrywać choćby pojedyncze punkty. To jest to, czego nam potrzeba i właśnie
tego szukamy u każdego zawodnika mającego reprezentować nasz klub.
Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że ten sezon, który Janek spędził w zespole z
Zielonej Góry, nie był dla niego najlepszy. Biorąc jednak pod uwagę bardzo wąski
rynek skutecznych i powtarzalnych zawodników U24, wydaje się, że mimo wszystko
to jest jeden z tych żużlowców, który może robić różnicę na tej pozycji. Każdy
ma świadomość, że w tym roku pozycja U24 jest słabością naszej drużyny, więc nie
pozostaje nam nic innego, tylko szukać jakiegoś innego rozwiązania, które będzie
mogło to zmienić. Musimy wierzyć, że Janek będzie w stanie pomagać naszej
drużynie, wspierać liderów i przyczyniać się do budowania korzystnych wyników
Apatora.
Czy przed kolejnym sezonem rozważacie jakieś wzmocnienia formacji juniorskiej?
Patrząc na plany ekstraligowych włodarzy, którzy w najbliższym czasie zamierzają
zacząć wynagradzać finansowo punkty zdobywane przez wychowanków, uważam, że
nasza decyzja może być tylko jedna. W dalszym ciągu zamierzamy szkolić własnych
zawodników oraz w nich inwestować. W zaistniałych okolicznościach ta polityka
wydaje się jak najbardziej słuszna. Postaramy się włożyć jeszcze więcej czasu i
pieniędzy w rozwój zawodników, którzy od początku swojej kariery są związani z
toruńskim zespołem. Jeśli faktycznie punkty zdobywane przez wychowanków mają być
premiowane finansowo przez Ekstraligę, to my chcemy być beneficjentem tego
systemu.
Chcielibyśmy zdobywać jak najwięcej punktów poprzez starty naszych zawodników i
budować w ten sposób budżet klubu oraz zasoby, które będziemy mogli inwestować w
naszą młodzież. W przyszłym roku na pewno postawimy na chłopaków, którzy
zdobywali swoje licencje w barwach Apatora. Naszym celem jest to, żeby napędzać
ich sportowo i budować z nich jak najlepszych zawodników. Mamy nadzieję, że w
momencie, kiedy wspomniane przeze mnie regulacje wejdą w życie, a stanie się to
najprawdopodobniej w sezonie 2026, będziemy dysponować grupą swoich wychowanków,
którzy z jednej strony będą w stanie godnie nas reprezentować i przywozić ważne
punkty, a jednocześnie przyczynią się do poszerzania funduszy na nasz dalszy
rozwój.
Jak można oceniać tegoroczną postawę Krzysztofa Lewandowskiego i Antoniego
Kawczyńskiego, którzy w ostatnim czasie stali się podstawowymi juniorami Apatora
na mecze ligowe? Czy ci zawodnicy stwarzają wam wystarczająco dobre perspektywy
w kontekście kolejnego sezonu?
Myślę, że z nimi jest podobnie, jak z całym naszym sezonem, czyli mamy do
czynienia z wieloma wzlotami i upadkami. Widzimy, że obaj potrafią miewać
całkiem niezłe mecze, jak również te kompletnie nieudane. Nasza formacja
juniorska na pewno spisuje się nieco lepiej niż przed rokiem, ale wciąż
oczekiwalibyśmy od niej chociaż trochę więcej.
Uważam jednak, że Antek, który wszedł w tym sezonie do drużyny i dopiero stawia
swoje pierwsze kroki w dorosłym żużlu, w jakimś stopniu na pewno wykorzystuje
swoją szansę. Wszyscy mówiliśmy o nim jako o wielkim talencie i myślę, że nadal
są podstawy, aby postrzegać go w kategoriach niemałej nadziei toruńskiego, a
nawet polskiego żużla. W przypadku Krzycha ta kariera z całą pewnością nie
rozwija się tak dynamicznie, jak zapewne można by oczekiwać. Nie ma żadnych
wątpliwości, że dzisiaj on powinien być w zupełnie innym miejscu. Nieco bardziej
udane występy, które notował w tym sezonie, zostawiają jednak pewnego rodzaju
nadzieję, że wciąż może być lepiej.
Ważne jest to, że za plecami tych zawodników mamy jeszcze grupę chłopaków,
którzy ciągle walczą o to, żeby zaistnieć i pozostać w sporcie żużlowym. Tam na
pewno jest spora rywalizacja, która powinna procentować. To wszystko, co teraz
mamy, jest efektem działań wielu osób, które w ostatnich latach były
zaangażowane w pracę z naszą młodzieżą i funkcjonowały przy tym młodzieżowym
żużlu.
Nie możemy zapominać, że dzięki Janowi Ząbikowi, który cały czas jest z nami i
wykonuje dla nas kawał świetnej roboty, mamy bardzo dobre podstawy całego
systemu szkoleniowego i możemy z nich korzystać. Wierzymy, że nasza praca będzie
przynosiła coraz lepsze efekty i niebawem zobaczymy kolejnych wyszkolonych w
Toruniu zawodników, którzy będą w stanie osiągać liczne sukcesy. Wszystkie nasze
działania są obliczone na to, żeby tak było.
Porozmawiajmy teraz o seniorach, którzy zostają na przyszły sezon w Apatorze. W
trakcie tegorocznych rozgrywek poinformowaliście o przedłużeniu współpracy z
Patrykiem Dudkiem. Poprzedni sezon nie był dla niego zbyt udany, ale w tym roku
znacząco poprawił swoją skuteczność, więc pewnie nikt nawet nie myślał o
rezygnowaniu z jego usług. Pomimo tego, że wciąż przytrafiają mu się jeszcze
słabsze występy, to tym momencie na pewno możecie być dużo bardziej zadowoleni z
jego postawy.
Zarówno Patryk, jak i my mamy obopólną satysfakcję z tego, co udało się
wypracować i chcemy to kontynuować.
Patryk zdołał odrobić pracę domową i znaleźć
remedium na swoje wcześniejsze problemy. Dzisiaj jest zawodnikiem, który
wielokrotnie bardzo pozytywnie zaskakuje swoją dobrą dyspozycją i potrafi
przesądzać o naszych wynikach. Myślę, że po kryzysie, który go dotknął, znalazł
się na krzywej wznoszącej.
Dla nas to było całkowicie naturalne, że powinien z nami zostać i być częścią
tej drużyny. Nie miałem żadnych obaw, że osiągniemy porozumienie. Wydaje mi się,
że Toruń jest dobrym miejscem dla rozwoju jego kariery. Z tego co widzę, to my
wszyscy traktujemy go już w tej chwili, jakby był z nami od zawsze, chociaż
wiadomo, że tak nie jest. To zawodnik, który wzbudza bardzo pozytywne emocje.
Nawet jeśli miewa trudniejsze momenty, to zawsze jesteśmy z nim i myślę, że on
też to odczuwa. W chwilach, kiedy wyraźnie mu nie szło, nasza opinia na temat
jego wyników na pewno nie była tak zero jedynkowa, jak w niektórych przekazach.
My patrzymy na niego trochę inaczej. Postrzegamy go jak swojego chłopaka, który
jest stąd i może liczyć na nasze wsparcie. W tym momencie trudno mi wyobrazić go
sobie w innym zespole. Patryk na pewno ma potencjał na poziomie najlepszych
żużlowców świata. Wciąż możemy myśleć o nim, jak o zawodniku, który jest zdolny
do osiągania najwyższych celów i stawiania czoła najbardziej klasowym rywalom.
Bardzo w niego wierzymy i chcielibyśmy, żeby uwalniał swoją moc reprezentując
barwy naszego zespołu.
Robert Lambert i Emil Sajfutdinow już wcześniej podpisali z klubem kontrakty,
które obejmują także sezon 2025. W pierwszej kolejności chciałbym pochylić się
nad Brytyjczykiem, który przed rokiem miewał trochę wpadek i po raz pierwszy,
odkąd jest zawodnikiem Apatora, obniżył swoją średnią biegopunktową. Widzimy
jednak, że w tym sezonie wyeliminował te potknięcia i spisuje się dużo lepiej.
To sprawia, że w tym momencie chyba trudno mieć do niego jakieś wielkie
zastrzeżenia.
Zgadza się. Chciałbym również powiedzieć, że oprócz strony czysto sportowej,
bardzo mocno szanujemy także to, w jaki sposób Robert próbuje asymilować się z
drużyną oraz swoim polskim życiem codziennym. Wszyscy zapewne widzieli jeden z
jego tegorocznych wywiadów, w którym wypowiadał się po polsku. To robi naprawdę
spore wrażenie. My obserwujemy go również w parku maszyn i widzimy jego relacje
z zespołem, jego motywację i prezentowaną na każdym kroku chęć współpracy.
On jest już jak chłopak stąd i stał się jednym z nas. Cieszymy się, że mamy
takiego zawodnika, który nie tylko jest w stanie zdobywać dużo punktów dla
naszej drużyny, ale również okazuje się niesamowicie zespołowym graczem. Widać,
że on czuje się częścią tej drużyny, myśli o tej drużynie i działa dla jej
dobra. Dzisiaj chyba nikt nie ma żadnych wątpliwości, że ten chłopak jest
związany z nami na tyle mocno, że trudno wyobrazić sobie toruńską drużynę bez
niego.
Co do Emila Sajfutdinowa, to nie da się ukryć, że po kapitalnym poprzednim
sezonie, w tym roku przydarzyło mu się trochę słabszych momentów, jednakże
trzeba też powiedzieć, że po tym chwilowym gorszym okresie zdołał wrócić na dużo
lepsze tory i znowu zaczął czarować nas swoją jazdą. W tej sytuacji ocena tego
zawodnika chyba w dalszym ciągu musi pozostać wysoka - nawet pomimo jego
kiepskiego występu w niedawnym rewanżowym meczu półfinałowym.
Oczywiście, że tak. Myślę, że wszyscy, którzy oglądają ligowe występy Emila, nie
mają wątpliwości, że w jego przypadku mamy do czynienia z potężnym żużlowym
kunsztem i naprawdę ogromnymi umiejętnościami. To zawodnik, który potrafi
podnosić nas z siedzisk na stadionie czy przed telewizorem, wywołując przy tym
wiele ochów i achów. Patrząc na to, co on robi, tylko utwierdzamy się w
przekonaniu, że możemy mówić o wyjątkowym żużlowcu i człowieku. Emil stał się
dzisiaj jedną z najważniejszych postaci w naszej drużynie. To jest jej potężny
filar.
To właśnie on okazuje się tą osobą, która w dużym stopniu ciągnie cały nasz
zespół. Słabsze momenty zdarzają się każdemu, ale to, jak poradził sobie ze
swoimi tegorocznymi problemami, też wiele o nim mówi. Niektórzy zawodnicy przez
cały sezon nie potrafią wyjść z kryzysu, a on uporał się z tym po zaledwie kilku
meczach i serii intensywnych treningów. Rehabilitacja po słabszym występie w
półfinale też przyszła już w pierwszym meczu o brąz. To jest zawodnik
nietuzinkowy. W odniesieniu do niego śmiało możemy mówić o prawdziwej żużlowej
wirtuozerii. Myślę, że każdy ekstraligowy klub chciałby mieć kogoś takiego w
swoim składzie. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, żeby toruńska drużyna
funkcjonowała bez niego.
Skoro poszczególne ogniwa składu mamy już omówione, to muszę jeszcze zapytać,
jak na pozycji trenera Apatora wypada Piotr Baron, z którym zaczęliście
współpracować przed tym sezonem?
Piotr na pewno jest wyjątkowym kreatorem dobrej atmosfery. To człowiek, który
wnosi wiele dobrej energii, pozytywnych emocji i humoru do tego, co dzieje się
podczas zawodów czy poza zawodami. Myślę, że Toruń czekał wiele lat na kogoś
takiego. Pomimo tego, że w tym sezonie nie zawsze mogliśmy być zadowoleni z
postawy drużyny i wielokrotnie mieliśmy prawo oczekiwać od niej więcej, nie mam
żadnych wątpliwości, że ta współpraca musi być oceniana bardzo pozytywnie. Nie
da się ukryć, że ten rok mocno nas doświadcza, a w takich chwilach poznaje się
siłę trenera. Biorąc pod uwagę okoliczności, śmiało możemy powiedzieć, że Piotr
Baron okazuje się takim głównodowodzącym w naszym zespole, jakiego potrzebujemy.
W ostatnich latach kolejni trenerzy nie zabawiali w Apatorze zbyt długo. Czy w
przypadku Piotra Barona zanosi się na dłuższą współpracę?
Patrząc na dotychczasowy przebieg jego trenerskiej kariery, widzimy, że jest to
osoba, która preferuje wieloletnie związki z danym klubem. My też chcielibyśmy
pracować z nim jak najdłużej. Wydaje mi się, że jeśli u nikogo nie pojawi się
jakieś nagłe niezadowolenie z przebiegu tej współpracy, to mamy ku temu duże
szanse. Dzisiaj mogę powiedzieć i zapewnić wszystkich, że ta współpraca jest
naprawdę wyjątkowa i wyśmienita. To widać w naszych relacjach oraz przy okazji
startów naszej drużyny. Chcemy szanować to, co mamy. Będziemy starali się to
pielęgnować, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że to może dać nam szansę na
osiągnięcie naszych wymarzonych celów.
W kolejnym sezonie drużyna na papierze z całą pewnością będzie wyglądać znacznie
bardziej imponująco, a przy okazji też trochę gwiazdorsko. Można zakładać, że
nadchodzą jeszcze lepsze czasy dla toruńskiego żużla?
Zgodnie z naszą słynną ostatnio przyśpiewką mógłbym powiedzieć, że wiara jest w
nas. Myślę, że wielu będzie mogło pozazdrościć nam tych czterech muszkieterów,
na których opierać się będzie nasza drużyna. Jeśli dorzucimy do tego naszego
nowego zawodnika U24, coraz bardziej zaprawionych w bojach juniorów i
czuwającego nad wszystkim trenera Barona, to uważam, że możemy osiągać takie
wyniki, na jakie czekamy. Wierzę, że przyjęta przez nas koncepcja składu okaże
się słuszna.
Wiadomo, że żużel bywa zaskakującym i nieprzewidywalnym sportem, w którym nie
brakuje kłopotów i trudności. Mam jednak wrażenie, że droga w zakresie budowania
tej drużyny, którą podążamy od czasu powrotu do ekstraligi po naszym feralnym
spadku, wydaje się właściwa. Stopniowo dokładamy kolejnych, coraz mocniejszych
żużlowców, dzięki którym możemy myśleć o coraz ambitniejszych celach. Im więcej
klasowych zawodników w składzie, tym łatwiej jest całej drużynie.
Taki układ sprawia, że jeśli jeden z liderów jest w troszkę słabszej dyspozycji,
to pozostali są w stanie dać od siebie wystarczająco dużo, aby to nadrobić.
Dzięki temu drużyna wciąż może osiągać korzystne wyniki, a ten słabiej
dysponowany zawodnik może spokojniej pracować nad przezwyciężeniem swojego
kryzysu. Zespół oparty na zawodnikach z górnej półki daje nam nadzieję, że
będziemy mogli sięgać po największe sukcesy, ponieważ powinno być w nim dużo
mniej dziur.
Przy tym wszystkim ważne jest też to, że nasz zespół nie będzie zlepkiem kilku
wielkich nazwisk, którym będzie towarzyszyć cała reszta, tylko to będzie
prawdziwa drużyna. Tego możemy być pewni. Przyjęliśmy strategię, zgodnie z którą
za tymi wielkimi nazwiskami idzie zespołowość. Cały czas konsekwentnie budujemy
i pielęgnujemy team spirit, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że ma to ogromne
znaczenie. Jestem spokojny, że będziemy mieli drużynę, która w myśl zasady jeden
za wszystkich, a wszyscy za jednego, będzie dążyła do wspólnego celu. Biorąc to
wszystko pod uwagę, liczę, że w kolejnym sezonie będziemy przeżywali jeszcze
więcej pozytywnych uniesień.
Ten sezon zapewne pozwolił wam wyciągnąć wiele wartościowych wniosków, które
mogą przyczynić się do usprawnienia działania klubu i zwiększenia skuteczności
zespołu.
Wiele rzeczy na pewno znacznie lepiej zrozumieliśmy. Myślę, że ten sezon dał
nam bardzo dużo doświadczeń. Praca naszego nowego trenera z zespołem i
wszystkimi osobami zaangażowanymi w przygotowanie toru oraz zawodów stworzyła
nam olbrzymią przestrzeń do nauki. To wszystko wlewa w nas sporo nadziei w
kontekście przyszłości. Wydaje nam się, że teraz jesteśmy znacznie lepiej
przygotowani i zorganizowani, a dodatkowo potrafimy dużo bardziej panować nad
wieloma rzeczami. Na pewno przyglądamy się też temu, w jaki sposób inne wielkie
kluby starają się utrwalać swoją pozycję i powielać swoje sukcesy.
Wiadomo, że czasami może przytrafić się nam lepszy sezon, podczas którego
będziemy dumnie wypinać pierś do medali, a innym razem trzeba będzie zadowolić
się nieco skromniejszym wynikiem. Ważne jest jednak to, że Apator, będąc od
wielu lat klubem, który nie dysponuje największym budżetem, od jakiegoś czasu
znowu jest w stanie trzymać naprawdę wysoki poziom. Liczymy, że to, co robimy, w
najbliższej przyszłości da nam kolejne sukcesy, na które wszyscy bardzo mocno
czekamy, w tym również ten największy w postaci następnego Mistrzostwa Polski.
Każdy z nas po to się angażuje i po to inwestuje swój czas oraz swoje pieniądze,
żeby taki moment kiedyś w końcu nadszedł. Mam nadzieję, że on jest przed nami i
znajduje się już naprawdę bardzo blisko.
Zmagania
ligowe były również okazją do sprawdzenia się zawodników do lat 21 w ramach
projektu RedBull Juniorskie Asy. Sezon
2024 był drugim, w którym Red Bull i Ekstraliga współtworzy akcję, której celem
było wspieranie młodych polskich
zawodników startujących w najlepszej żużlowej lidze świata. Jedną z nagród
był m.in. pobyt w Red Bull Athlete Performance Centre, który wywarł duże
wrażenie na laureatach 1. edycji projektu.
Przez cały sezon młodzi żużlowcy zbuerali punkty na podstawie zajmowanych
miejsc w każdym drugim biegu meczu (w drugim biegu rywalizowali
wyłącznie juniorzy). Najlepsi mieli szansę na agrakcyjne nagrody, śród
których główną stanowiły vouchery na zakup silnika do motocykla żużlowego, konsultacje z tunerem
oraz pobyt we wspomnianym w centrum treningowym Red Bull Athlete Performance Center w
austriackim Thalgau. W ośrodku tym mieli okazję przebywać ubiegłoroczni
tryumfatorzy - Mateusz Cierniak i Bartłomiej Kowalski, dla których był to
ostatni sezon startów w roli młodzieżowca, którzy tak wspominali ten czas:
- Było dużo rzeczy, z którymi nie miałem wcześniej styczności. Różna
specyfikacja ćwiczeń, proces testów wydolnościowych, itp. Ogólnie oceniam
ten wyjazd bardzo na plus. Jest naprawdę o co walczyć. Profesjonalizm na
wysokim poziomie - doświadczenie, które zapamiętam do końca życia. Ekipa z
Austrii pomagała mi dostosować ćwiczenia do przebytych kontuzji, żeby
efektywność ćwiczeń oraz moje samopoczucie były lepsze. Dzięki temu mogę
lepiej i bardziej komfortowo przygotować się do sezonu - wyjaśnił żużlowiec
Motoru Lublin.
- Na pewno to duży plus i przełom, że Red Bull zaczął pomagać juniorom i
zorganizował, wspólnie z PGE Ekstraligą, coś takiego jak projekt Red Bull
Juniorskie Asy. Trafione w punkt nagrody. Jestem przeszczęśliwy, że trafiłem na 4 dni do APC. Mam w głowie zebrane
dane mojego organizmu podczas wszystkich testów i badań. Mam też w głowie
to, co wyznaczyli mi specjaliści, a nad czym muszę pracować szczególnie i co
polepszać. Na pewno zaskoczeniem dla mnie było kilka rzeczy, m.in. sprzęt,
który tam posiadają do treningów, testów czy badań. Wielu specjalistów we
wszystkich dziedzinach jest w jednym miejscu, na plus również podejście do
sportowca i bardzo rodzinna atmosfera. Wszyscy byli tam mega pomocni i
przyjaźnie nastawieni, chociaż widzieli mnie pierwszy raz na oczy. Ogólnie
oceniam ten pobyt jako największą nagrodę za cały sezon pracy i jazdy -
powiedział zawodnik Sparty Wrocław.
Ambasadorem programu Red Bull Juniorskie Asy był Maciej Janowski - Indywidualny Mistrz Świata juniorów z 2011 r., wielokrotny mistrz Polski, brązowy medalista mistrzostw świata w sezonie 2022, który tak jak Max Verstappen (F1), Lindsey Vonn (narciarstwo alpejskie), Marc Marquez (MotoGP) i wielu innych również miał okazję korzystać z "Byczego Centrum": "Bardzo się cieszę, że to właśnie w żużlu powstają takie inicjatywy jak Red Bull Juniorskie Asy. Red Bull Athlete Performance Centre to zamknięte miejsce dla osób zewnątrz, do którego dostęp mają nieliczni sportowcy. Nie ma tam żartów, jednak słyszałem, że my żużlowcy wyrobiliśmy sobie już tam renomę i wyznaczamy górne limity pod względem wytrzymałości wobec innych przedstawicieli sportów motocyklowych. W ubiegłym sezonie widziałem jak rywalizacja w ramach Red Bull Juniorskich Asów dodatkowo motywowała juniorów. Jestem przekonany, że w tym roku poziom sportowy wejdzie na jeszcze wyższe obroty, szczególnie, że do stawki w Ekstralidze dołącza kilku świetnie zapowiadających się zawodników. Jest się o co bić, bo dostęp do najlepszych silników i sprzętu stanowi barierę dla młodych żużlowców, a sam pobyt w Red Bull Athlete Performance Centre to uzyskanie skarbnicy wiedzy o swoim organizmie od najlepszych specjalistów. Słyszałem również od Bartłomieja Kowalskiego i Mateusza Cierniaka, jak bardzo szczegółowe badania i sesje treningowe uświadomiły ich o własnych możliwościach
W sezonie 2024 do zabawy zaproszeni zostali również kibice, którzy za pomocą aplikacji mobilnej Ekstraligi Żużlowejmogli głosować na najlepszego juniora danego meczu, a do osób, które były najszybsze w głosowaniu i wypełniły formularz, wysyłano puszki z napojem Red Bulla. Suma wszystkich głosów z całego sezonu wyłaniała zwycięzcę, który również został zaproszony do Red Bull Athlete Performance Center.
| m-ce | Zawodnik | 1m | 2m | 3m | 4m | mecze | pkt | bon | śred |
| 1. | Wiktor Przyjemski | 15 | 3 | 2 | 0 | 20 | 53 | 4 | 2.060 |
| 2. | Oskar Paluch | 8 | 5 | 6 | 0 | 19 | 40 | 2 | 1.630 |
| 3. | Krzysztof Lewandowski | 4 | 7 | 6 | 3 | 20 | 32 | 4 | 1.059 |
| 4. | Jakub Krawczyk | 7 | 3 | 5 | 3 | 19 | 32 | 0 | 1.167 |
| 5. | Bartosz Bańbor | 3 | 9 | 4 | 4 | 20 | 31 | 8 | 1.109 |
| 6. | Kacper Łobodziński | 6 | 1 | 5 | 2 | 15 | 25 | 3 | 1.306 |
| 7. | Oskar Hurysz | 3 | 5 | 5 | 2 | 15 | 24 | 3 | 0.898 |
| 8. | Krzysztof Sadurski | 3 | 5 | 4 | 3 | 15 | 23 | 3 | 1.000 |
| 9. | Kevin Małkiewicz | 2 | 6 | 3 | 2 | 15 | 21 | 2 | 1.043 |
| 10. | Antoni Mencel | 4 | 2 | 3 | 4 | 13 | 19 | 2 | 0.850 |
| 11. | Jakub Stojanowski | 1 | 4 | 7 | 5 | 19 | 18 | 6 | 0.946 |
| 12. | Marcel Kowolik | 2 | 4 | 3 | 7 | 17 | 17 | 5 | 0.843 |
| 13. | Damian Ratajczak | 4 | 1 | 1 | 1 | 7 | 15 | 0 | 1.320 |
| 14. | Antoni Kawczyński | 3 | 1 | 3 | 5 | 13 | 14 | 0 | 0.568 |
| 15. | Kajetan Kupiec | 2 | 2 | 4 | 0 | 10 | 14 | 0 | 0.700 |
| 16. | Szymon Ludwiczak | 1 | 2 | 2 | 1 | 7 | 9 | 2 | 0.720 |
| 17. | Hubert Jabłoński | 0 | 3 | 1 | 4 | 8 | 7 | 2 | 0.826 |
| 18. | Mateusz Affelt | 0 | 3 | 0 | 4 | 7 | 6 | 2 | 0.722 |
| 19. | Kacper Halkiewicz | 0 | 2 | 0 | 6 | 8 | 4 | 1 | 0.474 |
| 20. | Nikodem Mikołajczyk | 0 | 1 | 1 | 0 | 3 | 3 | 1 | 0.615 |
| 21. | Bartosz Śmigielski | 1 | 0 | 0 | 1 | 3 | 3 | 0 | 0.333 |
| 22. | Mateusz Łopuski | 0 | 0 | 1 | 0 | 1 | 1 | 0 | 0.667 |
| 23. | Kacper Andrzejewski | 0 | 0 | 1 | 0 | 1 | 1 | 0 | 0.333 |
| 24. | Kacper Rychliński | 0 | 0 | 0 | 1 | 1 | 0 | 0 | 0.333 |
Po sezonie na corocznej Gali Ekstraligi wyróżniono również pozostałych zawodników oraz zespoły.
Najlepszy
polski zawodnik:1. Bartosz Zmarzlik (Lublin) - 29,83% 2. Artem Laguta (Wrocław) - 21,53% 3. Emil Sajfutdinow (Toruń) - 14,63% 4. Dominik Kubera (Lublin) - 8,18% 5. Patryk Dudek (Apator Toruń) - 8,06% |
Najlepszy
zagraniczny zawodnik:1. Robert Lambert (Toruń) - 37,11% 2. Anders Thomsen (Gorzów) - 11,19% 3. Martin Vaculik (Gorzów) - 10,89% 4. Max Fricke (Grudziądz) - 9,31% 5. Leon Madsen (Częstochowa) - 8,63% |
Najlepszy
junior:1. Wiktor Przyjemski (Lublin) - 44,94% 2. Oskar Paluch (Gorzów) - 20,54% 3. Jakub Krawczyk (Wrocław) - 12,29% 4. Kacper Łobodziński (Grudziądz) - 8,85% 5. Bartosz Bańbor (Lublin) - 5% |
Najlepszy
trener/menedżer:1. Robert Kościecha (Grudziądz) - 28,64% 2. Maciej Kuciapa (Lublin) - 16,38% 3. Stanisław Chomski (Gorzów) - 15,60% 4. Piotr Baron (Toruń) - 15,45% 5. Dariusz Śledź (Wrocław) - 11,24%
|
Złoty
Szczakiel:
|
Niespodzianka
sezonu:1. Benjamin Cook (Leszno) - 36,43% 2. Michael Jepsen Jensen (Grudziądz) - 34,02% 3. Bartłomiej Kowalski (Wrocław) - 17,04% 4. Rasmus Jensen (Zielona Góra) - 7,72% 5. Mads Hansen (Częstochowa) - 4,79% |
Zwycięzca
U24 Ekstraligi:
U24 Sparta Wrocław |
Wyścig
sezonu:
14. bieg meczu Falubaz Zielona Góra - Stal Gorzów
|
Drużyna
sezonu:
Motor Lublin |
Oprócz nagród ogólnopolskich, również lokalnie wręczano nagrody i wyróżniono najlepszych sportowców. Nie inaczej było w Toruniu i zwycięzcami XXII Plebiscytu na Sportowca Torunia 2024 zostali:
1.
Mirosław Ziętarski, zawodnik Akademickiego Związku Sportowego
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, brązowy medalista igrzysk olimpijskich
w Paryżu w czwórce podwójnej. W 2024 roku w każdych międzynarodowych
regatach, wraz ze swoją osadą, stanął na podium. Jego sukcesy dopełnia
także brązowy medal mistrzostw Europy.
2. Aneta Rygielska (Międzyszkolny Klub Sportów Walki „Pomorzanin”) -
ćwierćfinalistka igrzysk olimpijskich w Paryżu w boksie w kategorii 66
kg, złota medalistka w krajowym czempionacie.
3. Jan Jurkiewicz - uczestnik igrzysk olimpijskich w Paryżu. W
konkurencji floretu w turnieju indywidualnym zajął 29. miejsce, a w
turnieju drużynowym szóste. Na krajowych planszach wywalczył srebrny
medal w swojej broni w turnieju indywidualnym
4. Wojciech Rutkowski - złoty medalista mistrzostw Europy w hokeju
pięcioosobowym. Zawodnik Pomorzanina, z reprezentacją Polski zajął
czwarte miejsce w mistrzostwach świata w hokeju pięcioosobowym. Miał
swój nieoceniony wkład w wywalczenie przez SHK Pomorzanin złotego medalu
mistrzostw Polski w rozgrywkach halowych, a także srebra w rozgrywkach
na trawie.
5.
Patryk Dudek
- srebrny medalista Indywidualnych Mistrzostw Polski.
Miał swój nieoceniony wkład w wywalczenie przez KS Apator Toruń
brązowego medalu Drużynowych Mistrzostw Polski. W sezonie 2024 uzyskał
14. średnią biegopunktową w PGE Ekstralidze - najlepszej lidze żużlowej
świata.
6. Adrian Brzeziński - zawodnik MKL-u, w halowych mistrzostwach Polski
wywalczył złoto w skoku w dal i srebro w biegu na 60 metrów. Natomiast
na otwartych stadionach był drugi w skoku w dal, a trzeci w rywalizacji
sprinterów na 100 metrów.
7. Daniel Rochna - brązowy medalista mistrzostw Europy w sprincie
drużynowym. Zawodnik UKS Copernicus dwukrotnie stanął na podium
mistrzostw Polski w kolarstwie torowym. Drugi był w sprincie, a trzeci w
sprincie drużynowym.
8. Anna Matuszewicz - złota medalistka halowych mistrzostw Polski
seniorów oraz młodzieżowców w skoku w dal. Podczas młodzieżowych
mistrzostw kraju na otwartym stadionie był druga. Warto dodać, że już w
2025 r. podczas zawodów w Gorzowie wynikiem 6.61 m poprawiła swój rekord
życiowy, ustanawiając nowy rekord Polski U-23.
9. Tomasz Kotowski - zawodnik klubu tenisa stołowego Energa Manekin i
srebrny medalista mistrzostw Polski w grze podwójnej oraz w grze
mieszanej. Zawodnik także miał swój wkład w szybki powrót swojego klubu
do Lotto Superligi tenisa stołowego.
10. Patrycja Lorkowska - zawodniczka Toruńskiego Klubu Kolarskiego Pacific, była rezerwową podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu w
konkurencji sprintu drużynowego. Podczas torowych mistrzostw Polski
zdobyła dwa srebrne medale: w wyścigu drużynowym oraz w wyścigu
punktowym.
W Plebiscycie wyróżnienia otrzymali:
Zuzanna Chylińska - Młodzieżowiec 2024 roku: (Toruński Klub
Kolarski “Pacific”) - dwukrotna mistrzyni Polski w kolarstwie szosowym.
Torunianka triumfowała zarazem w jeździe indywidualnej na czas oraz w
wyścigu ze startu wspólnego i zdobyła złote medale mistrzostw kraju par
i drużyn w jeździe na czas. Uzupełnieniem jej świetnego sezonu z
pewnością jest wicemistrzostwo młodzieżowych mistrzostw Europy w
kolarstwie torowym w wyścigu punktowym.
Kinga Stałęga - Młodzieżowiec 2024 roku - (Akademicki Związek
Sportowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika) - młodzieżowa wicemistrzyni
Europy w konkurencji dwójki bez sterniczki. Do jej sukcesów należy
dopisać dwa złote i jeden srebrny medal mistrzostw Polski. Zawodniczka
AZS-u UMK, mimo młodego wieku, do końca walczyła o kwalifikację na
igrzyska olimpijskie w Paryżu.
Henryk Wierzchowski - Zawodnik w kategorii Masters - w 2024
r., w wieku 92 lat, podczas Halowych Mistrzostw Europy Masters wywalczył
3 złote i 4 srebrne medale oraz kilka tytułów mistrza Polski.
Aneta Rygielska - Osobowość medialna (Radio GRA) - (Międzyszkolny
Klub Sportów Walki “Pomorzanin”) - boks
Klub Sportowy Apator Toruń
- Drużyna roku
Akademicki Związek Sportowy UMK Toruń - Klub rok
Agnieszka Robaszkiewicz - Trener roku - (Akademicki Związek Sportowy
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika) - wioślarstwo
Energa S.A. - Sponsor roku
Super Anioła odebrali:
Adrian Miedziński - który w 2024 r. zakończył karierę zawodnika.
Wyróżnienie wręczyli dwaj prezydenci Torunia, obecny, Paweł Gulewski,
oraz prezydent w latach 2002-2024 Michał Zaleski, za którego kadencji
Miedziński odnosił największe sukcesy.
Mariusz Szumański - trener sekcji wioślarskiej Akademickiego Związku
Sportowego UMK, którego wychowankami są znakomici zawodnicy, w tym
mistrzowie olimpijscy: Łukasz Pawłowski, Katarzyna Zilmann i Mirosław
Ziętarski.
|
|
||||||||
|
Ś W I A T |
2024 | 2024 | 2024-06-28 | 15 czerwca | 2024-07-13 | 2024-07-12 | ||
|
|
IMŚJ-U21-SGP2 | IMŚJ-U16-SGP3 | IMŚJ-U13-SGP4 | SoN | SoN2 | MŚPJ | ||
|
cykl |
cykl |
Gorzów
torunianie |
Malilla SWE
torunianie |
Manchester |
Manchester GB
torunianie |
|||
|
|
||||||||
|
E U R O P A |
4 turnieje finałowe | 2024-04-06 | 20024-08-24 | 2024-10-03 | 2024-10-19 | 2024-06-22 |
IME250 cykl 3 turnieje PE125 Żarnowica PE85 Slangerup |
|
| IME - SEC |
|
DMEJ-U23 |
IMEJ-U19 |
MEP | MEPJ-U19 | |||
|
Grudziądz |
Kraków
torunianie |
Herxheim GER |
Lonigo ITA
torunianie |
Piła
torunianie |
||||
|
|
||||||||
|
P O L S K A |
3 turnieje | 2024-05-05 | 2024-07-04 | 2024-08-15 | 2024-09-21 | 2024 | ||
| IMP | IMME |
|
MIMP | MMPPK | DMPJ | |||
|
cykl |
Łódź |
Poznań |
Krosno |
Grudziądz
torunianie |
cykl |
|||
|
|
||||||||
|
K A S K I |
2024-04-01 | 2024-05-29 | 2024-06-01 | |||||
| Złoty Kask | Srebrny Kask | Brązowy Kask | ||||||
|
Opole |
Grudziądz |
Piła |
||||||
|
|
||||||||
|
I N N E |
2024-cykl | 2024-cykl | 2024-03-24 | 2024-03-30 | 2024-10-13 | |||
|
PLM 10.07 BYD PLM 29.07 GRU PLM 14.08 TOR PLM 28.08 GDA |
Turniej Zaplecza Kadry Juniorów |
Kryterium Asów |
Memoriał Jancarza |
Łańcuch Herbowy |
||||
|
|
|
|
|
|
||||
|
|
||||||||
WYNIKI
MECZÓW ROZEGRANYCH Z UDZIAŁEM TORUŃSKIEJ DRUŻYNY W SEZONIE 2024
| Kolejka |
![]() |
![]() |
||||
|
I runda zasadnicza |
14.04 |
Gorzów - Toruń |
51 : 39 | 23.04 |
Toruń - Krosno |
46 : 44 |
|
II runda zasadnicza |
19.04 |
Toruń - Leszno |
59 : 31 | 30.04 |
Gorzów - Toruń |
55 : 35 |
|
III runda zasadnicza |
26.04 |
Lublin - Toruń |
53 : 37 | 07.05 |
Toruń - Leszno |
44 : 46 |
|
IV
runda zasadnicza |
03.05 |
Toruń - Wrocław |
52 : 38 | 14.05 |
Gru-dz - Toruń |
44: 46 |
|
V runda zasadnicza |
19.05 przeł. 28.05 |
Cze-wa - Toruń |
50 : 40 | 21.05 |
|
Pauzuje |
|
VI runda zasadnicza |
26.05 |
Gru-dz - Toruń |
47 : 42 |
28.05 przeł. 10.06 |
Toruń - Lublin |
60 : 30 |
|
VII runda zasadnicza |
02.06 |
Toruń - Z.Góra |
46 : 44 | 4.06 |
Wrocław - Toruń |
51 : 39 |
|
VIII runda zasadnicza |
09.06 |
Toruń - Gorzów |
40 : 50 | 11.06 |
Toruń - Z.Góra |
39 : 50 |
|
IX runda zasadnicza |
22.06 |
Leszno - Toruń |
56 : 34 | 18.06 |
Cze-wa - Toruń |
38 : 52 |
|
X runda zasadnicza |
07.07 |
Toruń - Lublin |
48 : 42 | 25.06 |
Krosno - Toruń |
60 : 30 |
|
XI runda zasadnicza |
19.07 |
Wrocław - Toruń |
48 : 42 | 02.07 |
Toruń - Gorzów |
46 : 44 |
|
XII runda zasadnicza |
28.07 |
Toruń - Cze-wa |
49 : 41 | 16.07 |
Leszno - Toruń |
49 : 41 |
|
XIII runda zasadnicza |
04.08 |
Toruń - Gru-dz |
54 : 36 | 23.07 |
|
Pauzuje |
|
XIV
runda zasadnicza |
11.08 |
Z.Góra - Toruń |
46 : 44 | 30.07 |
Toruń - Wrocław |
39 : 51 |
![]() |
|
06.08 |
Lublin - Toruń |
47 : 43 | ||
| 13.08 |
Toruń - Gru-dz |
47 : 43 | ||||
| 20.08 |
Z.Góra - Toruń |
55 : 35 | ||||
| 27.08 |
Toruń - Cze-wa |
57 : 33 | ||||
|
XV
runda ćwierćfinałowa |
25.08 ćwierćfinał play-off |
Toruń - Gorzów |
42 : 48 |
Pkt. Duże+Bon |
Tabela U24 po rundzie
zasadniczej Torunianie nie awansowali do finału |
Pkt. małe |
|
XVI runda ćwierćfinałowa |
01.09 ćwierćfinał play-off |
Gorzów - Toruń |
51 : 39 | 22+7 | Wrocław U24 Beckhoff Sparta | +137 |
| 21+7 | Gorzów Stal | +102 | ||||
|
XVII runda półfinałowa |
08.09 półfinał play-off |
Toruń - Lublin |
51 : 39 | 22+5 | Leszno Polcopper Agromix Unia | +73 |
| 16+4 | Zielona Góra Falubaz | +39 | ||||
|
XVIII runda półfinałowa |
14.09 półfinał play-off |
Lublin - Toruń |
59 : 31 | 14+3 | Toruń KS | -43 |
| 14+3 | Częstochowa Tauron U24 Włókniarz | -84 | ||||
|
XIX runda finałowa |
20.09 mecz o 3 miejsce przełożony 29.09 |
Gorzów - Toruń |
43 : 46 | 13+3 | Krosno Orlen Cellfast Wilki | -47 |
| 12+2 | Grudziądz Grudziądzkie Mebelki GKM | -32 | ||||
|
XX runda finałowa |
29.09 mecz o 3 miejsce przełożony 5.10 |
Toruń - Gorzów |
54 : 36 | 10+1 | Lublin Motor | -145 |
| Finał |
10.09 Gorzów - Wrocław 17.09 Wrocław - Gorzów |
46 : 44 50 : 40 |
||||
KADRA
TORUŃSKICH ANIOŁÓW W SEZONIE 2024
| Zawodnik - Działacz | rozgrywki | mecze | biegi | punkty | bonusy |
średnia biegowa |
miejsce w ligowym rankingu |
|
|
|||||||
| LAMBERT Robert |
|
20 | 108 | 232 | 14 | 2,278 | 4 |
![]() |
Lider Apatora odjechał kapitalny sezon. Przez cały rok był najpewniejszym punktem drużyny, niemal nie notował wpadek. Był również jednym z najbardziej widowisko jeżdżących zawodników w Ekstralidze, zapewniając kibicom mnóstwo emocji. To on poprowadził Anioły do brązowego medalu DMP. W Ekstralidze osiągnął średnią dziewiątą średnią wśród najskuteczniejszych jeźdźców i na koniec sezonu legitymował się wynikiem 2,278 pkt/bieg. Doskonała postawa Anglika nie sprawiła, że również z zespołem Smederny Eskilskuna zdobył mistrzostwo Szwecji. Dla Roberta pierwszy medal DMP dodatkowo okraszony został wyśmienitą postawą w Grand Prix, bowiem wygrał po raz pierwszy w karierze pojedynczą rundę Grand Prix, a na finiszu cyklu wywalczył srebrny medal Indywidualnych Mistrzostw Świata, ustępując tylko Bartoszowi Zmarzlikowi. |
||||||
| SAJFUTDINOW Emil |
|
19 | 89 | 186 | 9 | 2,191 | 6 |
![]() |
Sezon dla Emila był bardzo dobry, choć w jego trakcie na angielskich torach, przydarzyła się przykra kontuzja pośladka. I choć drużyna musiała sobie radzić bez swojego lidera w pierwszych meczach play-off, to przy odrobinie szczęścia zdołała awansować do kolejnej fazy. Trzydziestoczterolatek wystartował w 19 meczach i osiągnął średnią 2,191 pkt na bieg. Niestety była to średnia niższa od ubiegłorocznej o 0,252 pkt, ale mimo regresu średniej nie można było mieć do zawodnika większych zastrzeżeń, bo i tak stanowił o sile Apatora. W kluczowym momencie sezonu wziął na siebie ciężar zdobywania punktów i poprowadził zespół do zwycięstwa w Gorzowie, co finalnie przybliżyło Anioły do zdobycia brązowych medali DMP. . Baszkir mocno zadomowił się w Toruniu i po sezonie postanowił związać się z najlepszym żużlowym klubem na Pomorzu na kolejne dwa sezony. |
||||||
| DUDEK Patryk |
|
20 | 107 | 199 | 21 | 2,056 | 14 |
![]() |
|
||||||
| PRZEDPEŁSKI Paweł |
|
20 | 95 | 121 | 12 | 1,400 | 37 |
![]() |
|
||||||
| LAMPART Wiktor |
|
16 | 56 | 50 | 12 | 1,107 | 49 |
|
|
8 | 40 | 86 | 2 | 2,200 | 12 | |
![]() |
|
||||||
|
|
|||||||
| LEWANDOWSKI Krzysztof |
|
20 | 68 | 56 | 16 | 1,059 | 50 |
|
|
16 | 77 | 137 | 22 | 2,065 | 16 | |
![]() |
|
||||||
| KAWCZYŃSKI Antoni |
|
17 | 44 | 24 | 1 | 0,568 | 68 |
|
|
14 | 57 | 79 | 5 | 1,474 | 46 | |
|
Antoni Kawczyński po ukończeniu w kwietniu 16 lat zadebiutował z miejsca zadebiutował w Ekstralidze i stał się nadzieją Torunia na odmianę oblicza formacji juniorskiej. Radość w jeździe i łatwość wchodzenia w interakcje z publicznością pokazała, że młody chłopak ma w sobie coś z przyszłego showmana, a przy tym gdy rozwinie swoje umiejętności może wykonać kawał roboty na torze, pokonując każdego rywala i w efekcie dorzucać do konta zespołu bezcenne punkty. Co prawda sezon 2024 jeszcze do końca tego nie pokazał, ale zawodnik pierwszy raz w ligowym składzie pojawił się 3 maja w Toruniu, gdy Apator podejmował Spartę Wrocław, niestety na torze nie miał okazji się zaprezentować. Torowy debiut miał miejsce kolejnej potyczce Aniołów na torze w Częstochowie, gdzie w dwóch biegach punktów nie wywalczył, ale przetarł ligowe szlaki i przełamał stres debiutanta. Pierwszy ligowy punkt wywalczył w Toruniu, na zielonogórskim juniorze Krzysztofie Sadurskim. Z kolei pierwsze zwycięstwo w jego wykonaniu miało miejsce również w meczu z Falubazem, ale na torze w Zielonej Górze, gdy w biegu młodzieżowym w pokonanym polu pozostawił Lewandowskiego, Hurysza i Sadurskiego. Sezon dla tego młodego zawodnika można było uznać w pełni udany. Swoją jazdą zaskarbił sobie uznanie trenera i kibiców i jeśli do ciężkiej sportowej pracy dołoży drzemiący w nim potencjał, ma szansę stać sie czołowym juniorem w najlepszej lidze świata. Warto też podkreślić, że latem Antek podpisał również kontrakt w lidze Szwedzkiej, a klubem który zwrócił na niego uwagę okazała się jest Masarna Avesta, czyli jeden z najbardziej rozpoznawalnych ośrodków żużlowych w Szwecji w XXI wieku, w którym startowały takie legendy jak Tony Rickardsson czy Leigh Adams. Debiut w krainie "Trzech Koron" miał miejsce w sierpniu i w dwóch meczach w 12 wyścigach zdobył 17 punktów z bonusem, co dało mu średnią biegową 1,500. Kolejny sezon z całą pewnością zweryfikuje poziom sportowej determinacji młodego jeźdźca. W Toruniu obdarzony został jednak dużym kredytem zaufania, bowiem z Krzysztofem Lewandowskim miał stanowić o sile formacji młodzieżowej. |
|||||||
| AFFELT Mateusz |
|
9 | 18 | 11 | 2 | 0,722 | 60(n.klas) |
|
|
16 | 56 | 47 | 7 | 1,464 | 47 | |
![]() |
|
||||||
| RUMIŃSKI Oskar |
|
7 | - | - | - | - | (n.klas) |
|
|
16 | 51 | 57 | 9 | 1,294 | 50 | |
![]() |
|
||||||
|
|
|||||||
| ROWE Anders |
|
8 | 11 | 10 | 1 | 1,000 | 53(n.klas) |
|
|
14 | 66 | 104 | 7 | 1,682 | 34 | |
![]() |
|
||||||
| HEISELBERG Nicolai |
|
4 | 6 | 0 | 0 | 0,000 | 74(n.klas) |
|
|
11 | 47 | 52 | 6 | 1,234 | 51 | |
![]() |
|
||||||
| PEDERSEN Bastian |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
13 | 62 | 94 | 11 | 1,694 | 33 | |
![]() |
|
||||||
| PORTNER Emil |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
3 | 11 | 10 | 1 | 1,00 | 13(n.klas) | |
![]() |
|
||||||
| MEIJER Mika |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
2 | 4 | 3 | 0 | 0,750 | 22(n.klas) | |
![]() |
|
||||||
| JAKOBSEN Niklas Holm |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
1 | 3 | 1 | 0 | 0,333 | 35(n.klas) | |
![]() |
|
||||||
| HODDER Freddy |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
1 | 3 | 0 | 0 | 0,000 | 47(n.klas) | |
![]() |
|
||||||
| BREŃSKI Jakub |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
2 | 3 | 0 | 0 | 0,000 | 51(n.klas) | |
|
|
Ścigał się w rozgrywkach młodzieżowych, podnosząc swoje umiejętności. Dwukrotnie otrzymał szansę pokazania się w rozgrywkach U24, ale na torze pojawił się tylko trzy razy i nie zdobył żadnego punktu. Jakub jednak pokazał, że chce pracować nad sobą i nie brakowało mu zaangażowania. Dlatego pozostał w drużynie na kolejny rok i okres zimowy miał zadecydować czy ma szansę stać się trzecim juniorem w talii Piotra Barona. | ||||||
| JENSEN Jacob |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
- | - | - | - | - | - | |
![]() |
W roku 2023 przesiadł się na maszyny o
pojemności 500 ccm, ale na start w oficjalnych zawodach musiał poczekać aż
do sierpnia, bowiem dopiero wówczas kończył 16 lat. I wstedy pojawił się na
toruńskiej MotoArenie robiąc duże wrażenie na władzach klubu. Nic więc dziwnego,
że znalazł miejsce w kadrze Apatora i w sezonie 2024 miał walczyć o miejsce w
składzie drużyny do lat 24. Niestety nie otrzymał nawet jednej szansy na pokazanie się na polskich torach i po sezonie nie otrzymał oferty na starty w Polsce. |
||||||
|
|
|||||||
| DOWNAR Robert |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
- | - | - | - | - | - | |
![]() |
Z uwagi na to, że nie ukończył jeszcze 16 lat ścigał się wdedykowanym młodym jeźdźcom, którzy w przyszłości mieli być zmiennikami dla swoich bardziej doświadczonych kolegów. | ||||||
| DUCHIŃSKI Mikołaj |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
- | - | - | - | - | - | |
![]() |
Z uwagi na to, że nie ukończył jeszcze 16 lat ścigał się w DMPJ i rozgrywkach dedykowanym młodym jeźdźcom, którzy w przyszłości mieli być zmiennikami dla swoich bardziej doświadczonych kolegów. | ||||||
| SŁOMSKI Ksawery |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
- | - | - | - | - | - | |
![]() |
Kontuzja jakiej nabawił się w drugiej połowie roku 2023 wyhamowała jego karierę. Próżno szukać w ciekawszych rozgrywkach młodzieżowych nazwiska Ksawerego. Nie przekonał też trenera do tego, aby wystawił go choćby w DMPJ, bo szans na rywalizację nieco wyższym poziomie czyli w rozgrywkach U24, przy szerokiej kadrze młodzieżowej, nie miał praktycznie szans i szukał możliwości kontynuowania kariery w innym klubie. | ||||||
| SŁOMCZEWSKI Borys |
|
- | - | - | - | - | - |
|
|
- | - | - | - | - | - | |
![]() |
W 2024 roku Słomczewski walczył o miejsce w młodzieżowej kadrze Apatora z rówieśnikami. To oznaczało dla zawodnika, że jeśli nie zaliczy znaczącego progresu formy na początku sezonu, szybko może znaleźć się na końcu listy w notesie trenerskim. Niestety progresu nie było i jego przyszłość w toruńskim klubie stała pod znakiem zapytania i zależała od jego determinacji i pracy nad formą. Czy Borys wykorzysta swoją szansę i zrobi kolejne kroki w przód? Czy może okaże się kolejnym zawodnikiem, który w ostatnich latach zdobył żużlową licencję, która była szczytem jego możliwości? Na te pytania zawodnik musiał odpowiedzieć sam sobie, bo na pozostałe pytania odpowiadała jego dyspozycja na torze. | ||||||
![]() TERMIŃSKI Przemysław właściciel klubu |
Pod dziesięcioletnimi rządami Przemysława Termińskiego Apator stał się jednym z najbogatszych klubów w Polsce, a swoją potęgę zbudował bez gigantycznego wsparcia spółek Skarbu Państwa, czy lokalnego samorządu. Dostrzegali to prezesi innych klubów, którzy coraz częściej zgadzali się z opiniami wygłaszanymi przez Termińskiego, który jeszcze niedawno uważany był za outsidera, który nie rozumiał sportu. W sezonie 2024 w wielu kwestiach stał się pionierem, za którym podążała reszta środowiska. Przykładem mogło być wezwanie władz Ekstraligi do likwidacji Ekstraligi U24, po którym raptem w kilka tygodni stało się niemal pewne, że rozgrywki zostaną zlikwidowane w najbliższym czasie lub przejdą totalną modernizację. Termiński był też zwolennikiem wprowadzenia przepisu o zagranicznym juniorze i deregulacji wszystkich obostrzeń przy budowaniu składu, bowiem tylko to jego zdaniem pozwoliłoby na zmniejszenie kosztów. Retorykę tę podchwyciło wielu prezesów i wspólnie z toruńskim biznesmenem lobowali za konkretnymi rozwiązaniami. |
||||||
![]() TERMIŃSKA Ilona prezes |
Po latach prezesury Ilony Termińskiej można
dojść do wniosku, że jest to kobieta sukcesu, która odgrywa kluczową rolę w
zarządzaniu i rozwoju toruńskiej drużyny żużlowej. W swojej roli koncentruje
się na budowaniu silnej i zjednoczonej ekipy, podkreślając znaczenie wiary i
zaufania w osiąganiu celów. Pod jej przewodnictwem klub zdobył brązowy medal
Ekstraligi w 2023 roku i powtórzył ten wyczyn w roku 2024, co świadczy
o skuteczności jej strategii i umiejętności zarządzania zespołem. Jej
podejście do zarządzania klubem opiera się na transparentności i otwartości,
co przejawia się w licznych wywiadach i komunikatach skierowanych do mediów
i kibiców. Dzięki jej zaangażowaniu i determinacji, Apator Toruń zyskał
stabilną pozycję w polskim żużlu, a jej kadencja jest postrzegana jako okres
dynamicznego rozwoju i sukcesów klubu. Termińska jest również aktywna w środowisku lokalnym, gdzie została wyróżniona jako jedna z "TOP 12" kobiet sukcesu z Torunia, co podkreśla jej wpływ na rozwój sportu i społeczności toruńskiej. |
||||||
![]() BARON Piotr trener drużyny |
Powrót doświadczonego trenera do Torunia okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego obecność w klubie nie tylko odmieniła atmosferę w zespole, ale także przyniosła wymierne efekty sportowe. Choć początkowo mówiło się wiele o potencjale drużyny, to dopiero przybycie nowego szkoleniowca sprawiło, że Anioły zaczęły latać. Trener wprowadził do zespołu spokój i zaufanie, czego efektem była obrona brązowego medalu. Jego umiejętności w zakresie psychologii sportu okazały się nieocenione. W trudnych momentach potrafił uspokoić zawodników, a kiedy było to konieczne, motywował ich do jeszcze większego wysiłku. Nowe wyzwanie szkoleniowe było dla trenera okazją do rozwoju. Jak sam przyznał, praca w Toruniu pokazała mu, ile jeszcze musi się nauczyć, by być jeszcze lepszym szkoleniowcem. Jednak jego pozycja w klubie nigdy nie była zagrożona. Zarząd doceniał jego pracę i wiedział, że to właśnie on jest osobą, która może odbudować pozycję Apatora na żużlowej mapie Polski. Sezon był dla Aniołów niezwykle trudny. Problemy ze sprzętem i drobne kontuzje zawodników dodatkowo utrudniały osiągnięcie celów. Mimo tych przeciwności, trener umiejętnie prowadził zespół, wprowadzając niezbędne korekty. Jednym z ważniejszych elementów jego pracy było umiejętne zarządzanie kadrą. Gdy zawodnicy nie wykazywali odpowiedniej postawy lub nie współpracowali z trenerem, ten nie wahał się podjąć trudnych decyzji. Przykładem może być odsunięcie od składu Mateusza Affelta czy Wiktora Lamparta. Takie stanowcze podejście pozwoliło utrzymać dyscyplinę w zespole i jasno określiło, kto decyduje o składzie. Dzięki takim działaniom trener zyskał zaufanie zarówno zawodników, jak i kibiców. Jego umiejętności w zakresie szkolenia i zarządzania zespołem przyczyniły się do wzmocnienia pozycji Apatora i umożliwiły walkę o najwyższe cele. |
||||||
|
Klasa |
Rocznik | Klub | data egzaminu | miejsce egzaminu |
Klasa |
Rocznik | Klub | data egzaminu | miejsce egzaminu |
Klasa |
Rocznik | Klub | ||
| Hubert Gibki | 2007 | Częstochowa | 10.X | Częstochowa | Jakub Plutowski | 2011 | Częstochowa | 8.IV | Częstochowa | Tymon Kończyło | 2014 | Wrocław | ||
| Paweł Caban | 2008 | Częstochowa | 8.IV | Częstochowa | Tomasz Zyskowski | 2011 | Częstochowa | 10.X | Częstochowa | Ksawery Kończyło | 2014 | Wrocław | ||
| Dawid Rozpędek | 2008 | Częstochowa | 8.IV | Częstochowa | Bartosz Cudny | 2011 | Częstochowa | 10.X | Częstochowa | Oliwier Pytko | b. d. | Wrocław | ||
| Alan Ciurzyński | 2008 | Częstochowa | 8.IV | Częstochowa | Casper Kluczniak | 2011 | Częstochowa | 10.X | Częstochowa | Filip Pieńkowski | b. d. | Wrocław | ||
| Filip Kumaszka | 2007 | Wrocław | 30.VII | Wrocław | Wiktor Wojciechowski | 2010 | Zielona Góra | 24.IX | Zielona Góra | Dawid Nowotyński | b. d. | Krosno | ||
| Eryk Farański | 2008 | Wrocław | 13.V | Zielona Góra | Hubert Kotlarski | 2011 | Zielona Góra | 24.IX | Zielona Góra | Oliwier Frydrych | b. d. | Krosno | ||
| Marcel Kowolik | 2008 | Wrocław | 26.III | Ostrów | Julian Wronecki | 2011 | Zielona Góra | 30.VII | Wrocław | Antoni Turek | b. d. | Krosno | ||
| Ksawery Słomski | 2008 | Toruń | 26.III | Ostrów | Konrad Cicierka | 2011 | Zielona Góra | 10.X | Częstochowa | Miłosz Jagieła | b. d. | Krosno | ||
| Mikołaj Duchiński | 2009 | Toruń | 26.III | Ostrów | Dawid Oscenda | 2010 | Leszno | 24.IX | Zielona Góra | Leon Łoń | 2013 | Toruń | ||
| Robert Downar | 2009 | Toruń | 10.X | Częstochowa | Konrad Wujek | 2011 | Leszno | 24.IX | Zielona Góra | Nikodem Przedpełski | 2012 | Toruń | ||
| Kamil Kawecki | 2008 | Krosno | 3.VII | Krosno | Filip Malchrzycki | 2011 | Leszno | 24.IX | Zielona Góra | Sawin Turowski | 2013 | Toruń | ||
| Oskar Kręglicki | 2008 | Krosno | 10.X | Częstochowa | Piotr Morawiak | 2011 | Leszno | 24.IX | Zielona Góra | Marcel Woźniak | 2011 | Częstochowa | ||
| Arkadiusz Kordek | 2009 | Krosno | 10.X | Częstochowa | Mikołaj Sanocki | 2010 | Krosno | 26.III | Ostrów | Jan Drogosz | 2013 | Częstochowa | ||
| Paweł Czaus | 2009 | Lublin | 3.VII | Krosno | Arkadiusz Wąchała | 2010 | Krosno | 3.VII | Krosno | Fabian Biczak | 2013 | Częstochowa | ||
| Dawid Ciepielik | 2008 | Zielona Góra | 3.VII | Krosno | Kacper Dudek | 2010 | Krosno | 10.X | Częstochowa | Nikodem Sekuła | 2013 | Gdańsk | ||
| Bartosz Rudolf | 2008 | Zielona Góra | 30.VII | Wrocław | Adam Bożek | 2010 | Krosno | 10.X | Częstochowa | Artur Czajkowski | 2013 | Gdańsk | ||
| Kacper Witrykus | 2009 | Grudziądz | 24.IX | Zielona Góra | Robert Downar | 2009 | Toruń | 26.III | Ostrów | Gustaw Bazydło | 2013 | Gdańsk | ||
| Damian Miller | 2009 | Grudziądz | 8.IV | Częstochowa | Dominik Łakomy | 2009 | Toruń | 30.VII | Wrocław | Igor Szurobura | 2014 | Lublin | ||
| Kacper Szarszewski | 2008 | Leszno | 8.IV | Częstochowa | Bartosz Byszewski | 2011 | Toruń | 10.X | Częstochowa | Markus Marciniak | 2014 | Lublin | ||
| Kamil Witkowski | 2008 | Leszno | 26.III | Ostrów | Jakub Dolata | 2010 | Ostrów | 30.VII | Wrocław | Oliwier Szymczak | 2013 | Gorzów | ||
| Kacper Mania | 2008 | Leszno | 13.V | Zielona Góra | Dawid Skrzypiński | 2010 | Ostrów | 3.VII | Krosno | Emilian Różecki | 2013 | Gorzów | ||
| Adam Putkowski | 2008 | Bydgoszcz | 26.III | Ostrów | Jakub Urban | 2010 | Ostrów | 30.VII | Wrocław | Kajetan Kurnik | 2014 | Grudziądz | ||
| Emil Maroszek | 2008 | Bydgoszcz | 26.III | Ostrów | Michał Psiuk | 2009 | Lublin | 24.IX | Zielona Góra | Nikodem Kośmiński | 2013 | Grudziądz | ||
| Franciszek Dymowski | 2008 | Ostrów | 26.III | Ostrów | Kacper Szumla | 2010 | Lublin | 3.VII | Krosno | Marcel Czyżniejewski | 2012 | Zielona Góra | ||
| Paweł Sitek | 2008 | Ostrów | 26.III | Ostrów | Piotr Reszka | 2010 | Rybnik | 26.III | Ostrów | Kajetan Jarosiewicz | 2012 | Zielona Góra | ||
| Paweł Wyczyszczok | 2008 | Rybnik | 24.IX | Zielona Góra | Wiktor Klecha | 2011 | Rybnik | 24.IX | Zielona Góra | Jonasz Chądzyński | 2013 | Bydgoszcz | ||
| Adrian Przybyło | 2009 | Rzeszów | 3.VII | Krosno | Kacper Jokiel | 2011 | Opole | 24.IX | Zielona Góra | Nikodem Martyniak | 2012 | Rędziny | ||
| Robert Roszak | 2008 | Gniezno | 3.VII | Krosno | Filip Jargieło | 2011 | Opole | 24.IX | Zielona Góra | |||||
| Radosław Kowalski | 2008 | Akademia J.Kołodzieja | 3.VII | Krosno | Maciej Sibiński | 2011 | Wrocław | 30.VII | Wrocław | |||||
| Hubert Gąsior | 2005 | Bydgoszcz | 8.IV | Częstochowa | Kacper Sobkowiak | 2011 | Gorzów | 26.III | Ostrów | |||||
| Oskar Wińczewski | 2011 | Grudziądz | 10.X | Częstochowa | ||||||||||
| Patryk Surowiec | 2010 | Rzeszów | 3.VII | Krosno | ||||||||||
| Maksymilian Kabaciński | 2010 | Gniezno | 3.VII | Krosno | ||||||||||
| Oliwier Hejak | 2010 | Piła | 24.IX | Zielona Góra | ||||||||||
| Bartosz Wielgus | 2010 |
Akademia J.Kołodzieja |
24.IX |
Zielona Góra | ||||||||||
Daria Grodzińska, która od sześciu lat upiększała widowiska żużlowe na meczach Apatora Toruń, w tym roku 2024 zgłosiła się do konkursu Miss Startu Speedway Ekestraligi i zgarnęła tytuł pierwszej wicemiss. W wywiadzie dla Radia Gra opowiedziała o swoim sukcesie:
Tomasz Kaczyński: Witam serdecznie. Pani Dario, proszę powiedzieć o tym konkursie, no bo to najistotniejsze, to z tego powodu się spotykamy. Jak przebiegał? Jak to się stało, że Pani do tego konkursu też stanęła? Jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych konkursów wśród kibiców żużlowych, no bo tak naprawdę to głównie kibice głosują, prawda?
Daria Grodzińska: Zgadza się, konkurs polega na tym, że zgłaszamy się. Jeśli chodzi o kandydatki, klub może zgłosić od jednej do czterech dziewcząt z klubu, więc zgłosiłam się w tym roku razem z koleżanką Magdą. Głosowanie polega na tym, że kibice muszą się zalogować na stronie PGE Ekstraligi, oddać głos, potwierdzić go mailowo, no i tak jest oddany głos. Głosowanie trwało od sierpnia do września. Przez cały etap nie wiemy ile głosów mamy, dopiero po ogłoszeniu wyników wiemy, ile procentowo głosów zdobyłyśmy. No i w tym roku udało się zdobyć ten tytuł.
Tomasz Kaczyński: O wynikach dowiedziała się Pani o tym w dzień swoich urodzin?
Daria Grodzińska: Zgadza się, 13 września było ogłoszenie wyników, także uważam, że to był prezent urodzinowy poniekąd. Nie spodziewałam się. Oczywiście byłam w pracy, w międzyczasie ten telefon się rozdzwonił. Mówię: Boże co się dzieje. Zaglądam w telefon, patrzę, a tam koleżanki, znajomi składają mi gratulacje. Nadal nie wiedziałam, więc wyświetliłam. Patrzę, gdzieś tam, ten tytuł był zdobyty, więc mówię, ogromna niespodzianka, nie spodziewałam się, nie nastawiałam się na to kompletnie, także bardzo się cieszę, że się po prostu udało.
TABELA
PGE EKSTRALIGI ŻUŻLOWEJ W SEZONIE 2024
| zespół | mecze | zw. | rem. | por. |
pkt duże |
bon. | razem |
pkt małe |
|
|
|
Orlen Oil Motor Lublin | 14 | 12 | - | 2 | 24 | 7 | 31 | +162 |
|
|
Betard Sparta Wrocław | 14 | 7 | 1 | 6 | 15 | 4 | 19 | +30 |
|
|
ebut.pl Stal Gorzów | 14 | 8 | - | 6 | 16 | 3 | 19 | -37 |
|
|
KS Apator Toruń | 14 | 6 | - | 8 | 12 | 3 | 15 | -7 |
|
|
ZOOleszcz GKM Grudziądz | 14 | 6 | - | 8 | 12 | 2 | 14 | -58 |
|
|
NovyHotel Falubaz Zielona Góra | 14 | 4 | 2 | 8 | 11 | 3 | 14 | -33 |
|
|
Tauron Włókniarz Częstochowa | 14 | 4 | 2 | 8 | 10 | 2 | 12 | -50 |
|
|
Fogo Unia Leszno | 14 | 5 | 1 | 8 | 11 | - | 11 | -87 |
OSTATECZNA TABELA PGE EKSTRALIGI ŻUŻLOWEJ W SEZONIE 2024
bilans zwycięstw i przegranych oraz
małych punktów ma charakter czysto poglądowy
w drugiej fazie rozgrywek rywalizacja odbywała się systemem play-off
| zespół | mecze | zw. | rem. | por. |
pkt duże |
bon. | razem |
pkt małe |
|
|
|
Orlen Oil Motor Lublin | 20 | 16 | - | 4 | 32 | 10 | 42 | +241 |
|
|
Betard Sparta Wrocław | 20 | 11 | 1 | 8 | 22 | 6 | 28 | +42 |
|
|
KS Apator Toruń | 20 | 9 | - | 11 | 18 | 4 | 22 | -20 |
|
|
ebut.pl Stal Gorzów | 20 | 8 | - | 12 | 16 | 5 | 21 | -23 |
|
|
ZOOleszcz GKM Grudziądz | 16 | 6 | - | 10 | 12 | 2 | 14 | -76 |
|
|
NovyHotel Falubaz Zielona Góra | 16 | 4 | 2 | 10 | 11 | 3 | 14 | -78 |
|
|
Tauron Włókniarz Częstochowa | 14 | 4 | 2 | 8 | 10 | 2 | 12 | -50 |
|
|
Fogo Unia Leszno | 14 | 5 | 1 | 8 | 11 | - | 11 | -87 |
STATYSTYKA
I REGULAMINY OBOWIĄZUJĄCE W SPORCIE ŻUŻLOWYM W SEZONIE 2024
statystyka Aniołów
![]()
średnie punktowe wszystkich zawodników startujących w polskich ligach
![]()
regulaminy i komunikaty sportu żużlowego
|
|
KLASA 250 ccm Bartosz Derek Wiktor Jasiński Robert Downar Dominik Łakomy Bartosz Byszewski
KLASA 85-140 ccm |
|
|
Wyniki wybranych rozgrywek miniżużlowych |
||||||||||
|
klasa pojemności 250 ccm |
![]() |
klasa pojemności 80-140 ccm |
||||||||
| M-NAROD | IPE | DPE | IMP |
PUCHAR GKSŻ
500R |
IMP | IPP | DMP | IPE | DPE | |
|
03.05 23.06 31.08 01.09 06.10 |
29.04 - TOR |
15.07 - GOR |
|
14.05 - RYB |
500 ccm
Turniej par
Turniej indywidualny
Turniej Indywidualny
Turniej Indywidualny
Turniej Indywidualny
|
29.09 - BYD
Miejsca |
gr. "A" |
gr. "A" |
11.05 - CZE |
12.05 - CZE |
|
Najwyższe średnie biegowe |
Miejsca |
Miejsca |
Miejsca na podium 1.Kordun (GOR) 2.Wyczyszczok (RYB 3Cepielik (LUB) 23.Łakomy (TOR) 24.Donar(TOR) |
Finał MPPK 21.09-Finał - GDA 22.09-Finał - GDA 1. Rybnik-24 |
Miejsca |
Miejsca |
Najwyższe średnie biegowe |
Miejsca |
||
Źródło:
przegladsportowy.pl
sportowefakty.pl
nowosci.com.pl